Na sobotę Chesterton: “O bluźniercach”

Wszystkie szkoły myśli, umiarkowane, rewolucyjne czy reakcyjne, są zdania, że przyszłość niesie nowe społeczne możliwości lub nowe zagrożenia; że różne formy buntu, przejawiające się w sztuce i myśli, to początek wielkich zmian; i że tacy czy inni genialni myśliciele, destrukcyjni albo twórczy, otwarli wrota nowego świata. Komuniści mogą myśleć, że to wrota niebios, a konserwatyści, że wrota piekieł, ale jedni i drudzy zgadzają się, że oznacza to nie tylko koniec starego świata, ale również początek jakiegoś nowego. Nowocześni artyści i literaci, których jedna strona chwali jako dynamicznych, a druga potępia jako demonicznych, są zaledwie forpocztą innych, znacznie bardziej dynamicznych, względnie znacznie bardziej demonicznych, którzy w tym nowym świecie staną się normą. Obie strony całkowicie się tu zgadzają. Ja zaś, tak się niefortunnie składa, nie zgadzam się ani z jednymi, ani z drugimi.

Uważam, że rewolucyjne fermenty naszej epoki oznaczają nie świt, ale zmierzch epoki rewolucji. Do niemal każdego systemu moralnego i metafizycznego, głoszonego w naszych czasach miałbym ochotę dodać w charakterze komentarza: „Szach i mat”. Ci nowocześni myśliciele sami postawili się w sytuacji, w której muszą ponieść klęskę, bo tak każe najzwyklejsza logika. Lub też, by użyć metafory z dziedziny militarnej, znajdują się na straconej pozycji, oskrzydleni, bez łączności i stopniowo tracąc amunicję. Ich bunt, w wielu wypadkach, to formacja z natury swej tymczasowa.

Żeby wyjaśnić, co mam na myśli, dam prosty, czy wręcz nieelegancki przykład, to znaczy bluźnierstwo przeciw Bogu traktowane jako artystyczny środek wyrazu. Dawniej, kiedy duch rebelii był jeszcze młody, bluźnierstwem posługiwali się geniusze, tacy jak Swinburne. Lecz nawet jego twórczość straciła już zdolność szokowania. Niedawno pewien współczesny pisarz, zatrudniony do napisania książki o  Swinburnie, zastanawiał się, jak to możliwe, że ktokolwiek odczuwał wzburzenie słysząc werset o Galilejczyku, który również spocznie
wśród zmarłych. Bluźnierstwo dostarczało też paliwa Thomasowi Hardy’emu, z jego subtelną sztuką pisarską i z lekka jakby nieuporządkowaną logiką. Pisarz ten usiłował głosić (jednocześnie), że Boga nie ma, i że Bóg powinien się wstydzić za to, że jest, a kto wie, może i za to, że Go nie ma.

Takie pełne irytacji klątwy przeciw Stwórcy, już dawno wyświechtane wśród naszych ludzi kultury, wciąż jeszcze zachowują urok świeżości dla rosyjskich komunistów, ale to dlatego, że bolszewicka Rosja jest najbardziej zapóźnionym krajem w Europie. Podobno komuniści planowali drukować ateistyczne hasła na pudełkach od zapałek i sprzedawać je w Anglii w ramach propagandy, gdyż roiło im się, że za pomocą słów na pudełkach można żgnąć tę nieco zbyt apatyczną populację do działania, podburzając ją do wojny domowej. Jeśli to prawda, muszą mieć dość dziwne wyobrażenie o naszym kraju. W każdym razie, obrazoburczy język, tak samo jak wszystkie przekleństwa, im częściej jest używany, tym bardziej blaknie i powszednieje. Literatura bluźniercza nie ma przed sobą żadnej przyszłości, bo jeśli poniesie klęskę, to zaniknie, a jeśli zwycięży, to przestanie być bluźniercza i będzie normalna, by nie rzec szacowna. Bluźnierstwo z definicji jest kresem wszystkiego, łącznie z bluźniercą. Żona Hioba wykazała zdrowy rozsądek, kiedy intuicyjnie powiedziała: „przeklnij Boga i giń”. Dzisiejszy artysta, przez bezmyślne roztargnienie, zbyt często zapomina zginąć.

Ale i tak wszystkie te dynamiczne, śmiercionośne ruchy intelektualne niosą zarodek swojej własnej śmierci. I kiedy popatrzymy na najsubtelniejszych, najbardziej sugestywnych pisarzy tego nurtu, tak właśnie wygląda ich sytuacja. Oni nie otwierają ani wrót nieba, ani wrót piekła. Znaleźli się w ślepej uliczce, skąd nie prowadzą żadne drzwi. Stale filozofują, nie mając filozofii. Nie dotarli do tej  rzeczywistości, do tego sensu istnienia, czy choćby do tego w pełni uświadomionego bezsensu istnienia, którego tak jawnie poszukują. I nic dziwnego. W sytuacji, gdy zwykły racjonalizm nie wystarcza, trzeba wznieść się ponad rozum, a nie babrać się gdzieś poniżej. Ich bezpośrednie oparcie się na naturze to dla człowieka rzecz nienaturalna. Pewien autor, wyrażając dokładnie to błędne podejście, napisał, że  musimy wznieść się poprzez naturę do Boga, który jest Naturą. Mylił się. Musimy zejść w dół od Boga do natury, która jest Boża. Natura wydaje się słuszna wyłącznie wtedy, kiedy widzimy ją przez pryzmat najwyższej słuszności, znajdującej się czy to w umyśle ludzkim, jak głoszą humaniści, czy też, jak głoszą chrześcijanie, w umyśle Boskim.

Oczywiście, są na świecie niezliczone rzesze imitatorów i naśladowców, którzy sami siebie nazywają rewolucjonistami, twierdząc, że wiedzą, dokąd iść. Oznacza to po prostu, że zadowala ich jakieś konwencjonalne hasło w rodzaju komunizmu. Słowo „komunizm” jest bowiem prawie tym samym słowem co „konwencjonalność”; z punktu widzenia etymologii jedno i drugie oznacza tyle, że ludzie jednoczą się w jakiejś wspólnocie – i nic więcej.

Dawno temu, kiedy rodził się wielki ruch demokratyczny, wspierały go prawdziwe demokratyczne emocje. Wyłącznie duch wspólnoty, duch przepełniający oddanych sobie, niezawodnych towarzyszy, może stanowić duszę komunizmu. Jeśli go zabraknie, komunizm traci duszę. Im dłużej się jednak przyglądamy komunistycznym rewolucjonistom, tym wyraźniej widać, że ten duch ich opuścił. Komunistyczni ideolodzy
są niczym armia, która już nie ma prochu, nie ma pasji, nie ma elementarnych impulsów, jakie pchają armię do boju. Ludzie nazywający się komunistami przestali być towarzyszami. Wolność, równość i braterstwo rzeczywiście coś emocjonalnie znaczyły dla tych, którzy pierwsi używali tego zwrotu. Lecz braterstwo jest ostatnim uczuciem, jakiego można oczekiwać po dzisiejszych zgorzkniałych i zbuntowanych literatach; wolność utracono w obu systemach, komunistycznym i kapitalistycznym, zaś równość przetrwała jako próba zaprowadzenia
tępej unifikacji, skopiowanej na wzór taśmowej produkcji w kapitalistycznej fabryce. Prawdziwi buntownicy by to odtrącili.

Obok ludzi, którzy akceptują komunizm jako hasło albo mylnie liczą, że mogą go przyjąć jako modę, są też tacy, którzy akceptują go w bardziej szlachetny, lecz wysoce negatywny sposób, i to właśnie z powodów, o których mówię w tym artykule. Mam na myśli, że akceptują komunizm rozpaczliwie, jako jedyne wyjście z intelektualnego impasu. Można bez przesady powiedzieć, że pan Middleton Murry otwiera ramiona przed Sowietami gestem wielkiego poganina, zgadzającego się popełnić samobójstwo. Odnosi się wrażenie, jakby upajał się myślą, że w ten oto sposób nastanie koniec wszystkiego, a w każdym razie, koniec prawie wszystkiego, co lubi. To kolejny przykład podejścia
emocjonalnego, jakie próbowałem tu opisać; podejścia ludzi, którzy dotarli do ślepej ściany.

Nie ulega wątpliwości, że istnieją tysiące pewnych siebie innowatorów, tryskających energią i świetnym humorem, bo nie posiadają dość rozumu, żeby to pojąć. Jednak wszędzie, gdziekolwiek spojrzeć, czeka tych ludzi klęska. Spójrzmy na zalew bezmyślnych erotycznych powieści, których autorzy ewidentnie nie zdają sobie sprawy, że ich dzieła są dotknięte podstawową sprzecznością co do roli seksu. Przejęli z dawnej tradycji koncepcję, że seks jest ogromnie ważny, że powinien stanowić punkt zwrotny, z samej swojej istoty niezbędny dla fabuły. Karmią się pod tym względem resztkami po romantyzmie, który z kolei karmił się resztkami po religii. Lecz ich nowa, prościutka fi lozofi a życiowa uczy jednocześnie, że seks to tylko trywialna, zwyczajna potrzeba, zaś akt seksualny jest nie bardziej przełomowy niż wypalenie papierosa. I tak oto nowoczesny pisarz, rozdarty między dwiema ideami, usiłuje napisać powieść o człowieku, który, wypalając dwadzieścia papierosów, stara się myśleć, że każdy z nich to punkt kulminacyjny. O takim filozofie można powiedzieć, całkiem dosłownie, że jeśli dać mu wystarczająco dużo sznurka, sam się na nim powiesi. To zaiste pocieszające, że samobójstwo zajmuje poczesne miejsce w jego filozofii.

Esej ukazał się w tomiku pt. „Obrona rozumu”, wyd. Fronda 2014.


Poprzedni odcinek:

Na sobotę Chesterton: Skamieliny purytanizmu

Udostępnij przez:

Średnia ocen
0 z 0 głosów.

Dodaj komentarz