Na sobotę Chesterton: Czy można kochać Niemców (cz.II)

0
1117
[bsa_pro_ad_space id=5]

Ktoś zapytał, co miałem na myśli pisząc, że Niemcy wykazują słabość do mitologii. Nie była to z mojej strony żadna zniewaga; w rzeczy samej, podejrzewam, że sam też wykazuję słabość do mitologii, tylko że ja nie próbuję uznawać tej słabości za siłę. Ilekroć czytam jakąś wspaniałą prymitywną baśń, opowiadającą, jak świat został stworzony z martwego olbrzyma, jak z jego czaszki wyrosło niebo, z jego oczu słońce i księżyc, a jego zielonkawa krew rozlała się tworząc morza, zawsze przez jeden szalony moment żałuję, że nie jestem małym Eskimosem czy Hotentotem, który słyszy tę baśń od swojej babci i wierzy w nią bez zastrzeżeń, tak niewinnie i naiwnie, jak i ja powinienem
uwierzyć. Ilekroć czytam o którymś z tych imponujących i fascynujących herosów, który był jednocześnie człowiekiem i orłem, albo innym totemicznym zwierzęciem, i o tym, jak ów heros ukradł słońcu ogień, by dać go ludziom, albo rozbił niebo na kawałki, aby morza znad nieboskłonu mogły spadać na ziemię w postaci deszczu, naprawdę mi szkoda, że nie urodziłem się u zarania ludzkich dziejów, kiedy można było uważać takie rzeczy za prawdę. Być może Niemcy ciągle tkwią u zarania ludzkich dziejów. Na wypadek, gdyby jakiś niemiecki profesor
potraktował moją słabość do mitologii nieco zbyt poważnie, uprzejmie informuję, że nie ma takich mitów, jakie właśnie opisałem, chociaż istnieją bardzo podobne. Wszystko to sobie zmyśliłem. A najciekawsze, że dokładnie tak samo w pewnych kwestiach zmyślają Niemcy.

[bsa_pro_ad_space id=8]

Naród niemiecki jest bowiem podszyty specyficzną pierwotnością, co widać już choćby po tym, że „naród” to dla Niemców „folk” – ten sam „folk”, który ciągle wytwarza folklor. Otóż, folklor to bardzo miła rzecz, należy jednak zauważyć, że podobnie jak mit o herosie, który był orłem, folklor tu i ówdzie leciutko mija się z prawdą. Innym przejawem pierwotności jest ta osobliwa jedność, którą Niemcy czasem wykazują. I chociaż zdyscyplinowany z nich naród, ich jedność nie opiera się na samej tylko dyscyplinie. To jedność stadna. Niemcy, jak sądzę, są jedynym narodem, którego cywilizacja i narodowa wspólnota stanowią formę instynktu stadnego. Krótko mówiąc, cechuje ich swoista prehistoryczność. Nawet ich uczeni profesorowie są w pewnym sensie prehistoryczni. Mam na myśli, że przy całej swej uczoności
sprawiają wrażenie, jakby nigdy nie słyszeli o historii.

Mitologia sama w sobie, powtarzam, jest niekoniecznie zła, a czasem wręcz bardzo przyjemna. Ogólnie biorąc, jest i tak bez porównania lepsza od propagandy. Z mitologią mamy do czynienia wtedy, kiedy człowiek wierzy we wszystko, co sam wymyślił, a z propagandą – kiedy człowiek wierzy, że inni ludzie uwierzą we wszystko, co on wymyślił. Niezachwiana teutońska wiara w produkcję mitów jest jednak czymś więcej niż tylko fabryką kłamstw. Toteż jeśli nazywam niemieckiego profesora prehistorycznym, to dlatego, że silę się na uprzejmość; gdyby
nie to, nazwałbym go ahistorycznym. W takim bowiem ahistorycznym duchu Niemcy opowiadają o niemieckiej historii. Na użytek innych nacji popisują się swoją naukowością, lecz to nie naukowość określa ich podejście do własnych dziejów. Kieruje nimi tradycja plemienna, opiewająca z grubą przesadą bohaterów i zwycięstwa plemienia, aż urastają one do gigantycznych rozmiarów. Nikt nie zaprzeczy, że bohaterowie i zwycięstwa istnieli naprawdę, ale ich znaczenie zostaje tak rozdmuchane, że zatraca wszelkie proporcje względem faktów. Byłoby całkiem naturalne, gdyby Niemcy opowiadali, jak to dzielny Germanin Arminus zdołał w zaciekłej potyczce odciąć parę legionów Augusta od reszty rzymskiego wojska. Jednak słuchając, jak o tym mówią, można odnieść wrażenie, że Arminus rozniósł w proch i pył całą rzymską armię, i niewiele brakowało, a poradziłby też sobie z całym rzymskim imperium.

Zaś najbardziej niezwykłe jest to, że Niemcy w dalszym ciągu tworzą mity. Są to mity nowoczesne, lecz dokładnie tak samo mityczne, jak u starożytnych. Stworzyli kompletnie wyssaną z palca legendę, przedstawiającą teutońskich barbarzyńców jako rasę złotowłosych bogów. Stworzyli inne opowieści, równie wyimaginowane, zaledwie w ciągu ostatnich paru lat. A przede wszystkim, uwierzyli w to, co stworzyli. Teuton jest kreatywnym poetą i łatwowiernym słuchaczem w jednej osobie. Sam sobie opowiada bajki – i sam w te bajki wierzy. Żyje w innym świecie niż my, być może starszym i zarazem młodszym niż nasz świat. Patrząc na niego, możemy choćby częściowo zrozumieć, jak to się działo, że ludzie pierwotni szczerze czcili bożki, stanowiące ewidentnie produkt ich własnej wyobraźni. Pewien wybitny Niemiec, który naprawdę rozumiał swoich rodaków, powiedział kiedyś: Na początku Bóg dał Francuzom ziemię, Anglikom morze, a Niemcom chmury.

Całkiem niedawno narodził się pewien mit, który rozprzestrzenił się po całych Niemczech jak pożar, ogarniając kraj dosłownie w parę miesięcy. Mit ten głosi, że Niemcy nigdy nie zostały pokonane w wojnie światowej. Trudno o bardziej zdumiewającą i katastrofalną kolizję między mitologią a historią. Jednak u Niemców tak już się dzieje, że mitologia jest nowsza od historii. Wygląda na to, że wszyscy Niemcy uwierzyli w ten mit bez problemu, chociaż, na zdrowy rozum, nawet najbardziej się wytężając, trudno sobie wmówić, że wielkie i dość
aroganckie imperium zgodziło się zatopić całą swoją flotę, oddać wszystkie swoje kolonie i porzucić zdobycze w obcych krajach nie będąc naprawdę i porządnie pobite. Nie chodzi nawet o to, że ani wy, ani ja nigdy byśmy w to nie uwierzyli. Cała rzecz w tym, że sami Niemcy w to nie wierzyli jeszcze ze dwa lata temu.

Człowiek cywilizowany ma tę zaletę, że jeśli robi coś złego, wie, że to jego własna wina, a wiedząc, że coś jest złe, ma powód, żeby następnym razem postąpić dobrze. Nie wolno stawać po stronie barbarzyństwa, gdyż barbarzyństwo oznacza niszczenie wszystkiego, co ludzie kiedykolwiek zrozumieli, przez ludzi, którzy tego nie rozumieją. I właśnie dlatego zdystansowany, pozbawiony emocji obserwator, patrzący na osobliwe zawirowania w sercu plemiennej Germanii, ma prawo przypuszczać, że będzie z tego nieszczęście. Kłopot z Niemcami polega bowiem na tym, że zawsze byli bardziej etniczni niż etyczni. Inaczej mówiąc, za sprawą jakiejś swej introspektywności czy dośrodkowości zawsze odwracali się plecami od osądu cywilizacji chrześcijańskiej i poddawali się wyłącznie osądowi kultury niemieckiej. Ich dyskusje etyczne zaczynały się od rozważań, czy taki lub inny Niemiec miał rację, po czym nieuchronnie zmierzały w stronę rozważań,
jak bardzo prawdziwy Niemiec zawsze ma rację. Niemcy są wystarczająco oderwani od rzeczywistości, aby zapomnieć, że niedawno przegrali, ale wciąż doskonale pamiętają, że kiedyś zwyciężali. Ich sentymentalizm posiada tę praktyczną zaletę, że pozwala pamiętać tylko to, co się chce. Jest to również zaleta typowa dla barbarzyństwa. Lecz barbarzyństwo, które wraca dziś na świecie jest niebezpieczne, bo nigdy nie wiadomo, co zrobi w następnej kolejności ani gdzie dalej się rozpleni.

Niemcy nie są bynajmniej jedynym narodem, pośród którego może się pojawić jakiś teoretyk z obłąkaną teorią. Są jednak jedynym narodem, który z miejsca i masowo może w taką teorię uwierzyć. Wymyślanie na nowo historii, która już się zdarzyła, i to wymyślanie jej zupełnie inaczej niż było naprawdę, to zajęcie, które może się wydawać poetyckie i atrakcyjne. W polityce takie masowe iluzje są jednak skrajnie groźne. A zdarzało się już, że chmury, w których ci ludzie żyją, gromadziły się nad nami, przynosząc nie tylko deszcze, ale pioruny, nawałnice i ogień, spadający z nieba.


Esej ukazał się w tomie zebranym pt. „Obrona rozumu”, wyd. Fronda 2014.


Poprzedni odcinek:

https://politykapolska.eu/2017/11/11/sobote-chesterton-mozna-kochac-niemcow/

[bsa_pro_ad_space id=4]