G. K. Chesterton: Gdybym mógł wygłosić tylko jedno kazanie

0
781

Gdybym mógł wygłosić tylko jedno kazanie, byłoby to kazanie przeciw pysze. Im dłużej patrzę na ludzką egzystencję, zwłaszcza tę nowoczesną, praktyczną i eksperymentalną, tym bardziej wierzę w dawną religijną doktrynę, że wszelkie zło wzięło się z jakiejś próby wywyższenia własnej osoby; z jakiejś chwili, gdy w poprzek całego sklepienia niebios przebiegła z trzaskiem głęboka rysa, niczym pęknięcie w lustrze, bo hen, na wysokościach, Lucyfer zrobił szyderczy grymas.

Pierwszy fakt, który trzeba tu odnotować, jest dość osobliwy. Ze wszystkich koncepcji dotyczących grzechu, grzeszność pychy jest najczęściej odtrącana w teorii i najpowszechniej akceptowana w praktyce. Dzisiejsi ludzie sądzą, że owa teologiczna
idea nie ma związku z codziennym życiem; i kiedy przedstawia się ją jako teologiczną ideę, tak chyba naprawdę jest. Ale w rzeczywistości znajduje się tak blisko ich życia, że przez tę bliskość właśnie jej nie rozpoznają.

Przetestujmy to doświadczalnie, robiąc niewielki eksperyment, bynajmniej nie przykry. Załóżmy, że czytelnik, a jeszcze lepiej autor, uda się do angielskiego pubu czy innego powszechnie dostępnego miejsca, gdzie ludzie wchodzą w społeczne interakcje. Mogłoby to być nawet metro czy tramwaj, tylko że panujące tam warunki nie sprzyjają długim, filozoficznym dysputom równie dobrze jak pub czy staroświecka gospoda. Chodzi w każdym razie o miejsce, gdzie gromadzą się różnoracy i zupełnie przeciętni osobnicy. Zazwyczaj są to ludzie niezamożni, bo większość ludzkości jest niezamożna; inni prosperują całkiem nieźle, lecz z punktu widzenia snobów należą do pospólstwa; słowem, nasz materiał doświadczalny powinien się składać z najzupełniej typowych istot ludzkich.

Załóżmy dalej, że badacz, nawiązawszy z nimi kontakt i demonstrując wszelkie oznaki grzeczności, zagai jak rasowy gawędziarz, czyli na przykład tak: „Teologowie są zdania, iż to właśnie jeden z aniołów, a więc bytów o wyższej niż ludzka inteligencji, nie chcąc znajdować naturalnej radości w uwielbieniu Boga, lecz dążąc do tego, by samemu stać się obiektem największej czci, uczynił dywersję w projekcie Opatrzności, zaburzył prawidłowe zakończenie prac nad wszechświatem i nie dopuścił, aby w pełni przejawiła się radosna natura kosmosu”. Poczyniwszy tę uwagę, badacz powinien potoczyć po kompanii zachęcającym wzrokiem, wyraźnie oczekując potwierdzenia i jednocześnie zamawiając takie napitki, jakie rytuał każe spożywać w tym akurat miejscu i czasie albo po prostu częstując wszystkich papierosami, żeby wzmocnić ich siły w tej godzinie próby. Cokolwiek jednak spożyją i wypalą, musimy stwierdzić, że ustosunkowanie się do powyższej opinii będzie od słuchaczy wymagać niemałego wysiłku. Ich komentarze okażą się, jak mniemam, dość niezborne i pełne rezerwy: „Taa, jasne…”, względnie: „Odbiło ci, koleś?”, albo: „O, kurczaki!”, czy też: „No to chlup pod te anioły!”. Będą to bowiem komentarze tak najzupełniej wolne od wszelkiego dogmatyzmu i religijnej stronniczości, jak nasza przymusowa państwowa edukacja.

Krótko mówiąc, ktoś, kto spróbuje przedstawić tę doktrynę zwykłej gromadzie ludzi właśnie jako doktrynę, odkryje, że mówi do nich obcym językiem. Nawet jeśli dla uproszczenia oznajmi, że pycha jest najgorszym z siedmiu grzechów głównych, wywoła w słuchaczach tylko mgliste i dość nieprzyjemne wrażenie, że mają do czynienia z kaznodzieją. A przecież jego kazanie potępia coś, co wszyscy potępiają – przynajmniej u innych.

Niechaj jednak nasz badacz kontynuuje doświadczenie, wykazując cierpliwość naukowca. Niechaj posiedzi trochę w pubie – ja zrobię to chętnie i bez poświęcenia – czy w innym podobnym miejscu, gdzie można się gromadzić dla rozmów i rozrywek, i niechaj skrzętnie rejestruje, w jaki sposób zwyczajne istoty ludzkie opowiadają o sobie nawzajem. Ponieważ jest naukowcem, całkiem możliwe, że pierwszy raz w życiu widzi zwykłych ludzi. Słuchając uważnie, dowie się, jakim tonem mówią o przyjaciołach, wrogach i znajomych. Będzie to na ogół ton dosyć pobłażliwy i umiarkowany, choć zabarwiony silnymi uczuciami sympatii i antypatii. Badacz usłyszy niejedną aluzję, czasem zawoalowaną, do powszechnie znanej słabości jakiegoś Szwagra do napojów wyskokowych, ale też wiele usprawiedliwień, a nawet pewną dumę, że Szwagier nawet zalany w pestkę zachowuje się jak dżentelmen lub że nieźle odpyskował policjantowi. Jakiś osławiony idiota, zawsze obstawiający konia, który przegra, zostanie obgadany z prawie serdeczną pogardą. Da się też wyczuć, zwłaszcza pośród ubogich, prawdziwie chrześcijańskie zmiłowanie dla tych, którzy „narobili sobie kłopotów”, bo kultywowali obyczaj włamań i kradzieży kieszonkowych. I w miarę jak przed oczami badacza będą się przesuwać te barwne postacie, niczym szereg duchów wywołanych przez inkantację plotki, okaże się, że pewien gatunek człowieka, i zazwyczaj tylko ten gatunek, albo wręcz jeden konkretny reprezentant tego gatunku, wzbudza w ludziach autentyczną, rzetelną niechęć. Ton głosu zmienia się, gdy o nim mowa, rysy twardnieją z dezaprobatą, atmosfera nagle się oziębia. Bardzo to dziwne, bo zgodnie z nowoczesnymi teoriami społecznymi naprawdę trudno odkryć, czemu takie z niego monstrum i co jest z nim nie tak. Rozmówcy będą dawać to do zrozumienia za pomocą obrazowych metafor, wspominając o pewnym typie, któremu woda sodowa uderzyła do głowy i któremu się zdaje, że pojadł wszystkie rozumy. A potem ktoś burknie ze złością: „Wchodzi tutaj i myśli, że jest Bogiem Wszechwiedzącym”. I w tym momencie badacz z trzaskiem zamknie notes i wycofa się z miejsca eksperymentu, być może płacąc wcześniej za wszystkie napoje i zakąski, które musiał skonsumować dla dobra nauki. Dostał czego chciał. Uzyskał intelektualne zaspokojenie. Mężczyzna w pubie powtórzył dokładnie, słowo po słowie, teologiczną formułę opisującą Szatana.

Pycha jest trucizną tak zjadliwą, że zatruwa nie tylko cnoty. Zatruwa też inne występki. To właśnie czują zwykli ludzie w gospodzie. Tolerują pijaczynę, hazardzistę a nawet złodzieja, ale mają poczucie, że tkwi jakieś nikczemne zło w człowieku, mogącym się chlubić tak wielkim podobieństwem do Boga Wszechwiedzącego.

Na dobrą sprawę, wszyscy rozumiemy w głębi duszy, że pycha, z której wyrosły inne grzechy, wywiera na te grzechy dziwny wpływ, sprawiając, że zastygają w lodowatej zatwardziałości. Weźmy na przykład mężczyznę, który jest nader kochliwy i swobodny w sferze seksualnej. Nawet jeśli rozmienia się on na drobne w przelotnych, nic nie wartych romansach, ze szkodą dla własnej duszy, może wciąż zachowywać coś, co sprawia, że jest zdolny przyjaźnić się z innymi mężczyznami, a nawet przyjaźnić serdecznie i wiernie. Ale gdy tylko ten rodzaj człowieka uzna swoją słabość za siłę, zmienia się w kogoś zupełnie innego. Powstaje zimny, fałszywy uwodziciel, najpodlejszy gatunek łobuza, osobnik na ogół traktowany z instynktowną niechęcią i pogardą przez przedstawicieli własnej płci. Ktoś inny może być z natury gnuśny i nieodpowiedzialny, zaniedbywać wiele obowiązków, a jednak niewykluczone, że przyjaciele wciąż traktują go wyrozumiale, póki jego wady płyną wyłącznie z niedbalstwa. Lecz kiedy niedbalstwo staje się wystudiowane, wkracza diabelska pycha. Człowiek zmienia się w upozowanego artystę z bohemy, celowego pasożyta, żerującego na społeczeństwie w imię swego domniemanego geniuszu. Zaczyna głosić,
że jako poeta ma prawo żyć po królewsku z cudzych pieniędzy i gardzić ludźmi lepszymi od siebie, harującymi ciężko, aby on mógł marnotrawić. Pycha, zgodnie z subtelną religijną definicją, jest rzeczywiście i najdosłowniej diabelska.

Moglibyśmy pokazać tę samą prawdę na dowolnym typie grzesznika. Łatwo wykazać, że nawet skąpiec, wstydzący się trochę własnej patologii, jest bardziej ludzki i sympatyczny niż milioner, który pyszni się własną chciwością, przedstawiając ją jako ogólnoludzką normę, podziwu godną skromność i życie pełne znoju. I nawet tchórzostwo jako zwykła słabość nerwów jest lepsze niż tchórzostwo podniesione do rangi cnoty i teorii intelektualnej. Wystarczy odrobina wyobraźni, żeby poczuć życzliwość dla tych, którzy, jak stado owiec, ulegają panice i wiedzą o tym. Lecz trudno o życzliwość dla zadufanego pacyfisty, propagującego coś, co uważa za pokój na ziemi. Ludzie nie cierpią zadufania, bo to najbardziej oschła postać pychy.

Sytuacja jest więc paradoksalna. Religijna idea, że pycha jest złem została odrzucona jako mistycyzm, zbędny dla nowoczesnej etyki, która ma być po prostu życiowa i użyteczna. A przecież pilnie potrzebujemy tej akurat idei – właśnie dlatego, że etyka musi być życiowa i użyteczna. Nawet jeśli chcemy tylko zapewnić ludziom szczęście, pycha z pewnością ich unieszczęśliwi. Praktyczne argumenty, wskazujące pychę jako źródło ludzkich konfliktów i udręk, są – na ile to w ogóle możliwe – jeszcze bardziej ewidentne niż argumenty mistyczne,potępiające ją za wywyższanie własnego ego nad duszę świata. A przecież, choć dostrzegamy pychę i jej ponure skutki we wszystkich sferach nowoczesności, bardzo rzadko wspomina się o niej w dzisiejszych książkach i teoriach etycznych. Wręcz przeciwnie, literatura i etyka w swojej masie wydają się jakby specjalnie obmyślone, aby ją szerzyć. Tuziny skrybów i mędrców trudzą się dniami i nocami, wysławiając asertywność i samorealizację, nauczając, że każde dziecko powinno rozwijać swą osobowość (cokolwiek to oznacza), każdy dorosły powinien się poświęcić osiąganiu sukcesu, a każdy, kto osiągnął sukces musi wykształcić w sobie magnetyczną osobowość przywódcy, bardziej przemożną od innych osobowości. Uczą nas, że człowiek może stać się nadczłowiekiem (również w drodze kursów korespondencyjnych). Bardziej wysublimowana i artystyczna literatura pokazuje, w jaki sposób szczególnie nadludzki nadczłowiek ma się odnosić do tłumu poślednich nadludzi, tworzących populację tego osobliwego świata.

W teorii, nowoczesność namawia zatem do egoizmu. Ale niechaj nie spędza nam to snu z powiek. Teoria to jedno, a praktyka drugie. A w praktyce nowoczesność, dokładnie tak samo jak starożytność, nadal z całego serca potępia egoistów. Człowiek o silnej, magnetycznej osobowości wciąż jest człowiekiem, którego znajomi z największą chęcią kopnęliby w tylną część ciała. Osobnik przechodzący ostrą fazę samorealizacji jest lubiany równie szczerze w tanich piwiarniach, jak w elitarnych klubach. Nawet najbardziej postępowi, oświeceni ludzie umieją przejrzeć nadczłowieka na wylot i zobaczyć w nim nudziarza. Filozofia pychy załamuje się nie w teorii, lecz w praktyce. Gdziekolwiek zgromadzi się dwóch lub trzech, włącza się moralny instynkt, zaś wystarczającą odpowiedź na tę nowoczesną herezję stanowi po prostu nowoczesne ludzkie doświadczenie.

Gdybym mógł wygłosić tylko jedno kazanie, na pewno nie zdołałbym go honorowo zakończyć, nie dając świadectwa temu, co wedle mej wiedzy jest solą i ostoją prawd religijnych. Stosunek do pychy i pokory to tylko jedna z tysiąca postaw, które znalazłem w Kościele katolickim i odkryłem, że są słuszne, podczas gdy świat nieustannie grawituje ku niesłusznym. Myślę, że bez tradycji Kościoła ten sekret, łączący subtelność z normalnością zostałby niemal kompletnie zapomniany pomiędzy ludźmi. Mnie na przykład tylko ze dwa razy obiła się o uszy jakaś wzmianka o pokorze, zanim trafiłem w sferę katolickich wpływów. Nawet to, co kocham najżarliwiej, jak wolność czy wyspiarska poetyczność Anglii, pod tym względem zabłąkało się na manowce. A zabłąkało się, ponieważ sami się oszukujemy. Na przykład, angielska definicja patriotyzmu to świetny przykład definicji pychy. Patriotyzm jest najwznioślejszym ze wszystkich naturalnych uczuć, póki mówimy: „Obym okazał się godny Anglii!”. Zaczyna się jednak przeradzać w ślepe zakłamanie, kiedy wystarczy oznajmić: „Jestem Anglikiem”. To nie przypadek, że patriotyzm jest traktowany jak płomienna wizja, wznioślejsza i lepsza od samego patrioty, w krajach o tradycji katolickiej, takich jak Francja, Polska czy Irlandia, podczas gdy w miejscach bardzo od tej tradycji odległych, takich jak Berlin czy Belfast, wyrodził się w pospolite heretyckie uwielbienie dla własnej krwi i kości, dla własnego modelu kultury, z patriotą w roli elementu składowego.

Słowem, gdybym mógł wygłosić tylko jedno kazanie, wybrałbym takie, które mocno zirytuje wiernych, zwracając ich uwagę na Kościół, bezustannie rzucający rękawicę diabłu z jego diabelską pychą. Gdybym mógł wygłosić tylko jedno kazanie, miałbym całkowitą pewność, że nie poproszą mnie o następne.

 


Eseje G.K. Chestertona publikowane były w latach 1920-1930.

Felieton ukazał się w tomiku “Obrona wiary”, Wyd. Fronda, 2012 rok.