Na sobotę Chesterton: Podwójna historia [obrona rozumu]

G.K. Chesterton

Istnieje coś takiego jak wojna między cegłami a książkami, to jest, między tradycją zachowaną w postaci materialnej a tradycją będącą naszym wyobrażeniem o przeszłości. W wielu miastach i wioskach zabytkowy kościółek przeczy pastorowi, a zamek przeczy lordowi; parlament coś ogłasza, podczas gdy budynek parlamentu przekazuje całkiem inne treści. Każdy, kto wędrował po Anglii musiał zauważyć ten dziwny fakt, znajdujący się na ogół na marginesie naszej uwagi i w większości wypadków zupełnie niewyjaśniony. Mam na myśli ogromną różnicę między angielską historią, zwłaszcza wczesną, znaną nam ze zwykłych podręczników i książek historycznych, a tą samą historią, która przejawia się w budowlach z danej epoki, miejscowych obyczajach albo odruchowych skojarzeniach. Dawni królowie, biskupi i żołnierze wyglądają na całkiem innych ludzi, kiedy widzimy ich wyrzeźbionych w kamieniu, niż kiedy czytamy o nich w druku. Nie twierdzę, że szkolna historia jest nieprawdziwa ani nawet że jest sprzeczna albo niespójna z tą drugą historią. Są to jednak dwa odmienne światy, zaś ten drugi zawiera rozległe uniwersum czynów i zainteresowań, na które pierwszy jest najdosłowniej ślepy i głuchy. To zupełnie jakbyśmy widzieli w Tennysonie wyłącznie lorda, nie dostrzegając, że był poetą, albo jakbyśmy słyszeli o tym, co Wellington zrobił jako premier, nie mając zielonego pojęcia, że zrobił coś jako generał, albo jakby biograf Kolumba obszernie się rozwodził nad kwestią jajka, słowem nie wspominając o kontynencie amerykańskim.

Pozwólcie, że dam typowy przykład. Opowieść o wojnach dynastycznych toczonych w Anglii w XV wieku, jaką możemy poznać z podręczników, jest malownicza co się zowie. Pomiędzy silnymi, złowrogimi ludźmi, zmagającymi się o władzę, pośród barwnych postaci, cokolwiek wypaczonych psychicznie i moralnie, ale pełnych  intensywnego dramatyzmu, snuje się niemrawo, nie zwracając niczyjej uwagi, biedny, słabowity młodzieniec, o którym mówią, że brak mu piątej klepki, i który jest tak naprawdę dziedzicem korony angielskiej i francuskiej. Po obu jego stronach wrą krwawe bitwy, niczym po obu stronach flagowego masztu; wokół niego toczą się burzliwe narady, jak wokół drewnianego stołu; on zaś przez długie lata siedzi gdzieś biernie, zamknięty i zapomniany, a w całej tej wojennej zawierusze można wręcz przeoczyć, kiedy ginie. Nad jego morderstwem panuje większa cisza niż nad naturalną śmiercią niejednego człowieka. Oto w jaki sposób w pisanej historii Anglii widać króla Henryka VI; a raczej go nie widać. Lecz w jaki sposób jego życie odbiło się na Anglii jako takiej – a, to już całkiem inna sprawa. Nie chodzi o to, że jego prawdziwy charakter okazuje się inny, ale o to, że ten charakter zyskuje wielkie pole do popisu. Wizerunek niemrawego, upośledzonego młodzieńca nie jest przekłamany – to raczej jakby odkryć, że trafiliśmy do krainy baśni, gdzie tacy młodzieńcy mogą zdobyć bajkową wszechwładzę; to jakby się okazało, że pokojówka jest potężnym medium, a wioskowy przygłupek wielkim czarodziejem.

Pojedźcie bowiem z Londynu na zachód, wzdłuż doliny Tamizy, a znajdziecie potężną fundację edukacyjną, która stała się niemal synonimem Imperium Brytyjskiego i administrującej nim arystokracji. Jest to fundacja niezmiernie bogata i potężna. Cały świat zna jej nazwę, tak samo jak nazwy Oksfordu i Cambridge, jeśli nie bardziej, a każdy chłopiec i nauczyciel, który ma z nią coś wspólnego, słyszy co rano i co wieczór podczas wszystkich ceremonii i modlitw, że bogactwo i potęga, które go otaczają, są bogactwem i potęgą fundatora, króla Henryka VI. Chory, bezradny człowiek, nawet po tym, jak w jego kraju doszło do gruntownej zmiany religii, pozostał świętym patronem i dobroczyńcą setek wysportowanych, ambitnych ludzi, którzy stworzyli wspaniałą legendę Eton i angielskich szkół publicznych. A jeśli pojedziecie z Londynu na wschód, przemierzywszy równinę, trafi cie do siedziby jednego z dwóch uniwersytetów, które stanowią dwa źródła narodowej literatury i kultury. Znajdziecie tam kolegium, zwane Kolegium Króla, którego kaplica przewyższa inne pod względem piękna i starodawności, wznosząc się ponad dachy tego pięknego, starodawnego miasta; świat artystyczny zjeżdża tam z dawien dawna, by podziwiać jej architekturę, muzykę i witraże. To jeden z cudów Anglii. I nie ma w tym kolegium szatniarza-ignoranta ani studenta-obiboka, który by nie usłyszał ze dwadzieścia razy, że to półgłówek król Henryk VI przez ostatnie kilka stuleci wspiera ten pałac Pana Boga(1).

Niewiele z tego, co mówią podręczniki historii, jest nieprawdą; ale też podręczniki mówią bardzo mało. Henryk VI nie był skutecznym wojownikiem ani mądrym mężem stanu, i jeśli postrzegamy Wieki Średnie jako plątaninę brutalnych, krwawych gier o władzę, on akurat wyda się nam postacią bardzo nikłą. Lecz jeśli zaczniemy wędrować po angielskich łąkach i miasteczkach, jeśli ujrzymy średniowiecze jako wielowiekową, różnorodną cywilizację, kreatywną i systematyczną, owocującą nauką i wspaniałą sztuką – wówczas wyda się nam olbrzymem.

Oczywiście istnieje wiele innych przykładów. Inteligentny uczeń, czytający w szkole o waśni między sir Tomaszem Becketem a królem Henrykiem II odruchowo sympatyzuje z królem; Henryk II wydaje się w najgorszym razie niecierpliwym człowiekiem czynu, podczas gdy święty wygląda w najlepszym razie na irytującego klerykała-teoretyka. Niechaj więc uczeń zamknie podręcznik historii i otworzy (powiedzmy) poezje Chaucera, napisane przez zwykłego Anglika na użytek królów i królowych niedługo po tym, jak króla Henryka II wychłostano w katedrze. Jeśli uczeń zagłębi się w ten świat, będzie zupełnie zdezorientowany. Znajdzie się w średniowiecznej Anglii, gdzie wszyscy mężczyźni, kobiety i dzieci uważają za jasne jak słońce, że święty Tomasz miał taką samą rację, stawiając czoła królowi, jak święty Jerzy, stawiając czoła smokowi. Identyczna dezorientacja czeka ucznia, jeśli rozejrzy się po katedrze w Canterbury. To są rzeczy, których nie wyjaśniają współczesne podręczniki. Trzeba całkowicie zanurzyć się w atmosferę dawnych budowli i dawnych ksiąg, zanim zacznie się to rozumieć.

I tak oto całą Anglię otacza ta osobliwa aura podwójnej historii politycznej, podwójnego obrazu społecznych instytucji. Ludzie pamiętani w jednym miejscu tylko za swe okrucieństwa, gdzie indziej są pamiętani tylko za swe dobrodziejstwa. Od szkockich mokradeł aż po stare królestwo Kornwalii, ziemia angielska jest pełna miejsc upamiętniających pobożność bluźnierców, dobroczynność tyranów, ascetyczne porywy żarłoków i pijaków, wysoką artystyczną kulturę barbarzyńców. William Rufus zginął w Hampshire, bo lubił polować, ale pozostał w Westminsterze, bo lubił budować, i trwa nadal w swoich budowlach. Henryk VII Tudor stworzył ogromną machinę despotyzmu, ale zostawił po sobie tylko jedną kaplicę. Wygląda na to, że historycy, pisząc o tych ludziach, gubią gdzieś całą stronę ich życia; i rzeczywiście, to dość częste przeoczenie, ilekroć patrzy się krytycznym okiem na życie ludzkie. Przydałoby się wreszcie powypełniać te luki, umieszczając w nich barwne i całkiem namacalne myśli tych, którzy tworzyli nasze dzieje. W przeciwnym razie będziemy postrzegać przeszłość, jakbyśmy oglądali tancerzy, nie słysząc melodii.


1 Król Henryk VI Lancaster (1421-1471) w wieku 19 lat założył szkołę w Eton oraz King’s College w Cambridge jako fundacje edukacyjno-charytatywne dla ubogich, zdolnych chłopców. Żył jeszcze długo potem, apatycznie poddając się losowi. Był człowiekiem bardzo dobrym, pobożnym, niezdolnym do kłamstwa i zdrady, ale prawdopodobnie nieco upośledzonym umysłowo i dotkniętym chorobą psychiczną po swoim dziadku, Karolu VI Szalonym, królu Francji. Henryk VI został stracony w Tower, co otworzyło Tudorom drogę do angielskiej korony. Po jego śmierci, lud angielski czcił go jak świętego.


Esej pochodzi z tomiku “Obrona Rozumu”, wyd. Fronda

Udostępnij przez:

Średnia ocen
0 z 0 głosów.

Dodaj komentarz