G. K. Chesterton: Nie szata zdobi cywilizację (2)

0
726
Pewien wybitny kapitalista wyraził niedawno opinię, że wszystko w Chinach poszłoby dobrze, gdybyśmy byli zabrali stamtąd misjonarzy, i, jak należy się domyślać, zostawili tylko kupców. Ja osobiście powiedziałbym (wprowadzając do tej opinii drobną poprawkę), że wszystko poszłoby dobrze, gdybyśmy byli zabrali stamtąd kupców, a zostawili misjonarzy. Z tą niewielką różnicą, chętnie zaakceptuję treść i formę powyższego zdania.

CZĘŚĆ I felietonu “Nie szata zdobi cywilizację”

A w ten sposób okaże się ono nawet bliższe prawdy. Nie chcę przez to powiedzieć, że wina leżała wyłącznie po kupieckiej stronie. Z pewnością istniały obszary graniczne, gdzie jeden typ ludzi płynnie przechodził w drugi. Mogli żyć na tym świecie antypatyczni misjonarze, którzy niczym nie różnili się od handlarzy, bo tak samo targowali się i eksploatowali ludność. Na pewno żyją na tym świecie antypatyczni handlarze, którzy wzorem misjonarzy prawią innym ludziom kazania umoralniające. Lecz mimo to, między obu gatunkami wciąż widać różnicę; i każdy inteligentny człowiek przyzna, że jest to różnica zdecydowanie na korzyść misjonarzy. Bowiem jeśli nasza cywilizacja ma coś do zaofiarowania pozostałym mieszkańcom planety, to z pewnością może ofiarować im idee, a nie tylko sprzedawać spodnie, buty czy kapelusze. Tak jak się sprawy mają, zdążyliśmy już ucierpieć przez to, że Chińczyk zmienił kapelusz chiński na europejski ani trochę nie zmieniając głowy pod kapeluszem. Osiągnęliśmy handlowy sukces, sprzedając Chińczykowi parę angielskich spodni z amerykańskim rewolwerem w tylnej kieszeni.

Nasz stosunek do ekspansji europejskich metod w Azji był zawsze pokrętny, niemoralny i niespójny. Upieraliśmy się, że Azjaci muszą używać maszyn, ale robiliśmy tu wyjątek dla karabinów maszynowych. Daliśmy im prawo wstępu na nasze uczelnie, ale zabroniliśmy wstępu do ich własnych rządów. Wyśmiewaliśmy ich, kiedy nosili swoje ludowe stroje, po czym śmialiśmy się równie głośno, kiedy przebrali się w nasze ubrania. Nazywaliśmy Chińczyków pogańskimi żółtkami, gdy nie chcieli wytknąć nosa poza własny kraj, ale gdy tylko się z niego ruszyli zostali przemianowani na Żółte Niebezpieczeństwo. Mieliśmy pretensję, że są głusi na perswazje Zachodu, aby ich następnie oskarżyć, że zaczęli słuchać Rosji. I wreszcie, wyrażamy całkiem uzasadniony niepokój wobec przedłużających się chińskich wojen domowych, jednocześnie dodając z uśmiechem, że wszystko to są wojenki na niby. Nie trzeba być wcale stronnikiem Chin ani tym bardziej wrogiem Europy, żeby zauważyć, że nie przyłożyliśmy się zbytnio do rozwiązania azjatyckich problemów, toteż w efekcie patrzymy na Azję przez pryzmat chaotycznych, irracjonalnych emocji. A przecież problem chiński naprawdę jest  poważny. Najwyższa pora, żeby porządnie się zastanowić nad Chińczykiem – takim jaki jest, a nie jakim go widzimy, gdyż w naszych oczach Chińczyk stanowi tylko wcielenie dziwactw i skrajności dalekich antypodów. Nie wypowiadam się tutaj o kwestiach  politycznych, dyplomatycznych czy wojskowych. Chcę po prostu zwrócić uwagę na parę zaniedbanych aspektów filozoficznych całego zagadnienia. A zacznę od tego, że ów wybitny plutokrata mylił się, zrzucając winę na misjonarzy.

Na świecie żyją dwa rodzaje ludzi – świadomi wyznawcy dogmatów i nieświadomi wyznawcy dogmatów. Moje doświadczenie uczy, że ci drudzy są dużo bardziej dogmatyczni. Skutek wygląda tak, że w każdej chwili przemieszczają się po kuli ziemskiej wielkie gromady nieświadomych misjonarzy. Nauczają swej wiary gdziekolwiek się znajdą, a niektórzy, bardziej fanatyczni, nawet stosują się do własnych nauk – lecz nie mają pojęcia, że nauczają czegokolwiek. Żyją w osobliwym złudzeniu, że ich konkretny pogląd jest poglądem powszechnie przyjętym i praktykowanym. Za każdym ich działaniem stoi określony rodzaj myśli, choć nieraz jest to myśl dość bezmyślna. Każdy ich gest implikuje, że mają poczucie pewnej społecznej wyższości, choć jest to wyższość, której powodów nie rozważyli zbyt dogłębnie. I przez takich to ludzi rozpadają się zewnętrzne przyczółki naszej cywilizacji, funkcjonujące daleko od jej granic. Rozpadają się właśnie dlatego, że są zewnętrzne i dalekie, a ich więź z główną bazą, za mocno rozciągnięta, uległa zerwaniu. Kiedy nasze koncepcje wyłaniały się z cywilizacji europejskiej, ich kształt wynikał na ogół z takiej czy innej idei filozoficznej czy moralnej. Lecz ilekroć Europejczycy zawędrują hen poza Europę nie wiedzą, jak bronić tych koncepcji w terminach filozoficznych czy moralnych. A tak się niestety składa, że tam, gdzie są nieudolni, są zarazem aż za bardzo wydolni. Zapomnieli, jak wyglądają ich podstawy teoretyczne, więc mogą być już tylko praktyczni, co oznacza, że znaleźli się na żałośnie słabej pozycji. Uprawiają dogmatyzm,
choć stracili dogmat.

Krótko mówiąc, Europejczyk w Azji przybiera ton pełen wyższości, ale nie w sprawach, w których naprawdę stoi wyżej. To doprawdy przedziwna ironia losu, osobliwa  sprzeczność, swoiste odwrócenie ról. Nie tylko Azja zapożyczyła z Europy wszystko co najgorsze, ale Europa również w wielkim stopniu zapożyczyła całe zło Azji. Aby przedstawić sprawę w obrazowym skrócie, weźmy kwestię stroju, zwłaszcza szat religijnych, i zestawmy ją z ideami religijnymi, z których wyrastają zewnętrzne przejawy kultury. Stroje wielu ludów orientalnych, skoro o tym mowa, są dziś naprawdę dużo piękniejsze niż ubrania większości ludzi na Zachodzie. Co prawda trudno już, żeby były brzydsze. Jednak w każdym razie bardziej przypominają te swobodne, lotne, a przecież tradycyjne wzory, które możemy znaleźć w najwyższej kulturze helleńskiej i w innych humanistycznych okresach ludzkości. Są na ogół bardziej naturalne i zarazem symboliczne niż ubiór dzisiejszych Europejczyków, a przynajmniej europejskich mężczyzn. Lecz ten azjatycki element nigdy nie rozprzestrzenił się na Europę. Nie wydaje się specjalnie prawdopodobne, że londyńscy maklerzy znienacka pojawią się na giełdzie odziani w barwne, krzykliwe szaty, jakie możemy podziwiać u wielu arabskich żebraków. Nie liczyłbym, że bankier w Birmingham podkreśli swą godność olbrzymim turbanem, ze szczytu którego będzie spływać wspaniałe strusie pióro. Te elementy kultury, które u ludzi Wschodu pozostały bardziej ludzkie niż u nas, wykazują ledwo znikome oznaki ekspansywności. Bo ekspansja, oczywiście, przebiega w przeciwną stronę. To arabski żebrak na siłę chce wyglądać jak makler, w każdym razie we fragmentach stroju. To hinduski książę pospiesznie przebiera się za bankiera z Birmingham. Najbrzydsze rzeczy, jakie nasza cywilizacja stworzyła kiedykolwiek, czyli ubiór i obyczaje wielkich przemysłowych miast, rozprzestrzeniły się po całym świecie tak szeroko, jak nigdy nie rozprzestrzeniło się chrześcijaństwo, jak nigdy nie rozprzestrzeniła się rycerskość, ani monogamia, ani demokracja, ani idee obywatelskie. Nie zdołaliśmy sprawić, by daleki Azjata czuł się chrześcijaninem, za to udało się nam sprawić, że wygląda jak londyński chuligan. Myślę, że to jeden z najdziwniejszych i najbardziej złowrogich paradoksów historii, kiedy wziąć pod uwagę, co chrześcijańska cywilizacja miała do ofiarowania, a co ofiarowała.

Lecz podczas gdy ta zaraza prostactwa przenikała z Europy do Azji, coś przenikało również z Azji do Europy. Dziwne, ale również była to zaraza. Jej wpływ nie zaznaczył się tak szybko, ani być może nie rozszerzył się tak powszechnie jak moda na wulgarny styl i pospolite ubrania. Lecz był to wpływ znaczny i ubolewania godny. Tym, co przybyło do nas z Azji, była rozpacz. Cokolwiek jeszcze znajduje się w Azji, do nas trafiły wszystkie negatywne, anarchistyczne idee, jak pogarda dla jednostki, obojętność dla romantyzmu codziennego życia, pesymizm i paraliż ducha walki. Bowiem to idee przywędrowały ku nam z głębi azjatyckiego lądu, i były to przede wszystkim złe idee. Wiem oczywiście, że na tak wielkim i złożonym kontynencie jest wiele najrozmaitszych idei i ideałów, w tym wiele takich, które wcale złe nie są. Nie mówię jednak o tym, co najgłębsze w samej Azji, bo o tym z konieczności wiem mało, lecz tylko o tych azjatyckich ideach, które najgłębiej wżarły się w Europę, bo o nich niestety wiem aż za dużo. Uderza mnie ta zdumiewająca lustrzana antyteza: żadna z dwóch wielkich  cywilizacji nie dała drugiej tego, co było w niej najlepsze. My daliśmy im zniekształcenie; oni dali nam chorobę.

A przecież właśnie w dziedzinie idei nasza własna cywilizacja stoi wyżej. Niektórzy w to nie wierzą, bo zakładają, że głębokie idee to wyłącznie te, które są przygnębiające. Nie potrafią uwierzyć, że najgłębsze ze wszystkich idei są inspirujące – choć to prawda. A tych odważnych, inspirujących koncepcji, dzięki którym życie staje się w pełni życiem znajdziemy w chrześcijańskiej cywilizacji bez porównania więcej niż w jakiejkolwiek innej kulturze – więcej idei wolnej woli, więcej idei rycerskości i osobistego miłosierdzia; więcej świeżego powiewu nadziei. Metafizyka i moralność zostały przez naszych ojców opracowane nie mniej dogłębnie i subtelnie niż jakakolwiek mroczna, zgorzkniała metafizyka azjatycka.

Ale Europejczyk podróżujący po Azji nie ma pojęcia, że reprezentuje te idee. Żyje w naiwnym złudzeniu, że reprezentuje tylko jakąś firmę sprzedającą balsam do włosów albo kije do golfa. Kiedy powróci ze Wschodu, całkiem możliwe, że sam zacznie używać pesymistycznych wschodnich pojęć w przerwach między zachodnim handlowym samochwalstwem. Nigdy nie nauczył się własnej religii, więc jest bardzo  prawdopodobne, że nauczy się cudzej, i to takiej, która stoi niżej niż jego własna. Kiedy się nad tym zastanowić, można ujrzeć w całkiem nowym świetle to mocno obrzydzone słowo: „misjonarz”.


Eseje G.K. Chestertona publikowane były w latach 1920-1930.

Felieton ukazał się w tomiku “Obrona wiary”, Wyd. Fronda, 2012 rok.