Kultura domaga się wyraźnego zabezpieczenia poprzez kryterium prawdy

0
51
10.07.2017 Policja fot. Andrzej Skwarczynski

Ks. prof. Bortkiewicz: Procedura, którą objęty został prof. Nalaskowski przypomina sąd kapturowy w wykonaniu rektora

Obecne przepisy zakładają taki stan, w którym rzecznik dyscyplinarny uczelni podejmuje decyzję o skierowaniu danej sprawy do komisji dyscyplinarnej. A ta może tylko ustopniować wymiar kary, ale nie uniewinnić! A zatem jednostka, niekoniecznie kompetentna przesądza o winie. W tym wypadku pan rektor stał się i rzecznikiem, i komisją dyscyplinarną w jednej osobie. Biolog zadecydował o wyroku na pedagoga w temacie dotyczącym par excellence pedagogiki
– powiedział w rozmowie z portalem wPolityce.pl ks. prof. Paweł Bortkiewicz.

 


wPolityce.pl: Jak to jest możliwe, że wykładowca uniwersytecki zostaje zawieszony za obronę podstawowych wartości, a co więcej – o trwającym się przeciw niemu postępowaniu dowiaduje się z mediów? Z taka sytuacją mamy do czynienia w przypadku prof. Aleksandra Nalaskowskiego. O czym to świadczy? W jakich kategoriach należałoby taką sytuację rozpatrywać?

Ks. prof. Paweł Bortkiewicz: Sprawę prof. Nalaskowskiego można i należałoby rozpatrywać w wielu aspektach. To jest pytanie o wolność słowa, chyba najbardziej powtarzane. Ale chciałbym dodać pytanie o możliwość mówienia o prawdziwych zjawiskach w sposób publicystyczny. Wyobraźmy sobie, że ktoś snuje narrację o osobach niehumanitarnonormatynych, które dokonywały selekcji sztucznej pewnej grupy etnicznej. Stosowano przy tym środki, które wedle rozpowszechnionej opinii dość reprezentatywnej grupy nie uchodziły za standardowe. Wyjaśnię, że chodzi o narrację opisującą bestialstwo Niemców hitlerowskich dokonujących ludobójstwa w czasie II wojny światowej. Nie przytaczam tego absurdu bez powodu. Jak rozumiem, jedynym publicznie podanym krytycznym kryterium oceny prof. Nalaskowskiego jest to, że nauczyciele akademiccy UMK zobowiązali się do szacunku wobec każdej osoby. Rozumiem więc, że moi koledzy z teologii nie mogą potępić Judasza jako zdrajcy, historycy nie mogą nazwać Stalina zwyrodniałym mordercą, filozofowie nie mogą ocenić krytycznie poglądów Nietzschego, a prof. Nalaskowski nie mógł zaprotestować przeciwko ludziom publicznie nawołującym do wdrożenia programów deprawacji dzieci. To jest terror i absurd w jednym. To efekt bezrozumnego kultu słowa „tolerancja” przyjętego jako wartość absolutna. Mówię to jako wróg tolerancji, a gorący rzecznik afirmacji człowieka.

Czy na polskich uniwersytetach jest jeszcze miejsce na rzetelną naukową debatę? Wystarczy przypomnieć sytuację, w jakiej znalazł się niegdyś Ksiądz Profesor, kiedy zakłócono Księdza wykład, a wśród zakłócających byli Księdza koledzy a UAM.

Nie chcę z jednej strony tworzyć wspomnień kombatanckich. Ale kilka faktów godnych jest przypomnienia. W 2013 roku zostałem poproszony o wykład otwarty na temat gender. Zanim wykład się odbył grupa wykładowców na stronach protestuj.pl usiłowała zablokować wykład. Kilka osób w to zaangażowanych interweniowało w tym samym celu u władz uczelni. Wykład się odbył, ale został zakłócony przez bojówkę anarchistyczną przy czynnej pomocy wykładowców z mojej uczelni. To, co najciekawsze – po wykładzie grupa przedstawicieli gender studies z UAM napisała do ówczesnej tzw. „ministry” pismo o obronę tychże ludzi przed agresorami szerzącymi poglądy krytyczne wobec gender! No więc powiem tak – z marksistami trzeba było rozmawiać, bo takie były uwarunkowania. Debaty z neomarksistami nie da się prowadzić.

Czy rektor ma w ogóle prawo do zawieszenia pracownika naukowego z powodu prowadzonej przez niego obrony tradycyjnych, chrześcijańskich wartości?

Otóż, takie „prawo” formalnie istnieje. Pytanie, czy jest to prawo sprawiedliwe. Na marginesie – procedura, którą objęty został prof. Nalaskowski – jak to wynika z mediów – jest o tyle zaskakująca, że przypomina sąd kapturowy w wykonaniu rektora. Ale nawet, gdyby dokonywała się lege Artis w obecnej formie, też zapewne byłaby ciekawa. Obecne przepisy zakładają taki stan, w którym rzecznik dyscyplinarny uczelni podejmuje decyzję o skierowaniu danej sprawy do komisji dyscyplinarnej. A ta może tylko ustopniować wymiar kary, ale nie uniewinnić! A zatem jednostka, niekoniecznie kompetentna przesądza o winie. W tym wypadku pan rektor stał się i rzecznikiem, i komisją dyscyplinarną w jednej osobie. Biolog zadecydował o wyroku na pedagoga w temacie dotyczącym par excellence pedagogiki.

Czy można powiedzieć, że wraz z wprowadzeniem gender na uniwersytety nastąpiła ich silna ideologizacja, na tyle silna, żeby stać się wyznacznikiem pozycji naukowej pracowników uniwersyteckich?

Niestety, tak się dzieje. Ideologia w najczystszej postaci stała się zadomowiona w przestrzeni nauki. Nie miejsce tu, by omawiać tę ideologię. Ale tym, którzy zżymają się na te słowa proponuję, by sięgnęli do ikon tej „nauki” i ich biografii. Do lesbijki Judith Butler, do aborcjonistki Simon de Beauvoir, do umierającego na AIDS homoseksualisty Foucault i innych, i uczciwie zastanowili się, czy te poglądy mają coś więcej poza dramatyczną próbą usprawiedliwienia uprawomocnienia własnych zaburzeń seksualnych? Czy Kinsey i jego zespół dewiantów, w tym pedofilii, naprawdę ma stanowić podstawę rewolucji w seksuologii rozumianej jako nauka?

Konstytucja dla nauki miała rozszerzyć autonomię uczelni, tymczasem postronny obserwator może odnieść wrażenie, że dzieje się dokładnie odwrotnie i zamiast rzetelnej nauki rządzi ideologiczna politpoprawność?

To jest dla mnie temat bolesny. Konstytucja dla nauki wyraźnie optowała w stronę transferu wiedzy do gospodarki. I zostawiła na marginesie kulturę. Wiedza ścisła i gospodarka mogą być policzalne. Kultura domaga się wyraźnego zabezpieczenia poprzez kryterium prawdy. Jan Paweł II pisał, że demokracja oderwana od prawdy staje się systemem totalitarnym. A wiedza? Oderwana od prawdy jest ideologią. A autonomia staje się anarchią i bezprawiem.

Jak wygląda obecnie polityka grantowa? Kilka lat temu ze środowisk naukowych płynęły sygnały o faworyzowaniu projektów badawczych dotyczących gender lub ocierających się o gender w przyznawaniu grantów naukowych. Czy obecnie też mamy do czynienia z takimi praktykami?

Dwóch moich znakomitych kolegów historyków żartowało niedawno niezależnie od siebie na temat grantów. Jeden chciał ubiegać się o grant na temat prześladowań homoseksualistów w Prusach Wschodnich w XIX wieku a drugi o badanie represji gejów i lesbijek na Podhalu w latach 80. XX wieku. A wszystko to po to, by opisać te przestrzenie społeczne i kulturowe z konkluzją, że niestety nie udało się ustalić faktu owych represji, bowiem wymienionych grup osób w owym czasie i w owym terenie, w widocznej skali nie było… Może to jest sposób na granty, ale to przypomina naukę sowiecką a nie naukę.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Anna Wiejak

Za: wpolityce.pl

Fot. wpolsce.pl


MOŻE CIĘ RÓWNIEŻ ZAINTERESUJE:

Barbarzyństwo 2.0 : ” Konstytucja dla nauki”

P. Zych: Tajemnice Białegostoku

Czy uniwersytet może się wybić na niepodległość heroicznie broniąc się przed poznaniem prawdy o swojej historii ?

Seks narzędziem sterowania, czyli czas kolonizacji rozumu