
„Ideał”, w potocznym tego słowa znaczeniu, na pewno nie zalicza się do pojęć tradycyjnych. Nigdy nie należał do powszechnej tradycji moralnej czy religijnej. Ludowa religia pogan nie wierzyła w ideały, lecz w idole, zwane też bożkami, z którymi było dużo więcej zabawy. Filozofia pogan nie znała ideałów, lecz idee, z którymi było dużo więcej zachodu. My, niestety, żyjemy w czasach, kiedy do ideałów przywiązuje się znaczenie prawie odwrotnie proporcjonalne niż do idei. Ilekroć widzimy nadętego polityka, pretensjonalną sztukę albo ckliwy film; ilekroć czytamy sensacje w sosie sentymentalnym, jakie serwuje nam prasa popularna, lub ociekające przemądrzałym wodolejstwem artykuły w pismach opiniotwórczych; ilekroć słyszymy kazanie po brzegi pełne tolerancji i otwartości, za to pozbawione szczątkowych śladów rozumu, albo kolejne kabotyńskie przesłanie do świata, zapewne sławiące pokój; ilekroć po raz enty trafi amy na jakiś dowód koniunktury gospodarczej w postaci wulgarnego sloganu – krótko mówiąc, ilekroć stykamy się z głównymi przejawami naszej dzisiejszej cywilizacji, odkrywamy, że mają one dwie niezmienne cechy: są wyprane z wszelkiej idei, lecz zachłannie pożądają ideałów. Ideał stał się substytutem idei dla ludzi, którzy po zaliczeniu przymusowego oświecenia i obowiązkowej nauki szkolnej nie mają nawet najbledszego pojęcia, czym w ogóle jest idea.
Gdy przyjrzeć się dokładniej, religijne i moralne obiekcje przeciw ideałom okazują się w gruncie rzeczy praktyczne i życiowe. Rzućmy więc nieco światła na złowrogie, przewrotne i iście diaboliczne metody, jakich używają ideały w swej kreciej robocie.
Nasi ojcowie rozumieli koncepcję doktryny – było to coś, w co wierzyli lub nie. Rozumieli również koncepcję obowiązku – spełniali go lub nie, ale wiedzieli, że jest to coś, co należy spełniać niezwłocznie i rzetelnie. A teraz popatrzmy, jak oślizgły, krętacki ideał wciska się pomiędzy te dwie frapujące koncepcje i zaczyna je podstępnie podgryzać.
Nikt nie oczekuje, że człowiek uwierzy w ideał tak jak ma wierzyć w doktrynę, czyli tak jak się wierzy w coś, co istnieje naprawdę. Przeciwnie, zdaniem wielu dzisiejszych idealistów ideał nosi swą nazwę wyłącznie dlatego, że z całą pewnością nie istnieje. W najlepszym razie pozostaje w sferze możliwości; na ogół stanowi tylko abstrakcyjny wzorzec porównawczy. Im mniej jest realny, tym bardziej jest idealny.
Jest też w ideale coś, co rozmiękcza i rozmywa koncepcję obowiązku, tak niegdyś wyrazistą i energiczną. Jeśli dom staje w płomieniach, człowiek ma obowiązek ratować całą swą rodzinę, włącznie z okropną ciotką Matyldą. Nikt jednak nie powie, że ratowanie ciotki Matyldy stanowi ideał; że bezpieczeństwo ciotuni samo w sobie jest piękną wizją, snem na jawie, którym można się upajać i zachwycać. Ideał nie zawraca sobie głowy konkretnymi sprawami, takimi jak domy, rodziny i ciotki. Ideał oznacza tylko marzenie, że pewnego pięknego
dnia dom stanie się domem idealnym, domem z powieści umoralniających i czytanek dydaktycznych, i wszyscy w nim będą zachowywać się idealnie – lecz nastąpi to dopiero, gdy ów piękny dzień zaświta. Taki idealizm z samej swojej natury odkłada spełnianie obowiązków w nieokreśloną przyszłość, uzależniając to od idealnych warunków społecznych, które kiedyś może i nastaną, choć większość z nas liczy, że aż tak źle przecież nie będzie. Zamiast traktować etykę jak dom, który stanął w ogniu, idealista zmienia ją w przecudny zamek na lodzie;
w dom, który (mamy nadzieję) kiedyś może zdołamy zbudować lub ewentualnie, jeśli mniej nas ponosi twórcza wena, zakupić.


















![Witt: Obłąkana genderowska teoria rodzaju. Fałszowano wyniki badań, żeby potwierdzić teorię [AUDIO]](https://politykapolska.eu/wp-content/uploads/2020/06/maxresdefault-100x70.jpg)
