Kilka uwag o ojczystej mowie Ślązaków

0
1855

Prof. Franciszek Antoni Marek

Kilka uwag o ojczystej mowie Ślązaków Nr 2016 7 8Na początku mych rozważań zacytuję słowa biskupa i kardynała Ignacego Jeża, mojego wychowawcy szkolnego w czasach gimnazjalnych, który mawiał o sobie, że jest „Ślązakiem z wyboru”. Jego rodzice nie byli bowiem Ślązakami, ale osiedlili się w tej części Śląska, która po powstaniach śląskich powróciła do Polski. Ignacy począwszy od swego niemowlęctwa aż do objęcia stanowiska bpa ordynariusza diecezji koszalińskiej w 1972 roku wychowywał się, a następnie pracował, na Śląsku, z kilkuletnią przerwą podczas wojny, gdy był więźniem obozu koncentracyjnego w Dachau. Znał doskonale – lepiej niż nasi sprzedajni historycy oraz obłudni politycy – ideowe oblicze polskich Ślązaków oraz ich stosunek do Polski, czemu dał wyraz w swej książce „Przygody z Opatrznością”, opublikowanej w 2004 roku: Postawa Ślązaków w czasie powstań i plebiscytu byłaby niezrozumiała, gdyby nie przyjąć założenia, że jest to po prostu część Polski. Dlaczego chcieli do niej należeć? Aż dziw, że mimo odłączenia przez tyle wieków od reszty kraju, od czasów Kazimierza Wielkiego, który sprzedał Śląsk Czechom, Ślązacy zachowali polskość, mimo że byli otoczeni niemieckim żywiołem. Patrząc na historię, ja tego nie rozumiem. Jak to jest możliwe żeby przez tyle wieków, gdy nie było łączności z językiem ogólnopolskim, zachować takie umiłowanie języka macierzystego (s.58). Dawniej treść zacytowanych słów nie stanowiła dla mnie jakiegoś fenomenu, gdyż pielęgnację odziedziczonych po przodkach ideałów, zwłaszcza wyznania wiary, świadomości narodowej i mowy macierzystej, uważałem za religijny obowiązek. Byłem przekonany, że powinnością  rodziców – w każdym pokoleniu – jest przekazywanie tych ideałów swoim dzieciom. Niestety, w dzisiejszych czasach ustępują one hedonistycznemu podejściu do życia.

W sierpniu i wrześniu 2014 roku leciały w rozgłośni radiowej i częściowo także w telewizji audycje poświęcone powstaniu warszawskiemu. W jednej z nich wystąpili mieszkający w USA małżonkowie, chyba już blisko dziewięćdziesięcioletni, którzy zawarli związek małżeński podczas powstania. Pokazane zdjęcie z ich uroczystości ślubnej – przedstawiające urodziwą pannę młodą, sanitariuszkę, i jej oblubieńca, powstańca, z obandażowaną po odniesionych ranach ręką w temblaku, oraz kapłana udzielającego im sakramentu małżeństwa – naprawdę wzruszało. Sędziwi dziś małżonkowie mówili piękną polszczyzną, ale z wyraźnie amerykańskim akcentem, co po siedemdziesięcioletnim okresie zamieszkania w USA uznać trzeba za zjawisko normalne. Mój zachwyt dla nich prysnął jednak, gdy do rozmowy włączyły się ich dzieci, bodaj pięcioro, z których nawet to najmłodsze było już grubo po pięćdziesiątce. Z niedowierzaniem przyjąłem wiadomość, że ani jedno z tych dzieci nie znało języka polskiego!

A oto inny przykład podobnego typu: W styczniu 2015 roku oglądałem w telewizji spotkanie z polskimi emigrantami z Doniecka, którym udało się uciec z obszarów, na których toczy się barbarzyńska wojna rosyjsko-ukraińska. Tylko najstarsi z nich, pamiętający czasy  przedwojenne, mówili po polsku, a pozostali, urodzeni po wojnie, już tego języka nie znali.

Te dwa spostrzeżenia nie tylko mnie zdziwiły, ale także pobudziły do pewnej refleksji. Przypomniały mi, że w 1996 roku, kiedy byłem rektorem Uniwersytetu Opolskiego, to złożyła mi wizytę ponad dwudziestoosobowa grupa Amerykanów śląskiego pochodzenia. Było to już piąte i szóste pokolenie urodzone w Teksasie, a zarazem pierwsze pokolenie odwiedzające kraj tych swoich przodków, którzy w połowie XIX wieku wyemigrowali z parafii Płużnica pod Strzelcami Opolskimi do Ameryki. Jedni z nich mówili lepiej po polsku, inni trochę słabiej, ale wszyscy znali jako tako ten język i to w jego przepięknym dialekcie opolskim, całkowicie wolnym od germanizmów. Utkwiło mi w pamięci kilka ich zdań: My dycki w doma ździebko po polsku rzondziyli. A gdy pewien głupek z „mniejszości niemieckiej”, zorientowawszy się, że nie można im wciskać niemieckości, próbował wmawiać im śląskość, to spotkał się z ostrą z ich strony repliką: My zowdy byli Polokoma. Jakoż w Teksasie istnieją trzy założone przez ich przodków wioski: Panna Maria, Częstochowa i Kościuszko. Przy wjeździe do Panny Marii można obok tej nazwy przeczytać na oddzielnej tablicy napis w języku angielskim „Najstarsza osada polska w Ameryce”.

Współcześni polscy Ślązacy z Teksasu oraz moi śląscy rówieśnicy, urodzeni przed wojną na Opolszczyźnie, są już blisko trzydziestym  pokoleniem urodzonym poza granicami państwa polskiego, a władającym polskim językiem ojczystym – wyniesionym nie ze szkół, lecz z domów rodzinnych – i posiadającym w przytłaczającej większości także świadomość polskiej tożsamości narodowej. To jest pierwszy wielki fenomen śląski, zasługujący na zdjęcie przed nim czapki, pochylenie głowy i oddanie mu uznaniowego pokłonu. Donieckich Polaków, nie znających języka polskiego, nie będę oceniał, gdyż nie wiem w jakich warunkach politycznych oni wyrastali. Wydaje mi się jednak, że nigdzie w Europie nie było dotąd brutalniejszej polityki wynaradawiania, niż zwalczanie polskości w państwie pruskim pod władzą królów Fryderyków i w cesarstwie niemieckim podczas Kulturkampfu oraz w Trzeciej Rzeszy pod reżimem hitlerowskiego nazizmu, dlatego trudno mi zrozumieć tych Polaków nie znających języka polskiego, którzy urodzili się poza obszarem państw niemieckich. A to, że pierwsze pokolenie Polaków (nie-śląskiego pochodzenia!), urodzone, wyrastające i mieszkające w najbardziej demokratycznym i tolerancyjnym państwie, jakim są Stany Zjednoczone Ameryki, nie zna języka polskiego, też uważam za fenomen, ale o negatywnym znaczeniu. Chciało by się przy nim siarczyście zakląć i to bardzo głośno. Niestety, w społeczeństwie polskim funkcjonują całkowicie błędne stereotypy. Czcimy klęski, a nie zwycięstwa, krzywdzimy najbardziej przyzwoitych obywateli, a równocześnie jesteśmy niezwykle pobłażliwe wobec całej zgrai najgorszych szubrawców. Gdy Ślązak w gronie osób z obszaru dawnej Kongresówki wypowie nieopatrznie słowo ptok zamiast ptak, to nierzadko usłyszy za sobą szept: szwab, szwab, szwab, powtarzany jak odliczanie żołnierzy stojących w szeregu na apelu, choć ptak nazywa się po niemiecku der Vogel, a nie ptok.

Nie wiem, czy Ślązaków mówiących gwarą jest – jak chełpią się katowiccy separatyści – aż 800 tysięcy, ale wiem, że do nich należę. W moim domu rodzinnym panowały dwie gwary. My, tj. rodzeństwo, mówiliśmy rybnicką gwarą naszej Mamy, a Tata, pochodzący spod Góry Św. Anny na Opolszczyźnie, choć mieszkał w rybnickim środowisku ponad 60 lat, od 1921 roku aż do swej śmierci w roku 1989, to nigdy tej gwary nie przyjął i mówił – oczywiście tylko w środowisku domowym – swoją gwarą opolską. Myśmy słowa „gęsi, gołębie, zęby, łąka, łyżka i koniczyna” wymawiali jak gyńsi, gołymbie, zymby, łonka, łyszka i kończyna, a Tata mawiał gańsi, gołambie, zamby, łanka, łeszka i  krasikoń. Gdy się ożeniłem, to z czasem zapanowały w moim domu aż trzy gwary. Ja pozostałem przy rybnickiej gwarze, moja żona, góralka z Krościenka nad Dunajcem i polonistka po studiach krakowskich, mówiła w domu gwarą podhalańską, a nasze dzieci najpierw przyjęły gwarę swej mamy, a gdy zaczęły uczęszczać do przedszkola to przeszły na miejscową gwarę opolską, ku ogromnej radości mojego Taty. W domowych rozmowach każdy mówił w swojej gwarze i to uchodziło za zjawisko normalne, nie podlegające żadnej dyskusji.

W czasach moich uniwersyteckich studiów filologicznych językoznawcy układali poszczególne mowy polskiego języka w hierarchię o kształcie piramidy. Na wierzchołku tej piramidy lokowali język ogólnonarodowy, nazywany potocznie literackim, a pod nim były narzecza, głównie: wielkopolskie, małopolskie, kaszubskie, podhalańskie i śląskie. Narzecza dzieliły się na dialekty, a dialekty na gwary. Niejako obok tej piramidy funkcjonowały żargony (zawodowe, obyczajowe i inne). Istnieją żargony: więzienny, wojskowy, szkolny, pijacki, złodziejski, myśliwski itp.). Narzecza charakteryzują się jakimiś wspólnymi dla ich regionu wyróżniającymi się cechami. Np. w narzeczu małopolskim cechą taką jest mazurzenie, natomiast w narzeczu wielkopolskim brak mazurzenia. Wszystkie nasze narzecza, dialekty i gwary mają strukturę gramatyczną języka polskiego, a narzecze podhalańskie posiada, jako jedyne wśród wymienionych, odmienny system akcentowy. Wiadomo, że akcent w języku polskim pada z reguły na drugą sylabę od końca danego słowa, a w narzeczu podhalańskim każde słowo zaczyna się sylabą akcentowaną. Góral nie powie Krościenko ani Szczawnica, lecz Krościenko i Szczownica. Nie ma, w moim przekonaniu, jakiegoś spoistego narzecza śląskiego. Terminem tym określamy ogół dialektów i gwar śląskich, różniących się między sobą nie tylko zasobem leksykalnym, ale i semantycznym. Są takie dialekty, jak opolski, głogówecki, oleski, raciborski, rybnicki, pszczyński i inne. Mazurzenie, charakterystyczne dla narzecza małopolskiego, występuje na Śląsku tylko w dialekcie pszczyńskim oraz w gwarach kilku wiosek na Opolszczyźnie. Mieszkańców tych wiosek nazywa się w sąsiednich gwarach sycokami. Słowa mówienie, mówić, mówią, w dialekcie rybnickim brzmią godanie, godać, godajom, w dialekcie opolskim rzondzynie, rzondzić, rzondzom, a w dialekcie raciborskim przeważają formy prawienie, prawić, prawią. Słowo buks ma w gwarach okręgu rybnickiego takie znaczenie jak w języku ogólnopolskim przezwisko urwis, a na Opolszczyźnie brzmi chwalebnie. Buksami i mariankami nazywa się w tym regionie młodych ludzi, głęboko religijnych, którzy uczestniczą w życiu konsekrowanym.

Gwar jest jeszcze więcej niż dialektów. Często w jednej wiosce, a niekiedy nawet w jednej rodzinie, występuje kilka gwar. Słowo będzie w przemysłowym okręgu Górnego Śląska wymawia się jako bydzie, natomiast koło Góry Św. Anny, w jednej wiosce jako bandzie, a w drugiej jako baje. Profesor Stanisław Bąk, który badał przed wojną gwary okręgu rybnicko-katowickiego i wiedział że pochodzę z Bełku, kazał mi przy egzaminie z dialektologii (na Uniwersytecie Wrocławskim,) wielokrotnie powtarzać kilka wybranych słów, po czym powiedział: Pan rzeczywiście nie rozróżnia między „ch” i „h” (dźwięcznością i bezdźwięcznością); i na pewno wasza rodzina mieszka na początku wioski, od strony Orzesza, bo na drugim końcu wioski, od strony Rybnika, ludzie mówią trochę inaczej. I miał rację. Polacy z byłej Kongresówki i wschodniej Galicji mają trudności w zrozumieniu Ślązaków mówiących gwarami, ale Ślązacy rozumieją wszystkie gwary śląskie, a także polski język literacki.

Moja Mama mówiła tylko gwarą, a pisała jedynie po niemiecku, natomiast codziennie, po wspólnej i głośnej modlitwie wieczornej,  oczywiście w języku polskim, czytała nam, dzieciom, w tym języku przepiękne opowiadania. Jeśli były wśród nich żywoty świętych, to wiem, że pochodziły z dzieła ks. Piotra Skargi, ale pochodzenia innych jej opowiadań nie udało mi się dotąd ustalić, nawet przy pomocy niemieckich filologów. Pamiętam, że jeszcze podczas wojny przechowywano na naszym strychu powiązane czasopisma z końca XIX wieku: „Katolika”, „Gwiazdkę Cieszyńską” i „In Freien Stunden” (W wolnych godzinach). W styczniu 1945 roku, gdy front zatrzymał się pod Rybnikiem, a Rosjanie urządzili w naszym domu szpital polowy, to czasopisma te, wraz z wieloma innymi rzeczami, przepadły. Najprawdopodobniej niektóre opowiadania Mamy pochodziły z owego niemieckiego czasopisma, ale ona przekazywała je nam we własnym polskim tłumaczeniu. Opowiadając o cudownych organach kościelnych, które same grały gdy nabożeństwo było poświęcone jakiemuś  szlachetnemu człowiekowi, użyła słowa Orgelbauer na określenie ich budowniczego. Nie znając wtedy jeszcze języka niemieckiego, myślałem że to nie budowniczy organów, lecz jego nazwisko.

Dążenie do równouprawnienia w życiu społecznym gwar z językiem literackim (ogólnonarodowym) jest nie tylko anachronizmem, ale także zamachem na śląską tradycję. Język literacki i gwary mają bowiem ustalone przez samych Ślązaków trwałe miejsca w hierarchii wartości. Gwary są mową domu, pracy, najbliższego otoczenia, zwłaszcza gospodarstwa, oraz konwersacji z krewnymi i śląskimi sąsiadami, natomiast język literacki jest narzędziem wyższej użyteczności, głównie religijnej i kulturowej. Nie ma ani jednej modlitwy śląskiej w formie gwarowej; do rozmowy z Bogiem służy Ślązakom wyłącznie język literacki. Kościół był wprawdzie zawsze stróżem, powiernikiem, nauczycielem i obrońcą polskiego języka literackiego na Śląsku, ale nie jego twórcą. Język ponad 60 tysięcy (wraz z wariantami) śląskich pieśni ludowych, z których wiele ma rodowód przedchrześcijański, jest niemal wyłącznie mniej lub bardziej literacki, a nie gwarowy. Najbardziej znane, także poza Śląskiem, są zapewne dwie śląskie pieśni ludowe „Szła dzieweczka do laseczka” oraz gogolińska „Karolinka”. Mocniejsze zabarwienie gwarowe ma zaledwie kilkanaście młodszych pieśni ludowych, wśród nich na pewno „Bytomski mosteczek łogiboł sie” oraz nieco starsza smutna pieśniczka o dziadku, który trzy córki za mąż wydał: Był jeden stary starzyczek, kery trzy cery wydowoł. Jak ta nojstarszo wydowoł, trzysta talarów mianowoł…Talar pojawił się w Polsce dopiero w XVI wieku, stąd i ta pieśniczka nie może mieć starszego pochodzenia. Nie ma natomiast ani jednej niemieckojęzycznej pieśni ludowej pochodzenia śląskiego.

Pierwszą naukową ocenę śląskich pieśni ludowych zawdzięczamy niemieckiemu lekarzowi drowi Juliuszowi Rogerowi, który zamieszkawszy na dworze raciborskiego księcia Wiktora I w Rudach Raciborskich, nauczył się języka polskiego nie tylko w mowie, ale także i w piśmie. Za namową prof. Hoffmanna von Fallersleben zaczął zbierać i spisywać śląskie pieśni ludowe. W 1863 opublikował we Wrocławiu 546 pieśni wraz z nutami w książce pt.„Pieśni Ludu Polskiego w Górnym Szląsku z muzyką”. W obszernej przedmowie napisał m.in.: Co do języka pieśni: uważny czytelnik przekona się, jak niedorzecznym jest przesąd dosyć rozpowszechniony, mowę polskich Górnoślązaków ogłaszający zepsutym dialektem języka polskiego. Bo lubo liczne germanizmy wcisnęły się do górnośląskiej polszczyzny […]jednak mowa polskich Górnoślązaków w ogóle jest tym samym językiem, jakim mówi wiejski lud polski poza krańcami Górnego Śląska.

[…] Jeśli dziełko Niemca potrafi, choćby cokolwiek, rozproszyć mgłę, jaką przesądy zaciemniają lud polski Górnego Śląska i język jego, oraz przyjemniejsze światło rozlać po jego miłym życiu duchowym, które się w pieśni objawia nieuciśnione i nietłumione wpływem świata zewnętrznego, – będzie to sowitą nagrodą pracy i trudów towarzyszących dopełnieniu zbioru pieśni ludu polskiego w Górnym Śląsku.

Różnice między niemieckimi dialektami a literackim językiem niemieckim są większe niż te, które dzielą dialekty polskie od polskiego języka ogólnonarodowego. A dialekt szwabski oraz niektóre niemieckie dialekty Dolnego Śląska różnią się bardziej od literackiego języka niemieckiego niż dialekty kaszubskie od języka polskiego. Horst Bienek, najwybitniejszy powojenny pisarz niemiecki śląskiego pochodzenia, urodzony w Gliwicach, znany głównie z powieści „Die erste Polka” (Pierwsza polka), wspomina, że przed wyjazdem do domu z okolic Wałbrzycha, gdzie był na weselu swej siostry, jego nowi, dolnośląscy, krewni kazali mu przekazać rodzicom i ich bliskim takie pozdrowienia: Mir loan se oalle scheen grissa. Ponieważ tych słów nie rozumiał, choć jego mową ojczystą był język niemiecki, to nauczył się ich na pamięć (ich lernte das also auswendig, phonetisch – nauczyłem się więc tego na pamięć, fonetycznie). W przekładzie na poprawny język niemiecki miały one brzmieć Wir lassen Sie Alle schön grüssen (Przekazujemy wam wszystkim piękne pozdrowienia). Nauczanie uczniów, mówiących którymkolwiek dialektem niemieckim, literackiego języka niemieckiego, nie jest germanizacją, tak samo, jak nauczanie w języku polskim literackiego języka polskiego uczniów władających wyłącznie jakąś polską gwarą nie jest polonizacją. Osoby zdrowe na umyśle i nie zdemoralizowane szanują i cenią gwary, a nawet je pielęgnują. Kiedyś, chyba już blisko trzy lata temu, znieważył mnie Kazimierz Kutz na łamach „Gazety Wyborczej”. Jego słowa wyrządziły mi bolesną przykrość, a choć wiem, że są one przyjmowane z satysfakcją i radością wyłącznie przez te osoby, na których opinii mi absolutnie nie zależy, to jednak mnie to wcale nie cieszy. Wiem również, że wielu wybitnych i zacnych ludzi, głównie ze świata nauki, Kościoła i polityki, darzy mnie uznaniem i poważaniem, nie tyle za owe słowa krytyki skierowane pod moim adresem, ile za to, kto je wypowiedział, ale to tym bardziej mnie nie cieszy. Niezależnie bowiem od tego, ile jeszcze pomyj Kazimierz Kutz na mnie wyleje, nie przestanę go cenić, szanować i uwielbiać, za jego filmy „Perła w koronie”, „Sól ziemi czarnej” i „Paciorki jednego różańca”, a także za film „Śmierć jak kromka chleba”, choć – będąc Ślązakiem nie oderwanym od ludu śląskiego – mam na temat zbrodni w kopalni „Wujek” nie tylko głośną wiedzę prasową, lecz także wiedzę szeptaną w rodzinach górniczych.

Chętnie jednak skwitowałbym krytyczne pod moim adresem uwagi (by nie rzec: obelgi) K.Kutza takim, wypowiedzianym w naszej gwarze, komentarzem: Niy umia sie spokopić ło co mu sie rozłazi, ale miarkuja, że dobrze mu sie smoli, bo miyszko we Warszawie, a niy na Ślonsku, i niy musi sie tropić skiż tego, co spotko jego dzieci abo co czeko tych Ślonzoków, kerzi miyszkajom na Ślonsku. Cenię bardzo wysoko słowa, jakie Kazimierz Kutz wypowiedział wtedy, kiedy jeszcze nie cierpiał na demencję. Identyfikuję się w pełni, bez najmniejszych zastrzeżeń, z takimi Jego opublikowanymi myślami: Pisanie gwarą nie ma dla mnie sensu. Felietony piszę tak, że jest w nich duch gwary. Skrótowość, lapidarność, soczystość mojego języka – to wszystko jest z gwary.

Spośród mieszkańców Śląska tylko jedna trzecia to Ślązacy, a ja chcę, żeby mnie wszyscy czytali. Nie chcę, żeby ktoś pomyślał, że uprawiam mały regionalizm, że jestem reprezentantem tylko jakiegoś śląskiego szczepu. Pisanie samą gwarą jest skazywaniem siebie na margines czytelniczy. A ja cały czas, od początku, czuję głęboką powinność, że Śląsk trzeba otworzyć na polską kulturę. Gdybym zdecydował się pisać gwarą, to byłoby to samobójstwo. Podobne rozterki na gruncie niemieckim przeżywał Gerhart Hauptmann. Swój dramat „Tkacze” napisał w dialekcie jeleniogórskim, „De Waber”, a kiedy zorientował się, że zaledwie kilka osób dało sobie radę z odczytaniem tego dzieła, to przetłumaczył je na literacki język niemiecki, „Die Weber. Schauspiel aus den vierziger Jahren. Übertragung” (Tkacze. Dramat z lat czterdziestych. Przekład), co przyniosło mu nie tylko powszechne uznanie, ale nawet Nagrodę Nobla. O książkach pisanych śląską gwarą K. Kutz napisał równie trafnie: Mam do nich stosunek dość minoderyjny. Uważam, że jest to robota bez sensu, bo gwara nie jest językiem, tylko jest staropolskim dialektem. Dlatego, moim zdaniem, pisanie gwarą zawsze będzie sztuczne. Nie należy na siłę robić z gwary odrębnego języka, tak jak z grupy etnicznej nie można na siłę robić oddzielnego narodu.

Kilka lat temu zetknąłem się z książkową publikacją pani prof. J. Tambor, sugerującą stworzenie jakiegoś „regionalnego języka śląskiego”. Napisałem o tej publikacji, że już dawno podobnych bzdur nie czytałem. Wtedy jednak nie wiedziałem jeszcze, że książka ta wyszła także w Niemczech pt. „Oberschlesien – Sprache und Identität”. Na jej widok wyrwało mi się odkrywcze słowo Archimedesa heureka!, ale rozwinięte w całym zdaniu niemieckim Da liegt der Hund begraben (Tu leży pies pogrzebany). Jest to wprawdzie „formalnie” przekład polskojęzycznej książki wymienionej autorki, dokonany rzekomo przez B. Schniggenfittig, ale w moim odczuciu książka ta stanowi jeszcze jeden dowód pozwalający odkryć, komu prace nad stworzeniem „regionalnego języka śląskiego” służą. Nie wyobrażam sobie, aby np. jakiś Bawarczyk, domagający się uznania jego dialektu za język regionalny w Niemczech, opublikował o tym książkę w języku polskim i wydał ją w Polsce. Cała ta działalność mająca na celu stworzenie „narodu śląskiego” i „śląskiego języka regionalnego” godzi w polską rację stanu. Nie wykluczam myśli, że jest z zewnątrz inspirowana, a w najlepszym razie robiona po to, aby przypodobać się tym, którzy Polski nienawidzą i aby uzyskać od nich jakieś wsparcie, nie koniecznie tylko ideowe.

Naukowe badania nad tożsamością narodową zrodziły się dosyć późno, gdyż dopiero w epoce oświecenia, ale bardzo szybko doprowadziły do konsensusu zarówno wśród historyków i lingwistów, jak też wśród wielu światłych mężów stanu. Do najwybitniejszych z nich należał niewątpliwie pruski minister prof. Wilhelm von Humboldt, głoszący, że u człowieka posługującego się mową (u homo loquens) język wyraża jego tożsamość narodową. Pan Bóg zdaniem tego uczonego po to obdarzył narody różnymi językami, aby każdy z nich  przechowywał pamięć o swej tożsamości i strzegł jej odrębności. O obowiązku trwania przy swych etnicznych korzeniach, nazywanych przez lud dziedzictwem przodków lub tradycją ojców, pisał już św. Augustyn: „Nie wynoś się ponad korzeń, bo to korzeń dźwiga ciebie, a nie ty korzeń”.

Polacy przyjmowali te poglądy życzliwie, zwłaszcza po utracie niepodległości, gdyż – jak wykazał Benedykt Zientara – „Słowo język stało się w Polsce i Czechach synonimem narodu”. Po powstaniu listopadowym, kiedy w państwach niemieckich ożyły niespotykane wcześniej sympatie dla narodu polskiego, uwieńczone bogatym cyklem utworów literackich nazywanych Polenlieder” (Pieśni o Polakach), wtedy minister Karl von Altenstein, któremu podlegały sprawy duchowne, medyczne i szkolne, wydał dla Wielkiego Księstwa Poznańskiego ważny
reskrypt, zezwalający na udzielanie nauki w państwowych szkołach elementarnych (były to Volksschulen – szkoły ludowe) w języku polskim. W reskrypcie tym czytamy: Religion und Sprache sind die höchsten Heiligtümer einer Nation, in denen ihre ganze Gesinnungs- und Ergriffsweise gegründet ist. Eine Obrigkeit die diese anerkennt, achtet und schätzt, darf sicher sein, die Herzen der Untertanen zu gewinnen, welche sich aber gleichgültig dagegen bezeigt oder gar Angriffe darauf erlaubt, die verbittert oder entwürdigt die Nation (Religia i język są najwyższymi świętościami narodu. Na nich zasadza się cały system myślenia i pojmowania. Zwierzchność, która je uznaje, szanuje i ceni, może być pewna pozyskania serc swoich poddanych, jeśli jednak przeciwko nim występuje, lub je atakuje, wówczas poniża zarazem naród i wywołuje u niego rozgoryczenie).

Szczególnie ważne w zacytowanym tekście jest to, że minister użył aż dwukrotnie słowa Nation (naród), a nie Volk, które może odnosić się zarówno do narodu, jak też do ludu. Szkolnictwem elementarnym i seminariami nauczycielskimi zarządzał wówczas w Wielkim Księstwie Poznańskiem ks. Bernard Bogedain, który w czerwcu 1848 roku objął stanowisko radcy szkolnego i kościelnego w regencji opolskiej. Wybrany następnego roku do sejmu pruskiego oświadczył dobitnie na tym państwowym forum, że postawił sobie za najważniejsze zadanie swego życia: „bronić prawa ludu do jego języka ojczystego”. Wobec przełożonych tak uzasadnił swe stanowisko: Es ist unpädagogisch, unpolitisch und unausführbar einem Volke seine Muttersprache nehmen zu wollen, denn: Die Sprache ist ein legitimes Eigentum des Volkes und an ihr hängen Religion, Sitten und Gebräuche.[…] Die Schule ist eine religiös-sittliche Menschenbildungs- und keine blosse Dressierungsanstalt (Odebranie ludowi jego mowy macierzystej jest niepedagogiczne, niepolityczne i niewykonalne, gdyż mowa jest prawowitą własnością ludu.
Z nią związane są: religia, zwyczaje i obyczaje.[…] Szkoła jest religijno-moralnym zakładem kształcenia ludzi, a nie zakładem tresury. Mowa macierzysta jest w niej atmosferą życiową). Przeprowadzona przez Bogedaina reforma szkolna na Górnym Śląsku polegała na  wprowadzeniu do szkól ludowych języka polskiego, i to literackiego, a nie gwar. W 2014 roku uczestniczyłem w pogrzebie parafianina o nazwisku Stanek, który był jednym z założycieli, a następnie członkiem zarządu, „mniejszości niemieckiej” na Opolszczyźnie. Dawniej łączyły mnie z nim dość bliskie kontakty, dlatego uczciłem swoją obecnością jego pochówek. Wiele lat wcześniej miałem także przyjemność poznać jego ojca, zmarłego w roku 1955. Był to bardzo szanowany mistrz ślusarski, człowiek wręcz dostojny, który swym wytwornym sposobem bycia wyraźnie górował nad prymitywnym otoczeniem. Utkwiły mi w pamięci jego słowa, gdy twierdził, że będąc katolikiem jest zarazem Polakiem, bo Niemcy – w jego mniemaniu – byli ewangelikami. Dowiedziałem się od ks. proboszcza, że ów chowany parafianin udający Niemca, nie uczestniczył w niemieckich mszach, jakie odbywają się w miejscowym kościele już od ponad dwudziestu lat, lecz w mszach polskich. To dało mi dużo do myślenia. Przypomniało mi, że dziadek ze strony mojej Mamy, będąc przed pierwszą wojną światową niemieckim burmistrzem (Bürgermeister) w małej gminie na Górnym Śląsku, wszystkie swoje dzieci – ośmioro – posyłał na polską naukę religii, prowadzoną w kościele. Trzeba wiedzieć, że reforma oświaty, przeprowadzona w 1872 roku przez ministra Adalberta Flottwella w rządzie Bismarcka, wyrugowała całkowicie język polski ze szkół, ale zostawiła rodzicom możliwość wybierania między niemiecką nauką religii w szkole, a polską nauką religii w kościele. Myślę, że zarówno mój dziadek, niemiecki urzędnik posyłający swe dzieci na polską katechezę, jak też ów „Niemiec” uczęszczający na polskie msze, kierując się komercyjnymi względami dopuszczali w świeckich sprawach możliwość „strojenia się w cudze piórka” (jak mawiali prostolinijni Ślązacy), ale w sprawach religijnych nie odważyli się oszukiwać Pana Boga. Stosunek Ślązaków (nie tylko świadomych Polaków) do rangi języka polskiego w życiu religijnym, najpiękniej wyraził ks. Norbert Bonczyk, zwany Homerem górnośląskim, w eposie „Stary kościół miechowski”, zwłaszcza w apostrofie do polskich pieśni (modlitw) nabożnych:

Polskie pieśni nabożne! Wam to Bóg sam chyba
Tak cudowny dał urok, iż aże do nieba
Tych uczucia wznosicie, co was czerpią słuchem;
Kto by słów waszych nie znał, odgadnie je duchem
………………………………………………
Kto wami prosi Boga, pewien wysłuchania,
Kto wami płacze, kto w was chowa serca łkania:
W piersi zimnej, nieczułej jak lód, żal podwoi.
Wasz balsam zdrowych żywi, chorym rany goi.
Żeście duchem pół świata, stąd się wróg wasz sroży;
Z wami istnieje naród, a w nim Kościół Boży.

W ponad tysiącletnich historycznych dziejach Śląska, ściślej aż do końca pierwszej wojny światowej, nie kwestionowano polskości ludu górnośląskiego, a jeszcze dłużej, gdyż aż do czasów Trzeciej RP, nie próbowano tworzyć literackiego języka górnośląskiego. Niemcy zawsze uważali Górnoślązaków za Polaków. Dopiero w okresie powstań śląskich, kiedy widzieli, że tracą część Górnego Śląska na rzecz Polski, zaczęli im nachalnie wmawiać, że są Ślązakami, a nie Polakami. Dzisiejszych liderów Ruchu Autonomii Śląska i innych separatystów, miotających się w swej antypolskiej wściekliźnie, uważam za pogrobowców pruskich despotów. Podczas wojen śląskich nawet najwyżsi władcy pruscy kokietowali Ślązaków swoją „przyszywaną” słowiańskością, a często i polskością, co nie było pozbawione pewnych atutów. Wszak nawet wielu niemieckich, i to wybitych, mężów stanu nigdy nie uważało Prusaków za Niemców. Zdaniem Konrada Adenauera Der Preusse ist ein Slawe, der vergass was sein Grossvater gewesen war (Prusak to Słowianin, który zapomniał kim był jego dziadek). Dziś nawet wielu historyków nie wie, że wojny śląskie, prowadzone przez Fryderyka II z Austrią, odbierano na Śląsku nie jako antyaustriackie, lecz jako antyniemieckie. Lud wiejski na Opolszczyźnie jeszcze w okresie międzywojennym za największych Niemców uważał Austriaków, a język niemiecki i wszystko, czego nie rozumiał, nazywał „austriacką godką”. Król Fryderyk II sprytnie wykorzystał ten wrogi stosunek Ślązaków do Niemców (do ówczesnych Austriaków) i nadał mu korzystny dla siebie kierunek na łamach założonej w 1742 roku we Wrocławiu gazety „Schlesische Zeitung”. W artykule zatytułowanym dużymi literami: „preussens friedrich – piastens grosser sohn” zaprezentował się Ślązakom nie jako Hohenzollern, lecz jako „wielki syn Piastów”.

Zauważmy, że Austriacy podobnego typu chytrością posłużyli się po drugiej wojnie światowej. Chcąc uniknąć odpowiedzialności za niemieckie zbrodnie, zwłaszcza za Holocaust, zaczęli twierdzić, że nie są Niemcami. Dziś nazwanie ich Niemcami traktują jak karygodną obelgę, choć przez niemal pełne 400 lat (od 1477-1872) stali wraz ze swoimi kajzerami na czele związku państw niemieckich, a po anszlusie do Trzeciej Rzeszy w 1938 roku, choć stanowili w tym państwie tylko osiem procent jego obywateli, to prawie połowa członków najwyższych elit nazistowskich, z Hitlerem na czele, składała się z Austriaków. Traktat pokojowy zawarty w 1763 roku w Hubertusburgu zatwierdził przynależność do Prus zrabowanych ziem śląskich. Przy Austrii pozostał tylko ten skrawek Śląska, który dziś należy do Czech. Utworzona prowincja śląska, ze stolicą we Wrocławiu, podzielona została na trzy regencje. Najpierw powstały regencje: wrocławska, głogowska i dzierżoniowska.

W 1816 roku powstała regencja opolska, a głogowską regencję przeniesiono do Legnicy, natomiast cztery lata później zlikwidowano regencję dzierżoniowską. W praktyce, głównie w publikacjach naukowych, a nie rzadko i w urzędowej nomenklaturze, poszczególne części Śląska były określane również innymi nazwami. I tak nazwy Schlesien, bądź Niederschlesien, odnosiły się tylko do zachodniej części Dolnego Śląska; większą część regencji wrocławskiej nazywano Mittelschlesien (Śląsk środkowy), północną część Śląska nazywano  Nordschlesien, a niemal cały obszar regencji opolskiej nazywany był Polnisch-Schlesien (Polski Śląsk). Z raportu o stanie ludnościowym i językowym na Śląsku, opracowanego przez ministra Hoyma w 1787 roku, dowiadujemy się, że beurlaubten Soldaten sind die einzigen Einwohner der oberschlesischen Dörfer die etwas Deutsch sprechen (urlopowani żołnierze są jedynymi mieszkańcami górnośląskich wiosek, którzy mówią trochę po niemiecku). A naukowe dzieło Johannesa Ziekurscha „Hundert Jahre schlesischer Agrargeschichte. Vom Hubertusburger Frieden bis zum Abschluss der Bauernbefreiung“ (Sto lat śląskiej historii agrarnej. Od pokoju w Hubertusburgu aż do zakończenia uwłaszczania chłopów), Breslau 1915, posiada kilka rozdziałów i podrozdziałów z nazwami „Polnisch-Schlesien” np.: Der Kulturstand Polnisch-Schlesiens. – Charakteristik der polnischen Schlesier (Stan kulturowy Polskiego Śląska. Charakterystyka polskich Ślązaków); Die Agrarreform in Polnisch-Schlesien bis 1848 (Reforma agrarna na Polskim Śląsku do 1848), i inne. Nawet na załączonej mapie cały Górny Śląsk, bez Niemodlina, Nysy i Głubczyc, ale łącznie z Sycowem, określony jest jako Polnisch-Schlesien. Podkreślam to, gdyż we wielu publikacjach niemieckich wszystko co polskie przeważnie określano jako slawisch (słowiańskie), choć nie zawsze było to zamierzonym ukrywaniem polskości. Bardzo obiektywny prof. J.G. Schummel, w książce „Schummel’s Reise durch Schlesien” (Podróż Schummla przez Śląsk, Wrocław 1792) napisał m.in. że „Wszystkie nazwy rzek i potoków oraz nazwania gór i nazwy miejscowości są słowiańskie”, ale zakończył swoją informację taką przestrogą: Lasst uns ja gegen die polnischen Schlesier keinen Prozess anfangen; vor dem Richterstuhl der Geschichte verlieren wir Ihn in allen Instanzen (Nie rozpoczynajmy procesu przeciwko polskim Ślązakom; przed trybunałem historii przegramy go we wszystkich instancjach). Podobnie prof. Karl Weinhold, opisując die Herkunft und Verbreitung der Deutschen in Schlesien (Przybywanie i rozprzestrzenianie się Niemców na Śląsku) pisze, że nazwy miejscowości śląskich nic nie znaczą w języku niemieckim, ale w języku polskim są zrozumiałe.

Nigdy Niemcy nie nazwali mowy Ślązaków językiem śląskim, czy górnośląskim, lecz zawsze językiem polskim. Nawet wtedy, gdy mowę tę ośmieszali lub zwalczali. Nie znamy pochodzenia określeń Wasser-Polacken (wodni Polacy) i Wasserpolnisch (wodna polszczyzna), ale wiemy, że są one bardzo dawne. Pierwsze z tych określeń jest drwiącym, a nawet znieważającym, przezwiskiem. Przypuszczam, że w okresie feudalizmu, kiedy chłopi „przywiązani do ziemi” na ogół nie opuszczali wiosek, w których mieszkali i odrabiali pańszczyznę, to pierwszymi Ślązakami, z jakimi zetknęli się Niemcy w swoich siedzibach (poza Śląskiem), byli odrzańscy flisacy, nazywani na Śląsku „łodziorzami” lub „żeglorzami”, stąd, być może, owe „wodne” określenia. Ważne z naukowego punktu widzenia jest jednak to, że tych łodziorzy uważano prawidłowo, nawet wtedy gdy ich ośmieszano, za Polaków mówiących po polsku, a nie za Ślązaków mówiących po śląsku.

Począwszy od aneksji Śląska przez Prusy, wszystkie ustawy i rozporządzenia ogłaszano także w języku polskim i to w polszczyźnie literackiej. Jestem w posiadaniu Dziennika Urzędowego z 1937 roku – Amtsblattu – Prowincji Górnośląskiej (Regencja Opolska była w latach 1919-1938 Prowincją Górnośląską), posiadającego dwie równoległe szpalty: niemiecką i polską. W lewej czytamy „Marktverordnung für die Gemeinde Gogolin”, a w prawej „Ordynacja targowa dla Gminy Gogolin”. Nawet władze Trzeciej Rzeszy wiedziały to, czego katowiccy separatyści nie wiedzą, mianowicie że lud górnośląski nie rozumiał urzędowego języka niemieckiego, natomiast rozumiał literacki język polski. A był to lud, który nie pobrał w swym życiu ani jednej lekcji nauki języka polskiego i od ponad sześćdziesięciu lat (od 1872 roku) kształcony był w przymusowych, ośmioklasowych, szkołach niemieckich.

Do najbardziej brutalnego zwalczania polskości doszło w czasach hitlerowskich. W sklepach pojawiły się wtedy napisy Hier wird nur Deutsch gesprochen (Tu mówi się tylko po niemiecku), a na drzwiach wejściowych do wielu lokali oraz na wagonach kolejowych zawieszano tabliczki z napisem Nur für Deutsche (Tylko dla Niemców). Na propagandowych afiszach widniały napisy Wer polnisch spricht ist unser Feind (Kto mówi po polsku, jest naszym wrogiem), a rozklejano je w środowiskach, w których ludzie mówili nie  ogólnonarodowym językiem polskim, lecz śląskimi gwarami. Za posiadanie polskich książek (nawet modlitewnych) i mówienie po polsku można było trafić do obozu koncentracyjnego. Zgodne z prawdą w tej barbarzyńskiej akcji było tylko to, że śląskość utożsamiano z  polskością. Zdarzało się też dość powszechnie, że hajociorze (członkowie organizacji Hitler Jugend) w ciągu jednej nocy okleili domy na wioskach afiszami z napisem In diesem Haus wird noch polnisch gesprochen. Wer polnisch spricht ist ein Lump (W tym domu mówi się jeszcze po polsku. Kto mówi po polsku jest gałganem). Często, a może przeważnie, hajociorz przyklejał taki afisz na swoim domu rodzinnym, wszak wiedział, że używana w nim gwara jest językiem polskim.

W dawnej Polsce słowem „Niemiec” określano cudzoziemca, z którym nie można było się porozumieć, uważając go za człowieka niemego (niemowę). Obcą mowę traktowano jak dźwięki wydawane przez zwierzęta. Bismarck, zarzucając Polakom szowinizm (w przemówieniu
wygłoszonym w Reichstagu), powołał się na Stefana Czarnieckiego, który rzekomo miał podczas „potopu” wyhaftowane na sztandarze bojowym słowa „Śmierć Niemcom”. Oczywiście „żelazny kanclerz” przemilczał to, że owe słowa były skierowane przeciwko Szwedom, których uważano za Niemców. Podobnie Sienkiewiczowski Bartek zwycięzca zapytany przez pruskiego oficera czemu tak dzielnie bije Francuzów, odpowiedział „bo to też Niemcy, tylko jeszcze gorsi od tych” (czyli od Prusaków). Pamiętam, że moja starka (po Waszemu: babcia) z Opolszczyzny mówiła do mnie: „Jak scesz rzondzić po nimiecku, to musisz na srogim mrozie lynzyk przycisnyć do plompy, co stoji na dworze” (do żelaznej pompy na podwórku). Między gwarami a językami literackimi zachodzi sprzężenie zwrotne. Wiadomo, że języki literackie wyrosły na bazie słownictwa gwar i wzajemnie się wzbogacają. Wystarczy przyjrzeć się literackiemu językowi „Chłopów” Reymonta, aby zauważyć jak bardzo ten język wzbogacony został terminologią z różnych gwar polskich. Bywa też, że słowa z języka literackiego wchodzą do gwar i przyjmują ich formę: dyrekcja – dyrekcyjo, radio – radyjo . Przed wojną leciały w rozgłośni katowickiej każdej soboty humorystyczne audycje gwarowe pod nazwą „Przy żeleźnioku” (po wojnie krótko kontynuowane pt „Przy sobocie po robocie”), zaczynające się za każdym razem taką przyśpiewką, wraz z muzyką na harmonijce: Staro mi pado, niy bucz berdyjo, siadej na zadek, puść se radyjo. Gwary śląskie przechowują wiele słów staropolskich, które choć weszły do języka ogólnonarodowego, to funkcjonują w nim obok bardziej rozpowszechnionych słów obcego pochodzenia. Tak np. obok śląskiego kołodzieja w języku literackim bardziej rozpowszechniony jest germanizm stelmach (niem. Stellmacher).

Kilka lat temu zacytowałem – w ekspertyzie wykonanej dla Sejmu RP – kretyński tekst jakiegoś śląskiego matoła, napisany nie gwarą, lecz żargonem. Jedno zdanie, znieważające w tym tekście nazwę bliskiej memu sercu Góry Św. Anny, mnie nie tylko oburzyło, ale także i zabolało: Szyjny gyszynk nōm sie trefiōł na ôdpust Sanktus Any…Pomijając gramatyczne nieuctwo autora, który żeński rzeczownik określił męskim przymiotnikiem (Sanctus Ana = Święty Anna), twierdzę, że żaden Ślązak o zdrowych zmysłach umysłowych takim żargonem się nie posługuje i dla niego to miejsce pielgrzymkowe zawsze jest Górą Świętej Anny, tak, jak dla niemieckich katolików występuje jako Sankt Annaberg. Ślązak, nawet gdy w towarzyskiej rozmowie posługuje się skrótami, to powie np. ida na Świynto Ana, lub był-żech na Świyntyj Annie, natomiast wręcz boli mnie, gdy słyszę jak kapłani, przeważnie nie- śląskiego pochodzenia, ogłaszają w kościele „pielgrzymkę na Anaberg”. Tylko hitlerowcy ogołocili to pielgrzymkowe miejsce ze świętości nazywając je Annaberg, a polscy komuniści zaczęli ich w tym naśladować mówiąc Góra Anny.

Ostatnio dotarło do mnie jeszcze głupsze od powyższego tekstu pismo niejakiego Jacka Tomaszewskiego, skierowane do pani Ewy Kopacz, pełniącej wówczas urząd marszałka sejmu: Zöcno Pani, Roztömile powiadömiöm, iże Kömitet inicjatywy Ordönkodöwczyj cechönku ordönku ö myńszościach narodowych i etnicznych a gödce regijönalnyj pochytöł 140 tysiyncy przidajnych handsztriftöw pod cechönkym miyniyniö ordönku, kere dzisiej Wöm przeközujymy. Jak Ślönzoki erbnöm sztatus myńszości etnicznyj to bydöm mogli pisać we swojej gödce, ale terozki jeszcze tego niy majöm, skuli tego w przidowce posyłömy tyż polsko wersyjö tego szkryftu. (Pdpisany:) Jacek Tomaszewski, Pełnömocnik Komitetu Inicjatywy Ordönkodöwczyj projektu ordönku ö zmianie ordönku ö myńszościach narodowych i etnicznych i gödce regijönalnyj. W górnej części pisma jest m.in. stempel o treści „Sekretariat Marszałka Sejmu RP. Wpłynęło 18.07.2014”. W moim przekonaniu zamiast słowa „Wpłynęło” powinno być „Autora tego pisma skierowano na badania psychiatryczne – dokończę również w żargonie – do Verrücktenanstaltu we Rybniku”.

Gdybym miał ten tekst ocenić, nie wiedząc kto i w jakim celu go napisał, to uznałbym, że jest to gryps więzienny, bądź dyletancki twór, napisany przez jakiegoś byłego więźnia kryminalnego. Dotąd zawsze oburzało mnie szkalowanie Polaków, zwłaszcza w niemieckich publikacjach, nie szczędzące nawet naszych bohaterów narodowych, a ze szczególną pogardą ośmieszające szlacheckie nazwiska kończące się na „ski”. Dwa ostatnie słowa szyderczego utworu wierszowanego, naśmiewającego się z takich nazwisk, pasują jednak jak ulał do autora zacytowanego bełkotu: Helden, wie der Held Sobieski/ Wie Schelmufski und Uminski/ Eskrokewitsch, Schubiakski/ Und der grosse Eselinski. Wszystkie wymienione w tym wierszu nazwiska, z wyjątkiem pierwszego, są szyderczymi przezwiskami, nazywanymi po niemiecku Spottnamen, a der grosse Eseliński (wielki Eseliński), pochodzi od słowa der Esel (osioł). Znam wszystkie dialekty śląskie, ale bełkot zacytowanych tekstów w żadnym z nich się nie mieści i dowodzi, że ich autorzy nie znają ani jednej gwary śląskiej, ani też języka niemieckiego.

Nie jestem przeciwnikiem publikowania niektórych utworów gwarą. Pamiętam, że przed wojną czekaliśmy na każdy numer „Gościa Niedzielnego”, aby przeczytać w nim kolejną, satyryczną „Gawędę Stacha Kropiciela”, napisaną gwarą. Jako dzieci sięgaliśmy też bodaj do sobotniego numeru gazety „Siedem Groszy”, w której były ilustrowane „Przygody bezrobotnego Froncka”, objaśniane lapidarnymi napisami gwarowymi, a także „Mały Gość Niedzielny” nas interesował ze względu na publikowany w nim gwarą serial o dziewczynce nazywającej się Fucinka. Gwary nadają się świetnie do utworów niższej rangi intelektualnej i artystycznej, w myśl horacjańskiej zasady parvum parva decent (małemu przystoi małe), natomiast wzniosłym sprawom, zwłaszcza sakralnej treści, należy się styl poważny, a nawet wykwintny. Adam Mickiewicz, chcąc nadać swoim wieszczym utworom – „Księdze narodu polskiego” i „Księdze pielgrzymstwa polskiego”- szczególnie dostojny i uroczysty, wręcz religijny charakter, napisał je stylem biblijnym, wolnym od prowincjonalizmów, jakim posłużył się Jakub Wujek w przekładzie Pisma Świętego na język polski. Historycy literatury mówią nawet o jedności formy i treści, Poważna treść wymaga poważnej formy, dlatego przekłady Biblii na gwarę są barbarzyństwem budzącym co najmniej niesmak, a nazwanie w znanym mi przekładzie św. Józefa Zefkiem (pasującym do przedszkolaka, a nie do człowieka w podeszłym wieku) oraz Matki Boskiej najszykowniejszą frelką, a pana Jezusa fajnym karlusem uważam za świętokradztwo.

Ostatnio otrzymałem od przyjaciół dwie książki napisane śląską gwarą. Autorem jednej z nich, zatytułowanej „Chachary, czyli droga Franciszka Kopca od Stalinogrodu do Brukseli” (Warszawa 2015), jest dr Józef Musioł, wieloletni sędzia Sądu Najwyższego oraz prezes Towarzystwa Przyjaciół Śląska w Warszawie. Język tej książki – gwara okręgu rybnicko-wodzisłaskiego – jest wiarygodna, gdyż opiera się na dawniejszych stenogramach i młodszych nagraniach sądowych, a poza tym zgadza się całkowicie z gwarą, jaką wyniosłem z domu rodzinnego i jaką się posługuję. Nie ma ona nic wspólnego z tworzonym przez katowickich separatystów żargonem naszpikowanym germanizmami, a dla ukrycia jego charakteru nazwanym jakimś „skodyfikowanym językiem śląskim”. Autorem drugiej książki, zatytułowanej „O czym szeptoł zegłówek. Wiersze gwarowe dla dzieci” (Racibórz 2015), jest Wiktor Bugla, mój kolega z czasów studenckich, poeta i świetny tłumacz wierszy Eichendorffa. Ta jego książeczka, o wzruszająco łagodnym i miłym nastroju, przekonała mnie, że dobry mistrz potrafi w formie gwarowej wyrazić pouczające treści, rozwijające dziecięcą wyobraźnię. Dla przykładu zacytuję trzy zwrotki z jego wiersza o ptakach:

Kos śpiewoł od rana Uczył gwizdać ptoki A jak se śpiewały
Aże do wieczora Doremifasola, Jeden, drugi, trzeci…
Bestóż mioł u ptoków Zarozki jak poszły Kożdy sie radowoł
Robota rechtora. Do swego przedszkola. I klaskały dzieci.

Zastanawia mnie, co przyświeca katowickim separatystom w dążeniu do stworzenia i narzucenia Ślązakom jakiegoś żargonu pod nazwą „skodyfikowanego języka śląskiego”, skoro mają oni możliwość pisania zarówno w polskim języku literackim, jak też w śląskich dialektach?

Jednym ich celem jest na pewno chęć zlikwidowania szczeropolskich dialektów śląskich, a drugim zamknięcie, względnie utrudnienie, Ślązakom dostępu do studiów wyższych, aby pozostali oni pariasami, pracującymi dla rządzących nimi huncwotami partyjnymi. Wzorem dla ich antypolskiej działalności są pruskie szkoły z okresu Kulturkampfu, kiedy to wyrugowano z nich całkowicie – nawet z lekcji religii – język polski. Ks. Norbert Bonczyk, zwany Homerem Górnośląskim, napisał o tych szkołach dziwne szkoły, w których młódź polska przerabia się na niemieckie woły. Wierzę, że katowiccy separatyści poniosą w swej antypolskiej robocie taką samą klęskę, jaką ponieśli w przeszłości germanizatorzy. Ślązacy mojego pokolenia i starsi, którzy zakończyli naukę na niemieckiej szkole ludowej (Volksschule) i nie pobrali ani jednej lekcji języka polskiego, potrafią z pełnym zrozumieniem korzystać z polskich książeczek do nabożeństwa, zwłaszcza z „Drogi do nieba” i „Skarbca modlitw i pieśni”. Mogą także ze zrozumieniem czytać poezje A. Mickiewicza, natomiast bez szkolnej nauki języka niemieckiego nie są w stanie czytać poezji Goethego. Dlatego opowiadam się za obowiązkową w polskich szkołach na Górnym Śląsku nauką języka niemieckiego, jako uprzywilejowanego języka obcego, zwłaszcza że duża część wartościowej literatury śląskiej – np. utwory Eichendorffa, Hauptmanna i Bienka – jest godna poznania w języku oryginałów, a nie jedynie w przekładach. Ks. N. Bonczyk, pochodzący z ludu, a przy tym otwarty na postęp społeczno-gospodarczy i kulturowy, wierzył, że Lud strawi nowe, a ocali stare. Pisał w trzech językach, polskim, niemieckim i łacińskim, oraz bronił dwujęzyczności (polskiej i niemieckiej), jaka cechowała inteligencję śląską. Twierdził przy tym, że Człowiek o dwóch językach pewniej stoi, bo nie na jednej, lecz na dwóch nogach. Nie dostrzegał też w dwujęzyczności żadnego zagrożenia dla postaw patriotycznych: Bilingues sumus, sed concordes (Dwujęzyczni jesteśmy, lecz jednego serca); w domyśle: serca polskiego!


Bibliografia
Bonczyk N., Stary kościół miechowski. Bytom 1879
Humboldt W., Über die Verschiedenheit des menschl. Sprachbaus und ihren Einfluβ auf die geistige Entwicklung
des Menschengeschlechts. Werke in 5 Bd. Berlin 1960-1965
Jeż I., Przygody z Opatrznością. Katowice 2005
Marek F.A., Polscy Ślązacy oskarżają. Częstochowa 2006
Zientara B., Świt narodów europejskich. Warszawa 1985


Artykuł ukazał się w miesięczniku społeczno-politycznym Polityka Polska nr 7-8/2016