W drodze do Mordoru

0
50

Dlaczego powierzchnię naszej planety coraz szczelniej pokrywają z roku na rok coraz brzydsze budynki? I to pod każdą szerokością geograficzną: od Rzymu po Nowy Jork, od Szanghaju po Abu Zabi. Dlaczego ściany współczesnych galerii sztuk plastycznych zapełniają krzyczące bohomazy? Dlaczego filharmoniczne sale rozbrzmiewają kakofonią? Dlaczego teatralne deski ociekają rynsztokiem? Dlaczego cuchną nim dzieła literatury (dla jakiejś przyczyny zwanej przecież piękną)? Dlaczego fabryka snów dziesiątej muzy coraz częściej śni koszmary? Dlaczego kształt katolickiej świątyni wyznacza dizajn żółwia z Galapagos? Dlaczego sto lat temu przeciętna prostytutka nosiła się nieporównanie bardziej elegancko niż dziś niejedna dyrektorka szkoły?

Dla nas, dzieci-śmieci drugiej połowy XX wieku szpetota stanowi naturalny habitat. W takim domu się urodziliśmy, w taki świat nas wrzucono – jak śpiewał w swojej ostatniej piosence Jim Morrison. Otaczająca nas rzeczywistość to gnijący owoc wszystkich światowych rewolucji, włącznie z ostatnią – najbardziej ze wszystkich destrukcyjną – kulturową. My tego jednak nie dostrzegamy, bo nie da się obserwować zjawiska w całej jego złożoności, nie wychodząc poza układ odniesienia. A naszym układem odniesienia jest marksistowska szkoła (nie tylko filozoficzna, jak choćby ta z Frankfurtu nad Menem, ale zwykła podstawówka, gimnazjum i liceum). Nie gdzie indziej przecież wtłoczono nam do głów dogmat postępu.

Postęp zaś – wedle najprostszej słownikowej definicji – to proces ukierunkowanych przemian prowadzących ku stanowi coraz doskonalszemu; osiągnięciu kolejnego, wyższego etapu. Taka optyka powoduje radykalną zmianę relacji teraźniejszości do przeszłości i przyszłości. Przeszłość traci na znaczeniu, upada jej autorytet, przestaje być źródłem legitymizacji. Jej miejsce zajmuje przyszłość – świetlany cel stanowiący wartość samą w sobie – bez względu na formę i treść. Precz z doświadczeniem, niech żyje oczekiwanie!

Precz z korzeniem, niech żyje owoc! Jakże jednak ma żyć bez korzenia? To już w szkole (zarówno tej powszechnej, kierowanej przymusem edukacji, jak i tej filozoficznej) nikogo nie interesuje. Postępowe – czyli wedle szkolnej narracji: dobre, właściwe, uprawnione – jest to, co nowoczesne. I vice versa: nowoczesne – czyli ze wszech miar pożądane – jest to, co postępowe.

Wdychamy te marksistowskie miazmaty od najmłodszych lat – nie tylko tu, w postkomunistycznej Polsce (i reszcie dawnego obozu sowieckiego), ale i na rzekomo wolnym Zachodzie. Tam zresztą marksistowski paradygmat wżarł się bodaj jeszcze głębiej w tkankę społeczną – bo go nie narzucono siłą, lecz sprytnie wpreparowano w krwiobieg kulturowy. Urodziłem się w mieszkaniu, w którym telewizor ciągle grał, więc dorosłem zbyt szybko i zapomniałem swego imienia – wołał ze sceny David Byrne (Talking Heads). Ilu z nas może z ręką na sercu, ze stuprocentowo czystym sumieniem stwierdzić, że nie jest to – przynajmniej częściowo – fragment ich własnej biografii?

Postęp wynika z tradycji

Pozwoliliśmy sobie wmówić, że obecny świat pnie się po drabinie szczęścia ku jego bliskiej już pełni, kiedy nauka (cokolwiek ów termin może w tym kontekście znaczyć) znajdzie rozwiązanie wszystkich problemów ludzkości (albo po prostu wyeliminuje ludzkość – jako patogen natury – i świat rozkwitnie zielonym rajem na ziemi).

Ale to wierutna bzdura! Nowsze wcale nie jest z samej swej istoty lepsze, ładniejsze czy bardziej wartościowe (a jakże często bywa zupełnie na odwrót). Upewnia nas o tym historia – zwłaszcza sztuki, mody i obyczajów.

Prawdziwy postęp dokonuje się wyłącznie w oparciu o poszanowanie tradycji. Nowe wyrasta ze starego – takie jest niezmienne prawo natury, nadane jej przez Stwórcę. Mechanizm ten funkcjonował bez większych zgrzytów również w społeczności ludzkiej – aż do XVIII stulecia po narodzeniu Chrystusa, kiedy „oświeceni” szatańską pychą pseudofilozofowie poczęli rzucać w jego tryby kamienie utopii, przygotowując grunt pod dwustuletni proces wykuwania utopijnych ideologii.

Wiek XX – koszmarny wytwór owego procesu – określał siebie mianem stulecia postępu. Faktyczny jednak postęp ludzkość zanotowała jedynie w dziedzinie technologii, co przekłada się wyłącznie na sferę cielesną naszego jestestwa. W sferze niematerialnej nastąpił zaś nieopisany regres. Owszem, dłużej i wygodniej dziś żyjemy, lżej pracujemy, łatwiej zdobywamy potrzebne dobra, szybciej podróżujemy, leczymy większość chorób, jednak duchowo, intelektualnie, moralnie i obyczajowo nie dorastamy naszym przodkom do pięt.

Zakres wiedzy ogólnej żałosny, horyzonty wąziutkie, wrażliwość estetyczna zerowa, poziom kultury osobistej pod psem, miłość bliźniego… a co to takiego? – oto portret przeciętnego przedstawiciela kultury zachodniej przełomu mileniów.

Warto sobie uzmysłowić, po czym dobrze w pamięci zakarbować, że przyczyną takiego stanu rzeczy nie jest żaden historyczny determinizm (jak to widzą zadziwiająco wciąż żywotni marksiści), tylko ludzka podatność na szatańskie techniki perswazji. Przecież cała ideologia postępu to nic innego jak wymysł tego, który nas dniem i nocą oskarża przed Bogiem naszym (Ap 12, 10) – jakże użyteczny instrument do wygrywania ludzkiej pychy, aby nas odłączyć od Boga.

Bo jeżeli istota ludzka wszystko zawdzięcza samej sobie, jeżeli jest dla siebie najwyższym autorytetem, wręcz – powtórzmy za Williamem Goldingiem – swoim własnym stwórcą, który pnąc się po drabinie postępu osiąga coraz wyższe poziomy samorozwoju, samoświadomości, wręcz samozbawienia, to po co jej Bóg?

Śmierć piękna zgubi dobro

Taki właśnie ma być Nowy Człowiek dla Nowego Wspaniałego Świata. Idealny pionek na diabelską szachownicę dziejów – bo wyjałowiony z cnót Boskich. A pierwszym krokiem ku pozbawieniu go wiary, nadziei i miłości jest unicestwienie w nim zmysłu prawdy, dobra i piękna.

Zaburzenie tej nierozerwalnej triady harmonicznej, czy to poprzez usunięcie, czy choćby naruszenie bodaj jednego z elementów, nieodmiennie skutkuje wniknięciem w naszą konstrukcję duchową fałszywej nuty. Nie ma przecież prawdy bez dobra i piękna; nie ma dobra bez piękna i prawdy; nie ma piękna bez prawdy i dobra. W najlepszej nawet wierze nie da się budować świata na niekompletnym zestawie owych kategorii – usiłowanie takie siłą rzeczy zaowocuje kłamstwem, złem lub brzydotą. A najczęściej wszystkimi trzema na raz.

Ten, który naszą duszę i ciało może zatracić w piekle (Mt 10, 28), takiego właśnie efektu oczekuje, przeto niestrudzenie sączy w świat pogardę dla wszystkiego, co dawne, klasyczne, gustowne, uporządkowane, eleganckie, kunsztowne, finezyjne…

Na szczęście nie w pełni mu się to udaje, gdyż człowiek jako istota obdarzona duszą, w której tli się nieśmiertelny ogień Boży, nawet nieświadomie, wręcz odruchowo lgnie do piękna, harmonii, maestrii. I to wcale nie żaden snobistycznie odrealniony koneser, tylko zwykły lennonowski bohater klasy robotniczej.

Dlaczego bowiem wciąż jeszcze w czołówce najchętniej zwiedzanych obiektów na świecie znajdują się wielowiekowe pałace i jeszcze starsze od nich katedry, a nie współczesne biurowce, banki, centra konferencyjne czy porty lotnicze? Dlaczego tysiące tysięcy osób przemierza tysiące kilometrów, by zamrzeć w zachwycie przed pięciusetletnim freskiem, a nie przed pachnącym jeszcze aerozolową farbą muralem? Dlaczego w jednym i tym samym muzeum sale z dziełami dawnych mistrzów cieszą się bez porównania większą frekwencją niż te, w których eksponuje się dwudziestowieczną awangardę? Dlaczego muzyka w całości napisana gęsim piórem wciąż cieszy niezliczone uszy?

Piękno zbawi świat – mądrze i prawdziwie napisał Fiodor Dostojewski. Dlatego właśnie ojciec wszelkiej brzydoty, władca much i pan łajna tak piękna nienawidzi. Wszelkiego piękna: w sztuce i w życiu, w domu i w kościele, od święta i na co dzień.

Z tej też przyczyny diabeł, dojmująco świadom, że ma mało czasu, pałając wielkim gniewem (Ap 12, 12), w wieku podarowanym mu przez Boga do wyłącznego rozporządzenia, ponad wszelką miarę zwielokrotnia wysiłki w celu przekształcenia świata na własny obraz i podobieństwo.

Do tego potrzebni mu wydrążeni ludzie, chochołowi ludzie (…) kształty bez formy, cienie bez barwy, siła odjęta, gesty bez ruchu – wedle słów T. S. Eliota. Człowiek wypatroszony duchowo, odcięty od korzenia kultury przez brak możliwości obcowania z obfitością jej dziedzictwa, wysycha na kształt mumii (albo zombie), jako puste naczynie (za to z diabelskim filtrem w szyjce), do którego ojciec kłamstwa (J 8, 44) swobodnie wlewa, co tylko zechce, ku uciesze delikwenta – tym większej notabene, z im bardziej zaawansowanego high-tech urządzenia płynie strumień „nowoczesności”.

Dziś bardziej niż kiedykolwiek w dziejach wszechświata szatan zbliżył się do swego odwiecznego marzenia (które się nigdy nie spełni, ale on tego nie przyjmuje do wiadomości): Wstąpię na niebiosa; powyżej gwiazd Bożych postawię mój tron. Zasiądę na Górze Obrad, na krańcach północy. Wstąpię na szczyty obłoków, podobny będę do Najwyższego (Iz 14, 13–14). Ponad wszystko wszak pragnie on ze szczytu wyniosłej wieży objąć triumfalnym spojrzeniem płonącego oka rozciągającą się aż po najdalszy horyzont doszczętnie spustoszoną Ziemię Jałową. Jak na dolarze.

Jerzy Wolak