Adam i Ewa po pigułce. Paradoksy rewolucji seksualnej

0
168

– CZYM JEST CHRZEŚCIJAŃSTWO, A CZYM INNE FILOZOFIE ? Wszystkie filozofie poza chrześcijaństwem, stwierdzają to, co od razu wydaje się rzeczywiste, natomiast jedynie chrześcijaństwo stale powtarza rzeczy, które nie wydają się rzeczywiste, a jednak takie są. Jest to jedyna religia, która przekonuje nawet wtedy, gdy nie jest atrakcyjna, w końcu zawsze okazuje się, że miała rację

Gilbert K. Chesterton, “Ortodoksja”.


Tygodnik „Time”, filozof Francis Fukuyama, aktorka Requel Welch i ostatni papieże zgadzają się co do jednego: od chwili, gdy Adam i Ewa sięgnęli po zakazany owoc, nic nie wpłynęło tak mocno na relacje między płciami jak wynalazek chemicznej antykoncepcji.

Minęło ponad pół wieku od wprowadzenia do aptek hormonalnej pigułki antykoncepcyjnej (w USA w 1960 roku, w Polsce w 1966). Środki antykoncepcyjne nie są lekami, choć za takie uchodzą. Z prostego powodu. Ciąża nie jest chorobą, więc zapobieganie jej nie jest żadną terapią. Hormonalne środki antykoncepcyjne wyłączają funkcjonowanie układu rozrodczego kobiety. Takie odłączenie powoduje zaburzenie pracy zdrowego organizmu. Jeśli człowiek przestanie używać na jakiś czas np. mięśni nóg, to zaczną one zanikać. Lekarze zwracają uwagę na liczne uboczne skutki działania hormonalnej antykoncepcji (np. rakotwórcze). Wiele osób wzrusza na to ramionami, bo przecież każda pigułka ma jakieś niepożądane działanie. Wystarczy przeczytać ulotkę.

W przypadku antykoncepcji jej skutki uboczne dotyczą nie tylko samego zdrowia kobiety. O wiele ważniejsze są konsekwencje społeczne, demograficzne, ekonomiczne, moralne. Po pół wieku naukowcy różnych dziedzin dostarczają na to mnóstwo dowodów. Antykoncepcja sprzęgnięta z tzw. rewolucją seksualną radykalnie zmieniła życie rodzin oraz generalne podejście ludzi do seksu, a więc także do miłości. Zmieniła na gorsze. Tych negatywnych skutków antykoncepcyjnej seksualności, która stała się społeczną normą, nie dostrzega jednak wiele tzw. otwartych umysłów. Zamykanie oczu na prawdę nie zmienia jednak rzeczywistości. Co gorsza, może prowadzić do większej katastrofy.

Nie widzą, bo nie chcą widzieć

Mary Eberstadt, autorka zajmująca się współczesnymi przemianami społecznymi, analizuje skutki „wyzwolonej” seksualności. Jej książka „Adam i Ewa po pigułce” dotyczy społeczeństwa amerykańskiego, ale z powodzeniem można odnieść jej diagnozę do całego Zachodu.

Sednem obyczajowej przemiany zwanej rewolucją seksualną było uznanie płciowych kontaktów poza małżeństwem za rzecz neutralną moralnie. Jedynym kryterium stała się zasada przyjemności: to, co przyjemne, jest dobre. Jedynym seksem, który wolno dziś publicznie kwestionować, jest „seks bez zabezpieczenia”. Eberstadt zauważa, że o ile można wyobrazić sobie, iż wynalezienie pigułki nie prowadzi koniecznie do rewolucji seksualnej, to jednak nie sposób sobie wyobrazić rewolucji seksualnej bez antykoncepcji. Zalegalizowanie aborcji i antykoncepcja stały się paliwem zasilającym tę rewolucję. Jej skutki są niszczące. Najbardziej dla najsłabszych: dzieci i kobiet, zwłaszcza ze środowisk najbiedniejszych.

Co się właściwie stało? Seks został skutecznie odłączony od związanej z nim naturalnie płodności, a w konsekwencji od kontekstu trwałego małżeństwa. „Nastąpiło zredukowanie stosunków seksualnych do swego rodzaju higienicznej rekreacji, na którą mogą sobie pozwolić dorośli ludzie”. Takie podejście spowodowało, że ludzie wcześniej zaczynają prowadzić życie seksualne, później zawierają małżeństwa, wzrosła liczba rozwodów, wolnych związków. Mężczyźni zostali „wyzwoleni” z konieczności brania odpowiedzialności za kobietę, z którą uprawiają seks, i za ewentualne dzieci. Stąd kryzys ojcostwa i kłopoty z męską dojrzałością. Na to wszystko nakłada się zalew pornografii, która powoduje zdemolowanie wrażliwości, emocjonalności i moralności, zwłaszcza najmłodszych. Dzieci wychowywane przez samotnych rodziców, często doświadczające traumy rozwodu, mają gorszy start w życie pod każdym względem (psychicznym, edukacyjnym, finansowym) niż dzieci dorastające w normalnej rodzinie. To kobieta zostawiona przez mężczyznę bierze na siebie zwykle ciężar wychowania dzieci, ona też bardziej traci na rozwodzie ekonomicznie. Nie mówiąc już o kosztach zdrowotnych i psychicznych aborcji.

Wszystkie te fakty są powszechnie ignorowane i przemilczane. Przekonanie o dobrodziejstwach rewolucji seksualnej należy do podstawowych „dogmatów” współczesnej zachodniej mentalności. Zakwestionowanie tej opinii grozi wyśmianiem i wykluczeniem z dyskusji w życiu publicznym.

Eberstadt zastanawia się nad tym, dlaczego ludzie nie chcą widzieć oczywistości, czyli wysokich kosztów społecznych, demograficznych, moralnych i ekonomicznych „wyzwolonej” seksualności. Dokonuje ciekawego porównania. Otóż w czasach zimnej wojny wielu intelektualistów po zachodniej stronie muru berlińskiego nie wierzyło w zbrodnie realnego komunizmu i w to, że prowadzi on państwa i narody do ekonomicznej i społecznej katastrofy. Praktycznie aż do roku 1989 część zachodnich elit uznawała socjalizm za sensowną alternatywę dla kapitalizmu. Rewolucja seksualna nie pociąga za sobą tragedii porównywalnych z komunizmem. Niemniej jednak działa tutaj podobny mechanizm nieprzyjmowania do wiadomości prawdy. Dlaczego ludzie nie chcą widzieć prawdy? Dobrą odpowiedzią są słowa Malcolma Muggeridge’a: „Ludzie nie dlatego wierzą w kłamstwa, bo muszą, ale dlatego, że chcą w nie wierzyć”. 

Wyzwolenie nie dało szczęścia

Można dziś zgromadzić całą bibliotekę badań socjologicznych dokumentujących, że ludzie żyjący w stabilnym małżeństwie i w rodzinie pod wieloma względami mają się lepiej niż ludzie żyjący w wolnych związkach. Dotyczy to zarówno ich sytuacji ekonomicznej, jak i subiektywnego poczucia szczęścia. Dzieci wychowywane przez pojedynczych rodziców są gorzej przygotowane do życia, są bardziej podatne na zło, na uzależnienia, kryzysy niż te, które dojrzewają w pełnej rodzinie. Ale ci, którzy głośno o tym mówią, bywają oskarżani przez lewicę o brak współczucia czy dyskryminację. Paradoks polega na tym, że to właśnie ci „współczujący” lewicowcy promują liberalną moralność, która przyczynia się do osłabienia rodziny i w konsekwencji uderza w najmniejszych i najsłabszych. Do dobrego tonu w środowiskach akademickich należy użalanie się nad losem zwierząt czy wycinaniem lasów Amazonii, ale mówienie o skutkach rewolucji seksualnej, niszczącej podstawowe ludzkie środowisko, jakim jest rodzina, uchodzi za temat tabu. Gdzie tu sens, gdzie logika? „Ludzie, którzy w każdym innym kontekście są dumni z siebie za obronę krzywdzonych, zapominają, kto jest krzywdzonym, gdy mowa o rewolucji seksualnej”, pisze amerykańska publicystka.

Wylicza ona przeróżne paradoksy kultury zdominowanej przez rewolucję seksualną. W tekstach współczesnego rocka czy rapu w kółko mowa jest o seksie, a zarazem o samotności, wyobcowaniu, braku domu, czyli skutkach „wyzwolonej” seksualności. Najbardziej ochoczo rewolucji seksualnej bronią feministki, a przecież to kobiety są jej ofiarami w o wiele większym stopniu niż mężczyźni. Na amerykańskich college’ach organizuje się szkolenia dla studentek, jak mają się bronić przed gwałtem. Dobrze jest wiedzieć, jak się bronić. „Czy jednak naprawdę potrzebowalibyśmy takich szkoleń – pyta autorka – gdyby uczelnie były mniej libertyńskie, a różnica między pijackimi randkami a gwałtem była wyraźnie wyznaczona?”. Nie jest tajemnicą, że kobiety rozwiedzione czy samotne są dwukrotnie bardziej narażone na napaść seksualną niż te, które żyją w małżeństwie. Popularny także w Polsce serial „Seks w wielkim mieście” pokazuje absurdalność sytuacji. Bohaterki wciąż przekonują siebie (i publiczność), że są cudownie wyzwolone i świetnie bawią się seksem. Zarazem w kółko narzekają, że nie potrafią znaleźć dobrego, wiernego, czułego i oddanego im mężczyzny. Gdyby w piśmie propagującym wegetarianizm połowa numeru zapełniona była przepisami na wyśmienity schab czy befsztyki z apetycznymi zdjęciami tych potraw, wszyscy od razu zauważyliby absurd. Ale gdy mowa o seksie, nikt tych sprzeczności nie widzi.

Eberstadt analizuje skutki rewolucji seksualnej widoczne w życiu kobiet, mężczyzn, dzieci, studentów. W rozdziale poświęconym kobietom zwraca uwagę na fakt, że wykształcone kobiety, mające dobrą pracę i wysoki status materialny, doświadczają dziś wolności na niespotykaną wcześniej skalę, a zarazem, jak wykazują badania socjologiczne, poziom ich zadowolenia z życia jest dramatycznie niski. Autorka przytacza teksty feministek, które próbują bezskutecznie zrozumieć, dlaczego po tylu sukcesach emancypacji kobiety są tak nieszczęśliwe. Jedne obwiniają o to tradycyjne małżeństwo i uważają, że trzeba je do reszty odrzucić jako całkowicie nieadekwatny pomysł na życie w świecie zmienionym przez rewolucję seksualną. Inne zauważają, że to jednak stabilne tradycyjne małżeństwo pozostaje fundamentem szczęścia kobiety, a rozwodowe klęski tylko potwierdzają tę prawdę. Konkluzja autorki jest bardzo gorzka: „Idea neutralności płci i jeszcze gorsza idea nieszkodliwości pornografii doprowadziły do świata, na który tak powszechnie narzekają dziś nieszczęśliwe kobiety. To świat, w którym mężczyźni zachowują się jak stereotypowe kobiety i wycofują się z budowania autentycznych relacji w wirtualne fantazje pornografii, zaś kobiety zachowują się jak stereotypowi mężczyźni, przez rozwód biorąc sprawę we własne ręce, oskarżając wszystkich, powodowane frustracją i niespełnieniem seksualnym”.

W rozdziale o mężczyznach autorka zauważa, że antykoncepcja i aborcja spowodowały, że mężczyźni „wyzwolili się” od ról męża i ojca, czyli podstawowej drogi męskiego dojrzewania. To spowodowało stan trwałej niedojrzałości wielu mężczyzn, wiecznych Piotrusiów Panów. Autorka przytacza wiele najnowszych badań psychologów, psychiatrów, socjologów, którzy zwracają uwagę na zjawisko uzależnienia od pornografii i jej wpływ na wzrost liczby gwałtów. Całe tomy badań specjalistów wskazują na demolujący wpływ tych treści na dzieci i młodzież. Autorka podkreśla, że wokół pornografii i jej złego wpływu na jednostki i społeczeństwo panuje swoista zmowa milczenia. Uważa się, że korzystanie z pornografii jest sprawą prywatną i nie wolno się w to wtrącać. To „męska” rzecz, to w końcu tylko „obrazki” pełnoletnich ludzi. Po raz kolejny tak powszechne jest nieprzyjmowanie do wiadomości prawdy. Publicznie nie wolno mówić o szkodliwości pornografii. Czymś akceptowalnym jest zaopatrywanie pokojowych hoteli w telewizję z dostępem do kanałów z rozpustą. Eberstadt zauważa, że kiedyś nie wypadało mówić o szkodliwości palenia. Dziś do dobrego tonu należy mówienie o szkodliwości tytoniu, co jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia. Wyraża dość optymistyczne przekonanie, że analogiczne przebudzenie nastąpi kiedyś w odniesieniu do pornografii.

Jedna z najciekawszych obserwacji autorki dotyczy zjawiska przeniesienia moralnych kodów zachowań związanych z seksem na jedzenie. Eberstadt kreśli dwie hipotetyczne sylwetki kobiet. Betty ma 30 lat, jest mężatką w roku 1958. Jennifer to jej wnuczka. Też ma 30 lat i żyje dzisiaj. Jakie jest podejście obu kobiet do seksu i jedzenia? Betty ma swoje upodobania kulinarne, ale specjalnie tym się nie przejmuje. Natomiast gdy chodzi o seks, ma określone stanowisko, co jest dobre, a co złe. I nie uważa tej opinii za prywatną, ale sądzi, że taki jest porządek rzeczy. Ludzie przyzwoici w tych kwestiach powinni się zachowywać w określony sposób, normy mają charakter uniwersalny. Jennifer patrzy na sprawy dokładnie odwrotnie. Jest wegetarianką i ma zdecydowane opinie na temat tego, co człowiek powinien jeść, a czego nie. Co więcej, uważa, że to nie tyle kwestia smaku, ale etycznego podejścia do zdrowia i przyrody. Gdy chodzi o seks, ma swoje upodobania, ale jest zdania, że każdy w tych sprawach postępuje tak, jak uważa za stosowne.

Czy ta fala jest do zatrzymania?

Tylko w jednym rozdziale autorka odnosi się wprost do etyki seksualnej proponowanej przez Kościół katolicki. Zwraca uwagę, że przewidywania encykliki „Humanae vitae” z 1968 roku na temat konsekwencji antykoncepcji okazały się prorocze i dlatego zasługuje ona na rehabilitację. Oczywiście również, a może zwłaszcza, w tym przypadku nieuznawanie oczywistości przez elity jest czymś oczywistym. Niechęć czy wręcz nienawiść do zasad głoszonych przez Kościół w tej dziedzinie jednoczy wszystkich jego wrogów. Krzyczą, że to absurdalne, śmieszne, skandaliczne, średniowieczne, a nawet zbrodnicze (bo przyczynia się do epidemii AIDS). Także w samym Kościele, gdy mowa o encyklice, opatruje się ją nieraz epitetem „kontrowersyjna”. Niestety, sporo teologów po 1968 roku pracowało usilnie nad rozbrojeniem lub osłabieniem moralnego sprzeciwu Kościoła wobec antykoncepcji.

Paweł VI ostrzegał w encyklice przed skutkami stosowania antykoncepcji. Przewidywał, że będą nimi rozpowszechnienie się niewierności małżeńskiej i ogólny upadek obyczajów. Będzie to miało szkodliwy wpływ zwłaszcza na młode pokolenie. Ponadto „mężczyźni zatracą szacunek dla kobiet i lekceważąc ich psychofizyczną równowagę, sprowadzą je do roli narzędzia, służącego zaspokajaniu swojej egoistycznej żądzy, a w konsekwencji przestaną je uważać za godne szacunku i miłości towarzyszki życia”. Ponadto władze państwowe zaczną ingerować w intymne sprawy małżonków. „Trzeba pilnie rozważyć, jak bardzo niebezpieczne możliwości przyznałoby się w ten sposób władzom państwowym, nie troszczącym się o prawa moralne”.Wszystko się potwierdziło. Co do ostatniego punktu. Najnowszym przykładem jest dopuszczenie do aptek tzw. pigułki „po” przez rząd.

Jak zauważa abp Charles Chaput z Filadelfii, „jeśli Paweł VI miał rację co do tylu konsekwencji wynikłych ze stosowania antykoncepcji, to miał ją dlatego, bo nie mylił się co do oceny samej antykoncepcji”. Innymi słowy: złe drzewo rodzi złe owoce. Problem w tym, że tego złego drzewa tak wielu nadal nie chce zobaczyć. Także katolików. Część wiernych odrzuca zasady „Humanae vitae”. Na polskim gruncie wątpliwości co do jej nauczania wytrwale zasiewa Artur Sporniak z „Tygodnika Powszechnego”. Czytając wywiad, którego ostatnio udzielił kard. Marx z Monachium czasopismu „America”, widać, że ślepota, o której pisze Eberstadt, dotyka także ludzi najbardziej odpowiedzialnych za Kościół. A wszystko to dzieje się w czasie, gdy sam świat dostarcza masę dowodów potwierdzających doktrynę Kościoła i sporo ludzi przyciąga do Kościoła katolickiego właśnie to, że jest „znakiem sprzeciwu” wobec światowych trendów.

Mary Eberstadt wzywa tych, którzy widzą, aby nie tracili nadziei. Zachęca, aby iść tropem tych intelektualistów, którzy niegdyś nie dali się uwieść kłamstwom marksistowskiej propagandy. Musimy cierpliwie pokazywać fakty, niezależnie od tego, czy są one przyjmowane do wiadomości, czy też nie. „Nie żyjemy w erze nihilizmu” – twierdzi Eberstadt, choć wielu ludzi, przerażonych współczesnym panseksualizmem, jest skłonnych w to wierzyć. Nie musimy utonąć w nihilistycznym bagnie. W czasach zimnej wojny mało kto wierzył, że komuna skona. A jednak skonała. Podobnie może być z rewolucją seksualną. Nie wolno zakładać, że ta fala jest nie do zatrzymania.

Mary Eberstadt, Adam and Eve after the Pill. Paradoxes of the Sexual Revolution, Igantius Press, San Francisco 2012

Mary Eberstadt. ADAM I EWA PO PIGUŁCE. Paradoksy rewolucji seksualnej. Wydawnictwo AA, Kraków 2018, przeł. Małgorzata Samborska

Recenzja autorstwa ks. Tomasza Jaklewicza.

Za: rodzina.wiara.pl