Protestancka reformacja – podsumowanie

0
325

Kończąc cykl artykułów poświęconych protestanckiej reformacji, warto podsumować najważniejsze skutki, które pociągnęło za sobą wystąpienie Marcina Lutra w 1517 r.

Reformacja, czyli fałszywe dychotomie

Papież Benedykt XVI mówił, że epoka nowożytna rozpoczynająca się reformacją, a następnie kontynuowana przez oświecenie charakteryzowała się „fałszywymi dychotomiami”, czyli błędnym przeciwstawieniem rzeczy, które nie powinny być rozdzielane. Chodzi w tym wypadku na przykład o przeciwstawianie nauki wierze czy prawdy – wolności.

Protestancka reformacja zapoczątkowała epokę tych fałszywych przeciwstawień. Nauka Marcina Lutra oraz jego naśladowców przeciwstawiała wiarę uczynkom, Pismo Święte – Tradycji, a nawet Chrystusa – Jego Oblubienicy, czyli Kościołowi.

Odnosząc się do tego ostatniego zagadnienia, można powiedzieć, że Marcin Luter jest ojcem modnego dzisiaj twierdzenia:

„Chrystus – tak, Kościół – nie”.

Przypomnijmy, że nowość protestanckiej reformacji polegała na radykalnym odrzuceniu Kościoła jako takiego.

Nie chodziło tutaj o to, że ludzie Kościoła – poczynając od niektórych renesansowych papieży – prowadzili niemoralny tryb życia, że w niektórych zgromadzeniach zakonnych upadała dyscyplina (co swoją drogą było doskonałym paliwem dla szybkiego rozprzestrzeniania się reformacji w jej pierwszej fazie). Nie. Luter i inni protestanccy „reformatorzy” odrzucali samą funkcję Kościoła jako pośrednika między człowiekiem a Bogiem, bez względu na kondycję moralną ludzi Kościoła.

To dlatego Marcin Luter w obelżywych słowach odrzucił skierowane do niego zaproszenie do udziału w obradach Soboru Trydenckiego (początek w 1545 r.), który przyniósł wielkie dzieło „autentycznej reformy Kościoła” (św. Jan Paweł II).

Przypomnijmy jednak za św. Pawłem Apostołem, że Kościół jest Mistycznym Ciałem Chrystusa. Jakże więc można pozostać wiernym Chrystusowi, odrzucając Jego Ciało?

Odrzucić Kościół, ale przyjąć jego dzieło

Forsowane przez Marcina Lutra przeciwstawienie Pisma Świętego Tradycji jest także dowodem na fundamentalną sprzeczność w nauczaniu twórcy reformacji. Należy bowiem przypomnieć, że chronologia była następująca: najpierw był Kościół, a dopiero potem powstało Pismo Święte rozumiane jako zbiór ksiąg kanonicznych, czyli uznanych jako powstałe pod natchnieniem Ducha Świętego.

Kto jednak dokonał tego uznania? Kościół Święty (Oblubienica Chrystusa), który mocą autorytetu otrzymanego wprost od Zbawiciela ustalił, które księgi są kanoniczne, a które są apokryfami. Pamiętajmy, że ostatnia w sensie chronologicznym Ewangelia św. Jana powstała dopiero pod koniec I w. po Chrystusie.

Apostołowie jednak nie czekali, aż zostaną zredagowane wszystkie cztery ewangelie, i jeszcze zanim one ujrzały swój ostateczny kształt, podjęli działalność misyjną, głosząc Chrystusa wszystkim narodom, poczynając od Jerozolimy.

Przyjmując logikę Marcina Lutra i jego naśladowców, można powiedzieć, że apostołowie byli jakimiś uzurpatorami, bo podjęli ewangelizację bez Pisma Świętego w dłoni. Jednak dla uczniów Chrystusa równie ważna była Tradycja. O komplementarności Pisma i Tradycji pisał już św. Paweł Apostoł, zwracając się do Tesaloniczan:

„Przeto, bracia, stójcie niewzruszenie i trzymajcie się tradycji, o których zostaliście pouczeni bądź żywym słowem, bądź za pośrednictwem naszego listu” (2 Tes 2,15).

To w świetle Tradycji w ciągu pierwszych wieków istnienia Kościoła został ustalony kanon Pisma Świętego. Nie został on ustalony jednoosobowo, przez człowieka, który nie krył swojej pychy i arogancji (Luter), arbitralnie ustalając, które księgi Pisma Świętego są „słomiane” (nieautentyczne, bo przeczące jego poglądom), a które właściwe (choć także poddane odpowiedniej obróbce za pomocą „poprawek” w tłumaczeniu na niemiecki; por. tłumaczenie Listu do Rzymian św. Pawła w wykonaniu Lutra).

Badacze dziejów kultury europejskiej zwracają również uwagę na to, że forsowana przez twórcę reformacji zasada „sola scriptura” (tylko Pismo Święte) w decydujący sposób przyczyniła się do sekularyzacji (zeświecczenia) świata polityki i nauki (pogr. red.).

Skoro bowiem każdy człowiek w swoim sumieniu (formowanym nie przez jakiś zewnętrzny autorytet, taki jak Kościół, ale przez widzimisię poszczególnych ludzi) ma rozstrzygać, co do niego mówi Bóg na kartach Biblii w odniesieniu do kwestii wiary i moralności, to dlaczego nie można tej samej zasady przenieść na świat polityki?

Liberalizm rozumiany jako ustalanie przez człowieka reguł życia moralnego i społecznego ma swoje najgłębsze korzenie w protestanckiej reformacji. Święty Jan Paweł II nauczał, że

„demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm” (Jan Paweł II, Centesimus annus, 46).

Jak jednak ustalać wspólne wartości, skoro każdy człowiek jest „sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem” – zarówno w odniesieniu do moralności (por. „prawo wyboru” co do plagi aborcji), jak i w odniesieniu do świata polityki?

Wiara bez uczynków, łaska bez współpracy

Nauka Lutra jest również radykalnym przeciwstawieniem wiary w Boga dobrym uczynkom (zasada „sola fide”). Mocą swojej miłosiernej łaski Chrystus usprawiedliwia grzesznika, nigdy zaś grzech. Uchronił On jawnogrzesznicę przed ukamienowaniem, ale powiedział do niej na koniec:

„Idź i nie grzesz więcej” (J 8,11).

Z kolei Marcin Luter twierdził, że

„człowiek ochrzczony nie może utracić zbawienia przez grzechy, jakkolwiek byłyby poważne, chyba że zaprzestanie wierzyć. Żaden bowiem grzech nie może go potępić, a jedynie niewiara”.

Kościół zaś uczy, że „wiara bez uczynków martwa jest”. No tak, ale głosi to List św. Jakuba Apostoła, który został uznany przez doktora Marcina Lutra za „słomiany”. A jednak sobór powszechny obradujący w Trydencie (1545–1563) powtórzył apostolską naukę o tym, że wiara jest co prawda korzeniem zbawienia, ale usycha bez uczynków.

Łaska Boża domaga się współpracy ze strony człowieka, a tutaj sama wiara nie wystarczy. Upadli aniołowie nie tylko wierzą, ale i wiedzą doskonale o istnieniu Boga (byli przecież w niebie, a ich przywódca stał najbliżej Najwyższego). Czy to w czymś ich usprawiedliwia?

Należy ponadto zauważyć, że błędne (z katolickiego punktu widzenia) stanowisko Lutra w sprawie wiary i łaski brało się z jego odbiegającego od nauki Kościoła spojrzenia na naturę człowieka. Kościół naucza bowiem, że w wyniku grzechu pierworodnego natura człowieka została zraniona (natura vulnerata).

Tymczasem według Marcina Lutra grzech pierworodny nieodwracalnie zepsuł ludzką naturę (natura corrupta), co w dalszej konsekwencji oznaczało, że człowiek utracił swoją wolną wolę i nie był zdolny do czynienia jakiegokolwiek dobra.

W tej sytuacji – jak nauczał twórca reformacji – nawet Jezus Chrystus nie był w stanie rzeczywiście (ontologicznie) odpuścić naszych grzechów. Jedynie przykrył je swoją łaską, na podobieństwo tego, jak człowiek przykrywa swoje ciało odzieniem.

Oznacza to więc, że w rzeczywistości łaska Boża nie uzdrawia nas z grzechu, a jedynie Bóg na mocy swojej arbitralnej woli (upada koncepcja Boga – Logosu!) decyduje nie poczytywać swoim wybranym ich grzechów.

Tutaj także tkwią korzenie nauki o predestynacji, która zostanie szczególnie mocno rozwinięta w kalwinistycznym nurcie reformacji oraz w jego dalszych odgałęzieniach (purytanizm etc.).

Wiara kontra rozum i co z tego wynikło

Od Lutra pochodzi wreszcie fatalne przeciwstawienie wiary rozumowi w epoce nowożytnej. Twórca reformacji (o czym już była mowa w niniejszym cyklu artykułów) uważał, że docenienie przez Kościół rozumu, zwłaszcza na potrzeby rozwoju teologii katolickiej, było dowodem na upadek „papizmu”.

„Rozum jest sługą diabła i nie czyni nic ponad bluźnienie i obdzieranie z godności wszystkiego, co Bóg mówi i czyni” – pisał Luter.

W encyklice św. Jana Pawła II Fides et ratio (1998 r.) czytamy zaś, że

„wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy”.

W tym samym dokumencie święty papież odniósł się do ciągle aktualnego dzieła św. Tomasza z Akwinu:

„Zamiarem magisterium było – i nadal jest – ukazanie św. Tomasza jako autentycznego wzoru dla wszystkich poszukujących prawdy. W jego refleksji bowiem wymogi rozumu i moc wiary połączyły się w najbardziej wzniosłej syntezie, jaką kiedykolwiek wypracowała ludzka myśl, jako że potrafił on bronić radykalnie nowych treści przyniesionych przez Objawienie, nie łamiąc nigdy zasad, jakimi kieruje się rozum” (Fides et ratio, 78).

Tymczasem dla Marcina Lutra dzieło św. Tomasza z Akwinu było

„źródłem i fundamentem wszystkich herezji, błędem i odrzuceniem Ewangelii”.

Postponowanie przez Lutra rozumu jako pożytecznego narzędzia (w końcu rozum jest darem Bożym) w badaniach teologicznych, w połączeniu z głoszoną przez niego zasadą „sola scriptura”, w decydujący sposób przyczyniło się do sekularyzacji nauki w epoce nowożytnej.

Skoro po 1517 r. okazało się, że Pismo Święte może służyć do uzasadnienia całkiem odmiennych wniosków dotyczących wiary, moralności i życia społecznego (katolicy głosili jedno, protestanci drugie), to – jak zaczęli twierdzić niektórzy ludzie, poczynając od F. Bacona i B. Spinozy, a potem oświeceniowych encyklopedystów – może dla poznania naukowego należy znaleźć inny punkt wyjścia niż objawienie, co do którego i tak po 1517 r. nie ma zgody wśród Europejczyków.

Może takim punktem odniesienia powinien być rozum ludzki, oderwany zupełnie od jakiegokolwiek wpływu ponadnaturalnego? Do tego zaś swoich naśladowców przekonywał Luter i jego uczniowie, głosząc, że narzędzia poznania rozumowego w żaden sposób nie nadają się do teologii.

Stąd już krok do stwierdzenia, że poznanie rozumowe jest zastrzeżone tylko dla nauk nieteologicznych. Ostateczną zaś konsekwencją tego sposobu myślenia było stwierdzenie, że teologia nie jest nauką, bo nie posługuje się rozumem.

Odwołując się do cytowanego na początku Benedykta XVI, można powiedzieć, że to, co cechuje katolicyzm i wyrosłą wokół niego cywilizację, to dążenie do tworzenia „szczęśliwych syntez”, a więc łączenia wiary i łaski z uczynkami, Pisma Świętego i Tradycji, wiary i rozumu, Chrystusa i Kościoła.

Świętość – droga autentycznej reformy Kościoła

Hasło

„Ecclesia semper reformanda” („Kościół zawsze potrzebuje odnowy/reformy”)

ma dłuższą historię niż dzieje protestanckiej reformacji. O potrzebie reformy Kościoła „in capita et in membra” („w głowie i w członkach”) mówiono właściwie przez całe średniowiecze. Wezwanie to rozbrzmiewało w X i XI w. w dobie tzw. reform gregoriańskich. Słyszane było także w XIII w., w epoce św. Franciszka i św. Dominika. W XIV i XV w. o potrzebie takiej całościowej odnowy Kościoła, poczynając od pogrążonego w kryzysie papiestwa (rozłam na Rzym i Awinion), mówili wielcy święci: św. Katarzyna ze Sieny, św. Brygida czy św. Jan Kapistran.

Jednak za każdym razem było to wezwanie płynące z miłości pochylającej się nad chorą Matką (Matka Kościół), a wehikułem reformy była świętość; świętość twórców Cluny w X w., świętość papieża Grzegorza VII w XI w., świętość Biedaczyny z Asyżu itd.

Jakkolwiek by spoglądać na postać Marcina Lutra, jego droga była zupełnie inna. Czytając jego pisma – niejednokrotnie pełne obelg i wulgaryzmów – i patrząc na jego czyny, nie sposób nie odnieść wrażenia, że kierowała nim pycha, przekonanie o własnej nieomylności, której odmawiał Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła.

„Nawet aniołowie nie mają prawa sądzić mojej nauki”;

„to, czego nauczam, i to, co piszę, pozostaje prawdziwe, nawet gdyby cały świat miałby się o to rozbić” – mówił o sobie i swojej nauce twórca reformacji.

Ruch rozpoczęty przez Marcina Lutra z pewnością nie był ruchem zmierzającym do odnowy Kościoła, bowiem – o czym już pisaliśmy – odrzucano w nim samą zasadę Kościoła. Jednak w XVI w. rozpoczęła się autentyczna reforma Kościoła, której najważniejszym etapem był Sobór Trydencki (1545–1563).

„W obliczu kryzysu duchowego i eklezjalnego pierwszych lat szesnastego wieku Kościół potrafił odnaleźć w Trydencie odwagę, aby dochować wierności Tradycji Apostolskiej, zapał pochodzący z odnowionego dążenia do świętości, moc autentycznego zaangażowania duszpasterskiego, tak że nie będzie żadną przesadą stwierdzenie, że ten sobór wyznaczył i ukształtował całą epokę w dziejach Kościoła i ciągle – także dzisiaj – przynosi dobroczynne rezultaty”

– w ten sposób dzieło trydenckiej odnowy Kościoła w 1995 r. podsumowywał św. Jan Paweł II.

Jak zawsze w dziejach Kościoła powszechnego ta autentyczna reforma Kościoła powiązana była ze świętością, a nie z masowym łamaniem ślubów czystości, likwidowaniem zakonów, porzucaniem kapłaństwa oraz bezczeszczeniem świątyń.

Jej kolejne etapy wyznaczała świętość Ignacego Loyoli, Karola Boromeusza, Piotra Kanizjusza, Teresy z Ávili i wielu nieznanych z imienia świętych.

Święci to osoby, które potrafią dokonywać „szczęśliwych syntez” – wiary i rozumu, łaski i uczynków, a Chrystusa odnajdują w Jego Mistycznym Ciele, którym jest Kościół.

Grzegorz Kucharczyk

za: milujciesie.pl