Na sobotę Chesterton: “Święto zimowe”

0
571

Ludzie nowocześni, którym bardziej zależy na własnej nowoczesności niż na własnym człowieczeństwie, mają obyczaj, o którym trochę za mało się mówi. Ludzie nowocześni, te bystre stworzonka, cieszą się mianowicie najbardziej, kiedy mogą pokryć stare złoto tombakiem, a potem z wielką pasją zdrapywać tombak wraz ze złotem, dowodząc, że wszystko to zawsze było fałszywe. Chcę przez to powiedzieć, że mając do czynienia z czymś naturalnym najpierw kamuflują to i deformują, pokrywając warstwami szpetnej sztuczności, a potem narzekają na tę sztuczność i odrzucają wszystko hurtem, bardzo zdegustowani. Na początku każą nam, żebyśmy pogodzili się z odkształceniem, bo przecież stanowi ono ulepszenie; kończy się na tym, że coś, co miało zostać ulepszone zostaje zlikwidowane.

Weźmy taką demokrację. W zalążkowej postaci, jako zgromadzenie wioskowych starców albo wiec plemienny, demokracja jest stara jak świat; można by ją wręcz wywodzić z podobnych zgromadzeń pośród gawronów czy wilków. W takiej też postaci wciąż się przechowała w niejednej wiejskiej społeczności, zwłaszcza góralskiej. Kiedy się ją nieco wygładzi, racjonalnie ucywilizuje, a przede wszystkim  schrystianizuje, trudno o przyzwoitszą i dumniejszą formę rządu na tym naszym świecie, gdzie rząd w jakiejkolwiek formie z pewnością nie należy do szczególnie udanych wynalazków.

I co też uczynił nowoczesny Zachód z tą prastarą tradycją? Gdy wpadła mu w ręce, zabrał się ochoczo za jej ulepszanie. My, ludzie Zachodu, ulepszyliśmy demokrację, dodając całą masę demagogii, to znaczy, zatrudniając do niej zawodowych polityków. Ulepszyliśmy wybory, dodając obietnice wyborcze, czyli zorganizowane kłamstwo. Ulepszyliśmy oficjalne deklaracje, dodając reklamę, czyli zamiast rogu albo trąbki, które wzywały ludzi na plac zgromadzeń, stawiając gigantyczne głośniki, przez które partia polityczna może być zachwalana niczym partia towaru. Wprowadziliśmy rozliczne ułatwienia, dzięki którym wyborca może bez trudu sprzedać głos, a wybierany może zaprzedać duszę. Jesteśmy wręcz dumni z naszej technicznej biegłości, sprawiającej, że każde wybory okazują się złym wyborem, a nasi reprezentanci nas nie reprezentują. I dopiero później, kiedy cała idea demokracji została ulepszona na śmierć w ten cyniczny sposób, okazało się, że cynicy stali się sceptykami – innymi słowy, zwątpili w sens demokracji jako idei. Ci ludzie, ze swymi przewspaniałymi postępowymi ulepszeniami, obrócili władzę ludu we władzę, której lud nie lubi, a teraz, ponieważ sami też nie są szczególnie lubiani, demonstrują subtelną elitarną wybredność i dają do zrozumienia, że gardzą tym ustrojem dla prostaków.

Ta sama szydercza niesprawiedliwość spotyka wielkie ludowe święta. Maszerując raźno w pochodzie postępu, najpierw spłyciliśmy i ulukrowaliśmy Boże Narodzenie, a potem oskarżyliśmy je o przyziemność, bezguście i brak duchowości. Stało się zbyt miałkie, zbyt komercyjne, toteż wielu podobnych myślicieli chciałoby zlikwidować święta, które zepsuto, zatrzymując komercję, która je zepsuła. Jeśli spróbuję teraz spojrzeć wstecz w dawne czasy, żeby ujrzeć, czym było ono kiedyś i czym byłoby nadal, gdyby je poprawnie zdefiniować, owi myśliciele oznajmią oczywiście, że jestem istotą anachroniczną, zapóźnioną i bez kontaktu ze współczesnym światem. Nic dziwnego, że
ci sami nowocześni osobnicy, którzy z osobliwą logiką rozmyli ideę w mętnej wodzie, aby się potem skarżyć, że idea jest mętna, zmącili tak samo również historię tej idei – idei, którą najpierw wykończyli swoim udoskonalaniem, a teraz chcą ją pogrzebać pod stertą pretensji i obelg.

Pierwsze, czego się dowiecie od takich ludzi o Bożym Narodzeniu, to że tak naprawdę jest to stare święto pogańskie. Wiele jego tradycyjnych elementów, powiedzą, zostało przejętych od pogan. Czego ci ludzie nie rozumieją, to że fakt ten, na ile jest zgodny z prawdą, dowodzi jedynie, że starożytni poganie byli ludźmi o wiele bardziej sensownymi niż poganie współcześni. Obyczaj świętowania zimowej równonocy zawiera dużo psychologicznej prawdy, lecz jest to prawda niedostępna dla osobników, którym usta się nie zamykają od  ględzenia o psychologii, a którzy w gruncie rzeczy dbają o psychologię tylko dlatego, że pomaga sprzedawać ich produkt. Starożytni poganie
zdawali sobie sprawę, że dobry rytuał musi być odwieczny, że musi być religijny, że musi się fundamentalnie wiązać z prostymi rzeczami, jak drzewo, woda czy ogień, ale że musi być również w pewien osobliwy sposób rewolucyjny; że powinien wywyższać pokornych albo zrzucać z tronów wyniosłych. Ta właśnie idea przewijała się na dziesiątki sposobów zarówno u pogan, jak u chrześcijan. Saturnalia, wymyślone w społeczeństwie niewolniczym, stanowiły dla niewolników jeden szalony dzień wolny w roku. Średniowieczne chrześcijaństwo chcąc nie chcąc musiało funkcjonować w społeczeństwie feudalnym, lecz w swoich kolędach i legendach ciągle przypominało, że aniołowie
mówili do prostych pastuszków, podczas gdy do ucha króla szeptał diabeł. Pradawny rytuał uświęcał i podtrzymywał zarzewie pradawnego buntu. Otóż, chrześcijaństwo z łatwością wchłonęło takie właśnie pogańskie obyczaje, ponieważ były one pod tym względem o włos od chrześcijaństwa. A człowiek, który nie rozumie, że saturnalia były o włos od chrześcijaństwa nigdy w życiu nie czytał Magnificat.

Ktoś, kto twierdzi, że chrześcijaństwo zostało wchłonięte przez pogaństwo wykazuje kompletną nieznajomość historii. Przecież tysiące dowodów wskazuje, że było na odwrót; że to pogaństwo zostało wchłonięte przez nową cywilizację. Na przykład, wszystkie pogańskie obyczaje, które wczesny Kościół uznawał za potworne, znikły kompletnie. Znikła rzeź istot ludzkich w amfiteatrach, będąca w starożytności odmianą sportu, bardzo popularną pośród szerokich rzesz społeczeństwa. Niewątpliwie stało się tak po części dlatego, że ginęli tam chrześcijańscy męczennicy, a po części też za sprawą świętego Telemacha, bohaterskiego pustelnika, który wdarł się na arenę, by wielkim głosem zakrzyknąć do Boga i ludzkich sumień przeciwko przelewaniu krwi dla rozrywki, jakby to było wino. Tak czy owak, z tego czy innego powodu, krwawe igrzyska odeszły w przeszłość. Skoro więc przeróżne pogańskie obyczaje, takie jak Święto Zimowe, zostały zachowane przez świat chrześcijański, to z całą pewnością dlatego, że nie raniły wrażliwości młodego chrześcijaństwa, że nie budziły w nim oburzenia.
Kiedy Konstantyn uczynił chrześcijaństwo religią państwową Cesarstwa Rzymskiego, mogło ono zdeptać i zniszczyć każdy przejaw pogaństwa – gdyby, ma się rozumieć, na tym mu zależało. A najciekawsze, że tak rzadko mu zależało.

Istnieje, na przykład, cała masa wspaniałych pogańskich utworów literackich, w których trudno przeczytać dziesięć stron pod rząd, żeby nie trafi ć na coś, co chrześcijanin mógłby zechcieć ocenzurować, i to z całkiem logicznych pobudek. Sam fakt, że ta cała masa utworów dotrwała jednak do naszej epoki jest dla mnie bardziej znamienny, niż kilka odosobnionych wypadków, kiedy do takiej cenzury podobno doszło. Na przykład, z pewnością byłoby logiczne, gdyby pierwsze pokolenie świętych uznało, że co jak co, ale Safona z pewnością nie powinna być czytywana – to jest, o ile naprawdę głosiła ona to, co się jej powszechnie przypisuje. Tymczasem w rzeczywistości nie ma historycznych dowodów ani na to, że ona to głosiła, ani na to, że oni ją cenzurowali. W oczach człowieka, który umie spojrzeć na ówczesne czasy z perspektywy dziejów, najbardziej charakterystyczna i interesująca jest tolerancja, jaką pierwsi chrześcijanie mieli dla ostatnich pogan. Kościół nigdy nie wymazał wszelkiego wspomnienia o dawnych bogach, jak to zrobił Mahomet z arabskimi bożkami czczonymi przed islamem. Kościół nigdy nie palił książek mechanicznie i z automatu, tak jak ikonoklaści niszczyli posągi. Stosunek Augustyna do
Platona, stosunek Akwinaty do Arystotelesa, jest pełen znacznie większego respektu i zrozumienia niż stosunek oświeceniowych sceptyków, jak Hobbes czy Hume, do Akwinaty. Krótko mówiąc, chrześcijanie zawsze popełniali niezliczone zbrodnie, lecz ówcześni chrześcijanie nie popełnili tej akurat zbrodni. Nie odcięli się od historii. Chrześcijaństwo zawodziło w praktyce niejeden raz, ale w tej sprawie nie zawiodło; udało mu się zachować ciągłość cywilizacji. Chrześcijanie bywali przestępcami, ale nie byli wandalami. Platonicy tacy jak święty Augustyn,
mieszkańcy obleganych przez Wandalów miast, za dużo wiedzieli o Wandalach, żeby się do nich upodabniać.

Jest zatem ogromnym powodem do chwały dla chrześcijańskiej tradycji, że zasymilowała ona tyle tradycji pogańskich. Lecz moim zdaniem najbardziej jej się chwali asymilacja tradycji ludowych, zaś najlepszy, najbardziej oczywisty przykład to wchłonięcie przez tradycję chrześcijańską dawnej, ludzkiej i pogańskiej, tradycji Święta Zimowego, na ile, rzecz jasna, została ona wchłonięta. Trzeba tu bowiem zrównoważyć dwie głębokie i tajemnicze prawdy. Pierwsza mówi, że to, co w tamtych czasach było pogańskie, było tym niemniej ludzkie,
to znaczy, zarówno mistyczne, jak cielesne. To powiązanie mistyki z materią oznaczało, że pewne substancje uznawano za święte, a pewne działania za sakramentalne. Pogaństwo miało więc zrozumienie dla magii drzew, wód i boskiego ognia. A druga prawda, która dla wielu osób zabrzmi jak drażniący nietakt, głosi, że to, co pogańskie, dopóki jest pogańskie, nie osiąga jeszcze pełni człowieczeństwa. Krótko mówiąc, pogańska część składowa Bożego Narodzenia została przez chrześcijan przyjęta w sposób całkiem naturalny, ponieważ wcale nie
była odległa od chrześcijaństwa.

Weźmy na przykład samą koncepcję Święta Zimowego. Istnieje najzupełniej naturalna paralela między religią, która rzuca wyzwanie światu, a rytuałem, który rzuca wyzwanie pogodzie. Gdyby pogaństwo było hedonizmem, skupionym na czystej przyjemności, zajęłoby się raczej hucznymi obchodami Święta Letniego. Zimą nawet bogaty człowiek miewa pewne blade pojęcie o problemach trapiących nędzarza, bo choć raczej nie doskwiera mu głód, to jednak do pewnego stopnia dokucza mu chłód. Ludzie, którzy wybrali ten okres wspólnego marznięcia, by głosić braterską ludzką wspólnotę, mieli przeczucie czegoś, co można by nazwać ideą chrześcijaństwa. Była w tym sugestia, że radość bierze się z wnętrza duszy, a nie z zewnątrz; że niebezpieczeństwo i możliwość bólu stanowią same w sobie podstawę do wdzięczności i rozradowania; że nawet będąc zaledwie poganami, jesteśmy czymś lepszym od panteistów, prostych czcicieli natury, bo gdy natura się sroży i ściska mrozem, człowiek potrafi się uśmiechać. Wiązała się z tym również gościnność, podległa rozmaitym ograniczeniom zależnie od społeczności, zwłaszcza jednak gościnność wobec obcych przybyszów i generalnie biorąc hojność wobec ubogich.

Oczywiście, to najzupełniej naturalne, że w zimie człowiek chce napić się wina albo ogrzać przy ogniu, ale jeśli chodzi o genezę święta nie jest to żadne wyjaśnienie, chyba że w oczach ludzi, którzy wierzą w ignorancki przesąd, że chrześcijaństwo jest przeciwne wszystkiemu, co naturalne. To właśnie trzeba podkreślić. Ważna jest ta jedna, szczególna okazja do świętowania; ważne, że Święto Zimowe, czy to w wersji pogańskiej, czy chrześcijańskiej, zawsze żyło ideą dzielenia radości z innymi; toteż puchar z winem przechodził z rąk do rąk, a zziębniętego
wędrowca sadzano przy kominku. Nie można stawiać chrześcijanom zarzutu, że przejęli i kontynuowali tę akurat pogańską tradycję. To tylko pokazuje, że chrześcijanie na pierwszy rzut oka umieli rozpoznać coś, co z ducha było chrześcijańskie.

Esej ukazał się w tomiku pt. „Obrona rozumu”, wyd. Fronda 2014. Poprzedni odcinek poniżej.


Na sobotę Chesterton: Bezmyślny sentymentalizm