G. K. Chesterton: Nie szata zdobi cywilizację (1)

0
666
Kiedy krzyżowcy przybyli do Palestyny i nadjeżdżali z Jaffy drogą, po obu stronach której złociły się pomarańczowe gaje, kierowały nimi rozmaite motywy, zapewne złożone i mocno dziś krytykowane. Sami krzyżowcy, podobnie jak ich krytycy, mogli mieć przeróżne podejście do krucjat. Jedni chcieli znaleźć Boga, inni złoto, jeszcze inni może czarną magię. Lecz czegokolwiek szukali, na pewno nie szukali malowniczości. Nie da się powiedzieć, że przybyli z szaroburej cywilizacji gnani zwykłym ludzkim pragnieniem intensywnych barw, które dzisiaj sprawia, że orientalne bazary przyciągają zachodnich artystów. W tamtych czasach Zachód tak samo jak Wschód pysznił się kolorami, podobnie jak pyszni się nimi zachód i wschód słońca. Wielu ludzi nadjeżdżających tą drogą nosiło stroje pasujące do najpiękniejszego pomarańczowego gaju i mogące konkurować z najwspanialszymi szatami orientalnych władców. Z kim by go nie porównać, król Ryszard Lwie Serce musiał wyglądać efektownie, kiedy jechał w wysokim czerwonym siodle zdobnym w wytłaczane złote lwy, mając na głowie wielki szkarłatny kapelusz, a na ramionach płaszcz pokryty srebrnymi półksiężycami. Ów szlachcic, który służył stosunkowo mało jaskrawemu rodowi Joinville, a który nosił szkarłatny strój w żółte pasy, mógłby, że tak powiem, rozłożyć na łopatki konkurencję z najbarwniejszych bazarów azjatyckich. Stroje europejskie miały poza tym walor alegoryczny, i to bardziej nawet od strojów cywilizacji wschodniej. Owszem, to prawda, że heraldyka w swoich pięknych początkach była sztuką i dopiero później wyrodziła się w naukę. Lecz jako nauka również przywiązywała wagę do znaczenia, toteż kolorystyka zachodnia była nieraz symboliczna tam, gdzie wschodnia była czysto przypadkowa. Do pewnego stopnia Wschód niewątpliwie naśladował to bardziej uduchowione zdobnictwo; pisałem już w innym miejscu o typowych lwach heraldycznych, które nawet Saraceni, ze swoim ikonoklazmem, wyrzeźbili na bramie świętego Szczepana. A jednak ówczesne piękno nigdy nie było naśladowane równie masowo, jak naśladowane jest współczesne prostactwo. Doprawdy ręce opadają, kiedy na to patrzymy. Wielki czerwony kapelusz króla Ryszarda, haftowany w zwierzęta i ptaki, nie ocienił ziemi tak szeroko, jak dzisiejsze nakrycia głowy, których nikt zresztą nie ozdabia haftami ukazującymi owe naturalne i uniwersalne wizerunki, bo nikt o tym nawet nie myśli. Prymitywny turysta z Zachodu ma dzisiaj pełne prawo sądzić, że gdziekolwiek się pojawi na szerokim świecie, stanie się wzorem mody dla miejscowych. Jest nawet gorzej. On już stał się wzorem, bo mieszkańcy Azji imitują ubrania turysty na dużo większą skalę, niż naśladowali żółte pasy szlachcica.

Być może dopiero wtedy, gdy cywilizacja choruje, zaczyna zarażać inne. A gdy choroba jest ostra i bardzo zakaźna, szerzy się jak epidemia. Tak czy inaczej, plemiona zasiadające wokół słonecznych zdrojów Afryki nie podjęły pieśni świętego Franciszka, kiedy stanął na szczycie średniowiecza, śpiewając kantyczkę o słońcu. Gdy Michał Anioł wyciął ze śniegu rzeźbę, jego pomysłu nie pochwycili Eskimosi, choć mieli do dyspozycji olbrzymie zasoby naturalnego surowca. Za to wielu murzyńskich królów nosiło cylindry, a bardziej zdeprawowani zakładali nawet spodnie. A większość nowoczesnych narodów aż się wyrywa, żeby zdobyć bezduszną maszynową broń i brutalny system fabrycznej produkcji.

***

Amanullah Khan - WikipediaLudzie wciąż mówią o klęsce i upadku afgańskiego władcy, który próbował zaprowadzić europejskie maniery wśród Azjatów (1). Szkoda tylko, że po obu stronach sporu mało kto wypowiada się rozsądnie. Dyskusja obraca się wokół powierzchownych aspektów takiej przemiany. Nie dostrzegamy, że przemiana się nie udała, bo była – właśnie powierzchowna. Oto piękny morał na użytek wielu moralistów, z namaszczeniem ogłaszających nowe prawa w dziedzinie religii i moralności. Wszyscy ci moraliści uwielbiają głębie i gardzą powierzchownością, a przecież jedyne co robią, to prześlizgują się po powierzchni płycizny. Wychwalają praktyczne rozwiązania, z całą mocą odżegnując się od dogmatów. Oni również, tak jak afgański książę, na siłę wciskaliby opornych Afgańczyków w europejskie garnitury.

Zacznijmy od teorii. Na potrzeby dyskusji przyjmijmy założenie (absolutnie nieprawdopodobne), że książę Walii, podczas jednej z podróży po szerokim świecie, zatrzymał się w jakimś dziewiczym zakątku Birmy lub Tybetu, gdzie buddyzm czy  braminizm przetrwały w niezmienionej formie do dzisiejszych czasów, albo może dotarł do dalekiego, izolowanego rejonu Chin, gdzie Chińczycy dalej wiodą tradycyjne życie, nietknięte kapitalizmem i komunizmem. Załóżmy, że był tym zafascynowany, podobnie jak wielu inteligentnych, kulturalnych Europejczyków. Znalazł wytchnienie od współczesnego świata w godności tych starodawnych tradycji. Doszedł więc do wniosku, jak niejeden filozof przed nim, że filozofia chińska jest jedyną prawdziwą filozofią. A potem wrócił nagle do Anglii i użył swoich wpływów na dworze, w rządzie i w społeczeństwie, by przeforsować ustawę, zmuszającą wszystkich Anglików, by ubierali się po chińsku, wszystkie Angielki, by krępowały stopy, wszystkie kościoły, by paliły kadzidełka ku czci buddyzmu lub konfucjanizmu, i wszystkie rady miejskie, by  przebudowały miasta w stylu pekińskich pagód. Ponieważ jest rzeczą pewną, że książę Walii nigdy tego nie zrobi, spuśćmy zasłonę milczenia na możliwe konsekwencje. Ale to jest właśnie coś, co zrobił afgański książę; to się zdarzyło naprawdę.

Nie, nie chcę tutaj wygłaszać pesymistycznych banałów, w rodzaju że Wschód jest Wschodem, a Zachód Zachodem, i jedno z drugim nigdy się nie zejdzie. Jedno mogłoby się zejść z drugim, ale tylko na bardziej fundamentalnym poziomie. Angielski filozof nie robi z siebie głupca, kiedy podziwia chińską filozofię. Tyle tylko, że jeśli chce  wprowadzić w Anglii chiński ceremoniał, to od filozofii musi zacząć. Afgański reformator nie był głupcem, uważając, że duch europejski bardziej sprzyja rozwojowi; lecz powinien był zacząć od europejskiego ducha, nie od europejskich garniturów. Krótko mówiąc, tym, co dzieli ludzi, jest światopogląd, a ujmując to w sposób bardziej konkretny – religia. Religia jest korzeniem, jest ziarnem. Jeśli to zignorujemy, będziemy przywiązywać sztuczne kwiaty do uschłego drzewa.

Gdyby wszyscy chrześcijanie stali się konfucjanistami, wytworzyliby pewnie kulturę podobną do chińskiej. Gdyby wszyscy konfucjaniści stali się chrześcijanami, wprowadziliby pewnie chrześcijańskie reformy. Morał, który z tego płynie i który bardzo jest w dzisiejszych czasach potrzebny, brzmi następująco. Kiedy następnym razem usłyszycie o jakimś nieszczęsnym misjonarzu, nie wyobrażajcie sobie, że musi to być dureń, nadający się tylko na przystawkę dla kanibali.

Ciąg dalszy za tydzień…

(1) Mowa o królu Amanullahu (1892-1960), który po nieudanych próbach unowocześnienia Afganistanu został w 1929 roku zmuszony do abdykacji.


Eseje G.K. Chestertona publikowane były w latach 1920-1930.

Felieton ukazał się w tomiku “Obrona wiary”, Wyd. Fronda, 2012 rok.