G. K. Chesterton: Krucjaty

0
884
Ci, którzy twierdzą, że krucjaty były po prostu agresywnym najazdem, wymierzonym przeciw islamowi, padli ofiarą przedziwnego zapomnienia. Zapomnieli, że sam islam był po prostu agresywnym najazdem, wymierzonym przeciw starej i rządzonej prawem cywilizacji, kwitnącej niegdyś na wybrzeżach śródziemnomorskich. Nie mówię o tym, aby wyrazić wrogość do religii Mahometa; jak niebawem się okaże(1), doskonale zdaję sobie sprawę z jej wielu zalet i cnót. Lecz nie ulega wątpliwości, że to islam był najazdem, a chrześcijaństwo zostało najechane. Arabski dżentelmen, którego nakryliśmy, gdy galopował drogą na Paryż albo łomotał w bramy Wiednia, nie powinien się uskarżać, że i my odnaleźliśmy go potem w jego prostym namiocie na pustyni. Zdobywca Sycylii i Hiszpanii nie powinien, na zdrowy rozum, wyrażać zdumienia, że stał się obiektem niezdrowej ciekawości mieszkańców Francji i Włoch. Cudzoziemiec w Kairze dostrzega wiele muzułmańskich zalet, lecz wyraźnie odczuwa, że chwała islamu ma charakter militarny. Koroną miasta jest cytadela zbudowana przez wielkiego Saladyna, który w tym celu kazał rozebrać staroegipskie budowle – zaś ów fakt sam w sobie urasta do rangi symbolu. Saladyn, wielki zdobywca, bez cienia wątpliwości postępował jak najeźdźca. Niszczył dawny Egipt. Burzył stare świątynie i grobowce, aby z ich szczątków wznieść swoje własne miasto. A bynajmniej nie tylko z tego powodu kairska cytadela przypomina wielki znak na niebie. Jest ona znakiem również dlatego, że z jej wysokości podróżnik po raz pierwszy dostrzega pustynię, z której rozprzestrzenił się muzułmański najazd.

Celem każdej wojny jest pokój, lecz celem wojny religijnej jest pokój w sferze idei, nie tylko w sferze materii. A pokój w sferze idei to tyle, co zgoda. Krótko mówiąc, wojna religijna chce narzucić równość, podczas gdy wojny narodowe i etniczne chcą narzucić wyższość. Konwersja to jedyny rodzaj podboju, którym podbici muszą się radować. W tym właśnie sensie my na Zachodzie postępujemy niemądrze, szydząc z ludzi, którzy zabijają innych za to, że postawili stopę w świętym miejscu. Przecież sami zabijamy setki tysięcy, jeśli ktoś postawi stopę po niewłaściwej stronie granicy. Absurdalna jest nasza pogarda dla fanatyków rozlewających krew z powodu relikwii, skoro sami przelaliśmy rzeki krwi z powodu flagi. Lecz przede wszystkim krucjata, albo (skoro o tym mowa) dżihad, to znacznie bardziej filozoficzny rodzaj walki, nie tylko dlatego, że opiera się na koncepcji zakończenia sporów i usunięcia różnicy, lecz również dlatego, że prawidłowo rozpoznaje różnicę religijną jako najgłębszą ze wszystkich różnic. Ktoś, kto sugeruje, że liczą się poglądy polityczne danego człowieka, ale nie liczy się jego religia, stawia na głowie wszelki racjonalizm. To całkiem jakby powiedzieć, że ma na nas wpływ miasto, w którym żyjemy, ale nie świat, który nas otacza. To jakby oznajmić, że nasz współobywatel stanie się innym człowiekiem, jeśli będzie chodził pod nowymi ulicznymi latarniami, ale nie wtedy, jeśli przemieni się w odmienne stworzenie poruszające się pod miriadami obcych gwiazd.

Chrześcijaństwo byłoby najzupełniej usprawiedliwione, gdyby z pobudek czysto teoretycznych obawiało się nowej, niechrześcijańskiej potęgi, która urosła pod jego bokiem, lub gdyby spoglądało na nią podejrzliwie. Nikt przecież nie uznałby za dziwne, że można żywić teoretyczne obawy wobec militaryzmu, socjalizmu czy bodaj protekcjonizmu, jeśli idee te zdobywają pokaźne rzesze wyznawców. Tym bardziej naturalna jest świadomość różnic religijnych; różnic dotyczących nie strategii rynkowych, lecz strategii życia; nie radości posiadania, lecz posiadania radości, co jest kwestią znacznie bardziej problematyczną; nie odmiennych systemów podatkowych dzielących nas od cudzoziemców, lecz odmiennych systemów myślenia dzielących nas nawet od przyjaciół. A są to kwestie, które muszą różnić się fundamentalnie, bo zależą od różnych poglądów na istotę wszechświata. Sprawy naszego kraju bywają nieraz odległe od codziennego życia, ale sprawy naszego kosmosu zawsze są nam bliskie. Kiedy więc cała społeczność opiera się na jednej koncepcji życia, śmierci i kultury, ma pełne prawo spoglądać na narodziny innej społeczności, opartej na innej koncepcji, jako na narodziny siły obcej i potencjalnie wrogiej. Tak wygląda prawda, i w rzeczy samej, jak już wskazałem na przykładzie pewnych teorii politycznych, akceptujemy ją w sprawach nieistotnych i wątpliwych, negując tylko w sprawach wielkich i oczywistych.

Chrześcijaństwo mogłoby zatem czuć obawę wobec islamu nawet gdyby nie zostało zaatakowane. Jak jednak uczy historia – zostało zaatakowane. Krzyżowiec mógłby podejrzliwie spoglądać na muzułmanina, choćby ten był tylko nowym przybyszem – lecz historia pokazuje, że był już wtedy odwiecznym wrogiem. Ludzie krytykujący krucjaty przemawiają zupełnie jakby krzyżowcy napadli na jakieś cichutkie i nie wadzące nikomu plemię ze środkowego Tybetu, o którym świat nawet przedtem nie słyszał. A przecież na długo zanim krzyżowcom przyszło do głowy wybrać się do Jerozolimy, muzułmanie dotarli niemal do Paryża. Krzyżowcy o mały włos, a zdobyliby Palestynę, lecz muzułmanie o mały włos, a zdobyliby Europę. Ówcześni autorzy, w przeciwieństwie do mnie, wcale nie musieli apelować do racjonalizmu aby dowieść, że odmienna religia robi różnicę. Odmienna religia już zrobiła różnicę. Ta różnica aż biła w oczy, gdy ludzie patrzyli na zaskakującą transformację rzymskiej Hiszpanii i rzymskiej Afryki. Teoria mówiła, że tak się musi zdarzyć, i rzeczywiście zdarzyło się tak w praktyce.

Czego ludzie się spodziewali, tego też i doświadczyli. A mając całą kwestię teoretycznie przemyślaną i praktycznie przerobioną, podeszli do niej z równą praktycznością. Najpierw wystarczyło użyć każdej reguły znanej sztuce myślenia; później wypadki rozwinęły się w taki sposób, że trzeba było użyć każdej reguły znanej sztuce wojennej. Krucjaty stanowiły kontratak. Krzyżowcy byli armią obronną, która dla odmiany przejęła inicjatywę i odparła wroga daleko do jego własnych siedzib.

W większości dzieł historycznych pisanych w epoce wiktoriańskiej znajdziemy silne uprzedzenie przeciw chrześcijanom na korzyść muzułmanów i Żydów. W szczególności widać to w powieściach. A tak się składa, że większość ludzi w naszych czasach czerpie swą historyczną wiedzę właśnie z fikcji literackiej. Żyd jest w powieściach zawsze prześladowany, podczas gdy w rzeczywistości bywał też prześladowcą. Arabowi zawsze się przypisuje orientalną godność i kurtuazję, ale nigdy orientalnego krętactwa ani orientalnego okrucieństwa. Tę samą niesprawiedliwość przejawiają historycy – a historia, jeśli zastosować w niej przemilczenia i staranną selekcję faktów, może być równie fikcyjna jak fikcja literacka. Na dwudziestu historyków, opowiadających o okrucieństwie chrześcijańskiego motłochu, który wymordował muzułmanów po zdobyciu Jerozolimy, przypada jeden historyk, który wspomina, że wódz muzułmański z zimną krwią kazał zamordować dwustu swoich najsławniejszych i najdzielniejszych wrogów po bitwie pod Hattinem. Masakry Jerozolimy nie da się przypisać Tankredowi, podczas gdy masakrę jeńców bez cienia wątpliwości zarządził Saladyn. A mimo to, Tankred jest opisywany w najlepszym razie jako mętna postać, podczas gdy Saladyna przedstawia się jako Bayarda bez trwogi i skazy. Obaj na pewno byli normalnymi wojownikami, pełnymi normalnych ludzkich wad, lecz nie osądza się ich równą miarą.

Może się zdawać paradoksem, że zachodnia historia faworyzuje wschodnich bohaterów. Przyczyna jest oczywista: wśród wielu Europejczyków wciąż jeszcze trwa bunt przeciw ich własnej dawnej religii. Toteż, rzecz jasna, polują po wszystkich stuleciach, tropiąc jej zbrodnie i ofiary. To rzecz normalna, że Wolter czuł większą sympatię do bramina, którego nigdy nie widział na oczy, niż do jezuity, z którym wdał się w ostrą zwadę. I na tej zasadzie czuł większą niechęć do katolika, który był jego wrogiem, niż do muzułmanina, który był wrogiem jego wroga.

(1) Jest to fragment książki The New Jerusalem.



Eseje G.K. Chestertona publikowane były w latach 1920-1930.

Felieton ukazał się w tomiku “Obrona wiary”, Wyd. Fronda, 2012 rok.


MOŻE TEŻ CIĘ ZAINTERESUJE

G. K. Chesterton: Wiara pustyni

G. K. Chesterton: Druga strona pustyni