G.K. Chesterton: Liczy się motyw

0
938

Generalnie biorąc, interesuje mnie nie tyle, co ludzie robią, ile dlaczego to robią. Rzecz jasna, w sytuacjach skrajnych dopuszczam pewne wyjątki. Gdybym, dajmy na to, szedł sobie ulicą, a ktoś znienacka wcisnąłby mi na oczy kapelusz, zapewne poczułbym w pierwszej chwili pewną urazę nie tylko wobec tego czynu, ale nawet wobec sprawcy, choć sprawca mógł się przecież kierować zarówno niechęcią, jak życzliwością. Mógł być korektorem w gazecie, któremu przez całe lata kazano czytywać moją rubrykę, aż w końcu, oszalały z nudów, postanowił odegrać się za swe męczarnie. Jednak równie dobrze mógł być człowiekiem miłosiernym, który, wiedząc że tego ranka zbudowano na ulicy nową Świątynię Postępu ze stali i szkła, postanowił oszczędzić mi wstrząsu, jakiego z pewnością doznałbym na jej widok, i zadziałał może nazbyt obcesowo, lecz z podziwu godną przytomnością umysłu. Motywacja ma ogromne znaczenie praktyczne. Ktoś, kto uderzy mnie, gdy zbliżam się do Świątyni Postępu, nie tknie mnie palcem, jeśli nie będę się do niej zbliżał. A muszę tu z zadowoleniem stwierdzić, że w normalnych warunkach omijam takie instytucje szerokim łukiem. Nic jednak nie powstrzyma dyszącego żądzą zemsty korektora, który zaatakuje wszędzie, gdziekolwiek mnie dopadnie.

Krótko mówiąc, twierdzenie, że teoria liczy się bardziej niż praktyka jest rozsądniejsze, niż z pozoru wygląda. Można to zresztą udowodnić. Nieco by mnie zirytowało, gdybym odkrył, że zostałem otruty kwasem pruskim. Mojej irytacji nie zmniejszyłaby chłodna detektywistyczna ciekawość, czy otruł mnie entuzjastyczny darwinista, który poprzysiągł zabić każdego krytyka swej doktryny, czy entuzjastyczny wyznawca Christian Science (1), który poprzysiągł udowodnić, że trucizna nie zabija, ponieważ wiara uzdrawia. Gdybym jednak, wijąc się w konwulsjach, zachował zdolność logicznego myślenia, stwierdziłbym, że istnieje zasadnicza różnica między fanatycznym zabójcą a fanatycznym uzdrowicielem. Wydając ostatnie tchnienie, dodałbym jeszcze, że fanatyczny uzdrowiciel jest dużo groźniejszy. Darwinista wymorduje bowiem tylko niedużą, myślącą mniejszość, która ma tyle niezależności intelektualnej, że nie pozwoliła się zastraszyć przez wielkie imię Darwina, podczas gdy uzdrowiciel może wymordować wszystkich jak leci, wierząc, że ich potem uzdrowi. Racja stojąca za naszymi działaniami jest równie ważna jak same działania – i ten właśnie pogląd powinien nosić nazwę racjonalizmu.

Na przykład, toczy się obecnie dyskusja nad granicami dopuszczalnej swobody w tak zwanych publikacjach o treści erotycznej. Pan James Douglas, redaktor naczelny „Sunday Express”, z wielką energią i moim zdaniem równie wielką słusznością zaprotestował przeciw owym trującym wyziewom rozprzestrzenianym wszem i wobec. Ja jednak chcę dowiedzieć się od pana Douglasa, jakie teoretyczne racje stoją za jego oburzeniem. Wówczas okazuje się, że w sferze teorii pan Douglas oddał pole wrogowi, stwierdził bowiem, że moralność (rozumiana jako rozróżnienie między dobrem a złem) zmienia się stopniowo i jest w każdej epoce inna. I w tym szczególe tkwi diabeł. Dekadent może odpowiedzieć: „Dokładnie tak! Moja moralność należy do nowej ery, a pan głosi moralność czasów minionych. Ja jestem nadczłowiekiem, który ma się objawić w końcu dwudziestego wieku, a pan należy do zakurzonej epoki wiktoriańskiej i powinien był pan umrzeć już w wieku dziewiętnastym”.

Tymczasem nie jest wcale prawdą, że idea dobra i zła zmienia się w czasie. Zmienia się tylko nacisk kładziony na takie czy inne dobro; zmienia się tolerancja dla poszczególnych rodzajów zła. Kiedyś ludzie tolerowali okrutniejsze kary; dziś tolerują nieodpowiedzialne spekulacje na giełdzie i finansową kontrolę nad społeczeństwem. Człowiek średniowieczny nie uważał jednak, że miłosierdzie jest złe, a człowiek współczesny nie uważa nieuczciwości za dobrą. Różne bywa znaczenie, jakie przypisujemy cnotom i występkom, różne są też ich proporcje, lecz cnota pozostaje cnotą, a występek występkiem, w każdych czasach i dla wszystkich ludzi, z wyjątkiem jedynie szaleńców.

W chaosie nieobliczalnych zmian nie dałoby się rozstrzygnąć żadnego etycznego sporu – nie dałoby się go nawet zacząć. A gdyby nie było trwałej, niezmiennej etyki, nie dałoby się skutecznie wprowadzić nawet tymczasowych reform.

(1) Sekta protestancka, oparta na wierze, że cierpienie, choroba i śmierć nie istnieją obiektywnie, są tylko złudzeniami umysłu, toteż można się z nich wyleczyć za pomocą odpowiednich myśli.


Eseje G.K. Chestertona publikowane były w latach 1920-1930.

Felieton ukazał się w tomiku „Obrona wiary”, Wyd. Fronda, 2012 rok.