Z polskiego na nasze. Taplamy się w bełkocie pseudo-nauk i pseudo-analiz

0
286

Michał Marusik styczeń, AD-2017.

Przyszło nam żyć w jakimś politycznym Matrixie; w świecie iluzji i zakłamania. Praw natury jednak odwołać się nie da. Można tylko ludziom wmawiać, że 2 x 2 jest 7. I nawet ludzie skłonni są, dla świętego spokoju, przyjąć to do wiadomości. Cóż się tu dziwić…

W latach mojej młodości liczni profesorowie z wielkim zadęciem wykładali coś takiego jak „ekonomia polityczna socjalizmu”… Było to coś innego niż ekonomia, ale skoro ekonomię wykładano na Zachodzie, to na Wschodzie trzeba było wykładać coś odwrotnego. Wykładali więc coś odwrotnego do ekonomii i robili z tej dziedziny magisterki, doktoraty, habilitacje...

Ktoś z dzisiejszej młodzieży mógłby się zdziwić: jak to możliwe, że myślący ludzie wymyślali i powtarzali takie brednie i ogłaszali je prawdami naukowymi? Otóż i możliwe. Po prostu – dla świętego spokoju. Dla konformistów jest to rzecz niezwykle prosta. Jeżeli wszyscy adepci astrologii będą się uczyli z tego samego podręcznika, to wszystkie ich przepowiednie wywiedzione z układu gwiazd na niebie będą identyczne, a więc będą nawzajem dowodziły swojej słuszności. A już szczególnie, kiedy na te przepowiednie wygospodaruje się w budżecie państwa jakieś skromne kilka miliardów…

Taplamy się więc w bełkocie pseudo-nauk i pseudo-analiz. I nie byłoby w tym nawet niczego złego, gdyby nie fakt, że cały lud roboczy wytrzeszcza oczy i po dziesięć godzin dziennie na tych bełkotników pracuje.

Niechby tak oni sami na ten swój bełkot pracowali, to moglibyśmy ich w tym Matrixie spokojnie zostawić. Ale tu właśnie żarty się kończą. Bo tu widać komu i do czego ten cały Matrix jest potrzebny. Chodzi po prostu o to, żeby się ludzie nie buntowali, tylko spokojnie i ofiarnie pracowali na gromadę cwaniaczków mniemając, że jest to „obiektywna, naukowa prawidłowość”.

Żeby się ludzie z tego Matrixu nie obudzili – nawet klasyczne bajki przestały być dostępne. Ja jeszcze pamiętam bajkę o „pięknych szatach cesarza”, ale moje wnuczki już o takiej bajce niczego nie słyszały. Cały świat polityki i ekonomii ma być światem iluzji; ma być światem postawionym na głowie. Wszyscy mają się prześcigać w wychwalaniu „pięknych szat cesarza”; ludzie mają powtarzać wymyślone dla nich brednie, a dla tego dziecięcego głosu „król jest nagi” nie może być ani odrobiny miejsca.

I większość ludzi – dla świętego spokoju – spokojnie te wszystkie brednie powtarza.

No dobrze. Ale nie wszyscy chcą się do tej większości dopisać. Znajdą się czasem jacyś dziwacy, którzy koniecznie chcieliby wiedzieć: jak to jest naprawdę. Wrócę więc teraz – po tym obszernym wstępie – do tego co chciałem w paru zdaniach opisać. Mianowicie: do oceny rozmieszczenia w Polsce amerykańskich wojsk. Nie interesuje mnie tutaj owe „wychwalanie (czy krytykowanie) pięknych szat cesarza”. Powiedzmy sobie – choćby w kilku zdaniach – jak to jest NAPRAWDĘ.

Otóż cały świat stanął na głowie mniej więcej w połowie minionego stulecia. Wszystko zaczęto nazywać odwrotnie. Głupotę zaczęto nazywać mądrością, zdradę – wiernością, stratę – zyskiem, niewolę – wolnością, kłamstwo – prawdą…

[W Rosji wydawano wówczas dwie wielkie gazety: „Prawdę” i „Izwiestia”. Czym różni się „Prawda” od „Izwiestii”? – pytali Polacy. Ano tym, że w „Prawdie” niet izwiestii, a w „Izwiestiach” niet prawdy]

I przestajemy się rozumieć. Kiedy do Polski wkraczały wojska Hitlera – jeszcze nazywano to okupacją, ale kiedy za kilka lat do Polski wkraczały wojska Stalina już nazywano to wyzwoleniem. Oczywiście wyzwolono Polaków z resztek stanu posiadania, których nie odebrał Polakom Hitler, ale nazwano to „unarodowieniem” – nacjonalizacją. Pod pojęciem unarodowienia najzwyczajniej odnarodowiono resztki pozostałego po wojnie majątku. Naród został goły i wesoły. I do dziś państwo – rzekomo polskie – nie ma ochoty oddać ludziom to, co im pół wieku temu zabrało. A okupacyjną Armię Czerwoną stacjonującą na polskiej ziemi nazywać zaczęto armią wyzwolicielską. Czołgi, oczywiście, odlewane były w polskich hutach. Załogi zasiadały w nich polskie… Z przymusowego poboru. Tylko, że dowódcy byli podporządkowani generałom i marszałkom rezydującym na Kremlu.

A teraz zaszły zmiany. Tylko, że znów „bocian jest dziobany”.

Pytają mnie tedy koledzy, czy cieszę się z obecności amerykańskich czołgów w Polsce? Otóż cieszyłbym się bardzo, gdyby… I tu wyjdźmy na chwilę z tego durnego Martixu. Co by mnie w tej materii cieszyło? Cieszyłoby mnie, gdyby świetne, amerykańskie czołgi obstawiły szczelnym kordonem tak wschodnią jak i zachodnią flankę… Polski.

Ale przede wszystkim, żeby te amerykańskie czołgi były czołgami polskimi. Mówiąc jaśniej: żeby czołgi produkcji amerykańskiej stały się własnością Polski i podlegały wyłącznie dowódcom polskiej armii. Niechby w tych czołgach nawet zasiadały załogi złożone z Amerykanów, Rosjan, Papuasów czy Aborygenów. Byleby ci załoganci wykonywali rozkazy polskich oficerów i generałów. Pół wieku temu angielskiego nieba broniły polskie załogi Spitfirów; ale nie polski Sztab Generalny wydawał im rozkazy; nie polskiemu ośrodkowi politycznej suwerenności podporządkowani byli ci, którzy polskim lotnikom rozkazy wydawali.

Czy tak trudno zauważyć tę różnicę? I Wielka Brytania jest dziś imperialną potęgą. A Polska – magazynem tanich parobków ogłupianych propagandowym Matrixem. Jeżeli Rosja wpuściła na polską ziemię armię złożoną z Polaków, (tzw. Dywizję Kościuszkowską) to tylko dlatego, że dowodzili nią rosyjscy generałowie podporządkowani rosyjskiemu ośrodkowi politycznej suwerenności.

Jeżeli więc krytycznie wypowiadam się o wspaniałych walorach amerykańskich czołgów, to właśnie dlatego, że są one doskonałe, ale postawione na polskiej ziemi w służbie obcego państwa. Oby się po raz kolejny nie okazało, że polskie pozostaną tylko sterty gruzów i „czerwone maki”.

Niech kiedyś w końcu Polacy zaczną pracować na własny dobrobyt i na własne bezpieczeństwo, niech w końcu Polacy zaczną swojego własnego bezpieczeństwa i ładu skutecznie bronić. A czyjej produkcji będą czołgi? Kompletnie nie ma znaczenia. Byleby były skuteczne w walce o nasze, polskie bezpieczeństwo. I załoganci niech mówią w jakim chcą języku. Byleby potrafili wygrać każdą bitwę o nasz, polski interes narodowy i państwowy.

 Co daj Boże. Amen.

 Ze Strasburga do wszystkich Polaków, którzy jeszcze wiary i nadziei nie utracili.

 Michał Marusik,, styczeń, AD-2017.

za: dakowski.pl