G. K. Chesterton: Internacjonalizm

0
563

Po wielu, wielu latach – można by rzec, po doświadczeniach życia całego – zrozumiałem wreszcie, co tak naprawdę ma na myśli jakiś poczciwy zwolennik socjalizmu z zamożnej dzielnicy Londynu, kiedy oznajmia, że jest internacjonalistą i że ludzkość liczy się bardziej niż ciasne uczucia narodowe. Zrozumienie spłynęło na mnie nagle, po kilkugodzinnej rozmowie z takim właśnie człowiekiem.

Był to człowiek od dziecka wychowany w przeświadczeniu, że Anglicy są narodem osobiście wybranym przez Boga. Możliwe, że jego ojciec i dziadek na serio wierzyli, że pochodzą od zaginionych plemion Izraela. W każdym razie, wszystko co go otaczało, od codziennej gazety poczynając, a na cotygodniowym nabożeństwie kończąc, oparte było na założeniu, że Anglicy są solą ziemi, a już w szczególności solą owych mórz, którymi władała Brytania. Członkowie jego rodziny w ogóle nie sięgali myślą poza brytyjskie sprawy, żyjąc w imperium, nad którym słońce nigdy nie zachodziło, czy może raczej nigdy nie wzeszło. Ich kościół był – jakże by inaczej – Kościołem anglikańskim, choćby zamienił się przez to w miejscową kaplicę; ich religia sprowadzała się do Biblii,  rozumianej jako coś, co towarzyszy brytyjskiej fladze.

Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, pojąłem też całą resztę. Właśnie dlatego on i jemu podobni tak się ekscytują nudną jak flaki z olejem teorią internacjonalizmu. Właśnie dlatego braterstwo ludów, które dla mnie było oczywiste, dla nich było objawieniem. Teza, że trzeba kochać cudzoziemców zdawała się im paradoksem tak niesamowitym, że aż przenikającym dreszczem; zawierała w sobie bowiem Boski paradoks, że trzeba miłować nieprzyjaciół.

Nie dziwmy się, że wszyscy ci internacjonaliści pasjami organizują wizyty zagraniczne, delegacje międzynarodowe, rozmowy dwustronne i wymianę uścisków dłoni. Robią to, aby z niegasnącym zdumieniem wciąż na nowo odkrywać, że dłonie i serca cudzoziemców nie różnią się szczególnie od ich własnych. Ich internacjonalistyczny zapał jest niczym krzyk, który z przejęcia niemal więźnie w gardle: „Patrzcie! Francuzi też chodzą na dwóch nogach! Spójrzcie tylko! Niemcy mają nosy w tym samym miejscu co my!”. Katolik, zwłaszcza urodzony i wychowany w wierze katolickiej, nigdy nie zrozumie takich olśnień, bo jego religia od zarania jest mocno zakorzeniona w przeświadczeniu o jedności wszystkich potomków Adama – jedynego narodu wybranego. Katolik żywi dla swego kraju lojalność, nieraz wręcz żarliwą, bo taki właśnie patriotyzm i przywiązanie do konkretnych miejsc stanowi przyrodzoną część jego życia religijnego, znającego ideę lokalnych sanktuariów i lokalnych relikwii. Ale tak samo jak kult relikwii jest wtórny wobec wiary, tak też patriotyzm jest wtórny wobec ludzkiego braterstwa. Katolik powie: „oczywiście, że musimy kochać wszystkich ludzi, ale co kochają wszyscy ludzie? Kochają swoją ziemię, swoje prawowite granice, pamięć o swych przodkach. Dlatego są patriotami – to normalne”. Lecz patriocie protestanckiemu nigdy nawet do głowy nie przyszło, że może istnieć jakiś patriotyzm poza jego własnym. Protestantyzm, w pewnym sensie, sam jest patriotyzmem – ale też, niestety, niczym więcej. Zaczął od patriotyzmu i na nim poprzestał. My, katolicy, zaczęliśmy od ludzkości, a potem wykroczyliśmy poza nią, ku wszystkim jej  różnorodnym miłościom i tradycjom.

Trudno o jaśniejsze oświecenie niż ten nagły przebłysk prawdy, jaki w ostatniej chwili życia ujrzała jedna z najwspanialszych wyznawczyń angielskiego protestantyzmu, należąca do osób najbardziej protestanckich i najbardziej angielskich. Takim właśnie przebłyskiem były ostatnie słowa siostry Cavell (1), która sama zginęła jako męczennica nowoczesnej religii, zwanej nacjonalizmem. Gdy białe słońce śmierci zajrzało jej w oczy i przeniknęło w głąb umysłu, wykrzyknęła, jak człowiek, który dokonał wstrząsającego odkrycia: „Teraz rozumiem, że patriotyzm to za mało”. Przedśmiertne słowa angielskiej męczennicy, oddającej życie w Belgii, często były odtąd cytowane przez ludzi, którzy są niczym więcej, jak tylko kosmopolitami. A przecież są to ostatni ludzie na świecie, którzy mogliby te słowa pojąć. Oni bowiem próbują dowieść czegoś dokładnie przeciwnego. Nie twierdzą, że patriotyzm to za mało, ale że to o wiele za dużo.

 

(1) Edith Cavell (1865-1915) – bohaterska pielęgniarka, rozstrzelana przez Niemców, symbol heroizmu z okresu I Wojny Światowej.


Eseje G.K. Chestertona publikowane były w latach 1920-1930.

Felieton ukazał się w tomiku “Obrona wiary”, Wyd. Fronda, 2012 rok.