G.K. Chesterton: Zapomniana idea

0
213

Jak wiadomo, człowiek zawsze musi iść z postępem. Teza ta oparta jest na tej samej logice, co przysłowie, że kłamstwo ma krótkie nogi. Gdy kłamstwo ma długie nogi, nie nazywa się go kłamstwem, a gdy społeczeństwo w jakiejś dziedzinie nie dokonuje postępu, przestaje tę dziedzinę cenić. Ludzie uznają za postęp wszystko, za czym aktualnie idą, i w tej akurat sferze będą z pewnością odnotowywać każdy krok do przodu. Lecz jeśli coś zaniedbują, można spokojnie założyć, że zaniedbają też odnotować to zaniedbanie.

Na przykład, od co najmniej dwustu lat stopniowo podupada idea Honoru. Warto zauważyć, że gdy tylko odeszliśmy od rycerskich ideałów, natychmiast zbudowano rozliczne nowoczesne systemy, które w świetle owych ideałów jawiłyby się jako wybitnie odrażające. Weźmy chociażby zadłużenie zagraniczne. Gdy upadło rycerstwo, ludzie po raz pierwszy dopuścili myśl, że ich monarchia czy republika ma być permanentnie, wiecznie i niezmiennie zadłużona u jakiejś grupy bogaczy. Każdy poprzedni król uznałby stanowczo, że coś takiego w ogóle nie wchodzi w grę, nawet jeśli sam był bardzo złym królem, rozwiązującym swe finansowe problemy za pomocą konfiskat i egzekucji. Jan bez Ziemi, znany ze swej drapieżnej chciwości, odczuwałby równie mocno jak idealista Ryszard Lwie Serce, że jest absolutnie nie do przyjęcia pozostać na zawsze w sytuacji klienta i petenta wobec Izaaka z Yorku. Takiej sytuacji żaden rycerz by nie ścierpiał. Ale gdy raz straciliśmy poczucie, że gdzieś trzeba zakreślić granicę, stało się niewykonalne, by zakreślić ją gdziekolwiek. Dlatego właśnie nowoczesny świat finansów wygląda tak jak wygląda – otchłanne mroki sekretów, przerzucanie się nic nie znaczącymi miliardami, realizowanie czeków in blanco wystawionych na nieznaną przyszłość.

W tych sprawach nikt już chyba nie wie, czy stoi po właściwej stronie; wystarczy wiedzieć, że wszyscy postępują jednakowo źle. Pociesza nas haniebna, żałosna myśl, że płyniemy na tej samej łodzi, więc na wszelki wypadek wolimy nie pytać, czy nie jest to aby statek niewolniczy lub piracka korweta. Socjaliści twierdzą, że poczucie własności nie istnieje, bo sami jedzą do syta i śpią luksusowo w domach zadłużonych na dziesiątki lat. Lecz to, co naprawdę dziś nie istnieje, to poczucie honoru – ten niewidzialny dyskomfort, który uwierał kiedyś pośród komfortu, ta abstrakcyjna obelga, która psuła kiedyś smak wykwintnych potraw. Honor jest obecnie traktowany jak każde inne wierzenie, wyparte przez naukowy światopogląd.

Postęp moralny, obwieszczony przez prasę i popularną literaturę, jest postępem tylko i wyłącznie humanitarnym. Jego apologeci nie mają do powiedzenia nic poza tym, że kary są dziś łagodniejsze i sposób bycia mniej wojowniczy. Nabrali nawet z lekka absurdalnego zwyczaju, by gratulować sobie, że tak wspaniale unikają zła, które ani ich nie nęci, ani nie jest im przydatne, i w dzisiejszych czasach nie służyłoby ich celom. Milioner, który zrobił majątek na prowadzeniu lombardów, oznajmia nie bez słusznej dumy: „Z przyjemnością stwierdzam, że nigdy w życiu nie spaliłem na stosie heretyka”. Znakomity makler giełdowy zauważa konfidencjonalnie: „To doprawdy niezwykłe, ale rzadko, o ile w ogóle, zdarzało mi się lać roztopiony ołów na zbuntowanych wasali, oblegających mój zamek”. Następny nasz premier powie z cnotliwą miną: „Zdołałem powstrzymać się przed łamaniem kołem mojego przyjaciela i szwagra, lidera opozycji”. Bankier, lichwiarz, wszechmocny i bezkarny władca ludzkich rzesz, stwierdza z uzasadnionym zadowoleniem: „We wszystkich moich księgach rachunkowych nie znajdzie się ani jednego zapisu, wskazującego, abym zaszlachtował dwa tysiące innowierców, jak to się zdarzyło podczas Nocy świętego Bartłomieja.” A przecież nawet i w tej jednej dziedzinie postęp nie dostarczył tak znów wielu powodów do radości. Podczas ostatniej wojny nauka nie tylko nie zmniejszyła, lecz zdołała zwiększyć liczbę zabitych i różnorodność metod, jakimi ich zabijano. A w nowej cywilizacji monopolów i maszynerii ukrywa się tuż pod powierzchnią niepokojący rys zdziczenia.

Od czasów Rousseau i rewolucji francuskiej (prawdziwych sprawców tej zmiany) dokonaliśmy wielkiego postępu, jeśli chodzi o wiele form miłosierdzia i materialnej pomocy. Lecz choć rzeczywiście kładziemy dziś na to mocny nacisk, i dlatego się pod tym względem rozwijamy, pod innymi względami nie widać żadnego ulepszenia, a to z tego powodu, że o nich zapomnieliśmy. Najbardziej jaskrawym przykładem jest ta właśnie honorowa duma, o której wyżej wspomniałem – to dziwaczne uczucie, które sprawia, że jesteśmy nader wybredni, dokonując życiowych wyborów. Bardzo szybko odkryjemy różnicę, jeśli zamiast pytać: „Kto daje pieniądze na cele dobroczynne?” zapytamy: „Kto odmawia przyjęcia tych pieniędzy w imię osobistej godności?”.

 


Eseje G.K. Chestertona publikowane były w latach 1920-1930.

Felieton ukazał się w tomiku “Obrona wiary”, Wyd. Fronda, 2012 rok.