G. K. Chesterton: Groźne piękno ascezy

0
137

W piśmie „The Humanist” pojawił się artykuł, podpisany pseudonimem Podróżnik. Artykuł zawiera głównie obelgi i wyzwiska pod adresem ascezy, autor wyjawia bowiem struchlałemu ludowi wstrząsającą prawdę o Szymonie Słupniku. Nawiasem mówiąc, to bardzo dziwne, że owi piewcy ludzkiej wolności, jeden za drugim, podążają zawsze tą samą utartą drogą. Telepie się po niej i Podróżnik, gniewnie przy tym urągając. Ilekroć czytamy napastliwy artykuł o ascezie, wystarczy przebiec tekst wzrokiem, a niezawodnie będzie tam Szymon Słupnik, podobnie jak w artykule o stosunku Kościoła do nauki musi jak amen w pacierzu pojawić się Galileusz. To drugie można jeszcze zrozumieć; bo rzeczywiście jest to praktycznie jedyny negatywny przykład, jaki autorzy zdołaliby wyszukać. Co innego asceza. W dziejach ruchów ascetycznych można znaleźć masę skrajności i dziwactw – a jednak w każdym artykule tylko słup Szymonowy wyrasta przed naszymi oczami, całkiem jakby on jeden stał na całej pustyni. Wyjaśnienie jest proste i oczywiste: mamy do czynienia ze światkiem dziennikarskim, znającym historię tylko w króciuteńkich wycinkach.

Asceta, męczennik, żołnierz – na takich ludzi patrzy się dziś krzywo. Ktoś, kto nie rozumie ich motywacji skupia się na tym, co straszne, i tylko ktoś, kto rozumie skupia się na tym, co bohaterskie. Pacyfista ciągle się oburza:

„Jak można twierdzić, że wojna jest heroiczna, skoro jest tak potworna, a ludzie idą na rzeź i cierpią z powodu obrzydliwych ran?”.

Na co patriota naturalnie odpowie:

„Twierdzę, że wojna jest heroiczna właśnie dlatego, że jest potworna, że ludzie idą na rzeź i odnoszą rany”.

I tak oto spór toczy się w nieskończoność. Na tej samej zasadzie ktoś może powiedzieć:

„Jak można uważać świętego Wawrzyńca za wspaniałą postać, skoro został usmażony żywcem na ruszcie? Bycie smażonym na ruszcie nie jest doświadczeniem ani radosnym, ani pięknym. Można je wręcz uznać za nieprzyjemne i mało atrakcyjne”.

Zaś ideowy przeciwnik, rzecz jasna, odpowie:

„I właśnie dlatego uważam, że święty Wawrzyniec był wspaniały”.

Dawni bardowie z grubą przesadą opisywali rzezie podczas bitew, aby ich herosi zdawali się bardziej bohaterscy; i dokładnie w tym celu dawni hagiografowie przesadzali, opisując prześladowania i umartwienia. Motywacja herosów, pustelników i świętych była dla odbiorców całkowicie czytelna. Lecz gdy tylko nastała nowa etyka, kwestionująca dawną, zjawili się ludzie, którzy umieli dostrzec jedynie potworność, nie widząc heroizmu. Gdy ideał religijny począł się rozmywać, usłyszeliśmy, jak neopoganie mówią o świętych na sposób Swinburne’a: „przerażająca i odstręczająca chwała”, „resztki po biczach i włosiennicach”.

Nie winię Podróżnika za to, że nie potrafi ujrzeć drugiej strony medalu; bo i skąd mógłby wiedzieć takie rzeczy? Nikt mu nigdy nie objaśnił najzupełniej racjonalnej, inteligentnej teorii, na której oparto szczególne powołanie ascetów. Nie zamierzam tu uzupełniać jego edukacji, bo wymagałoby to całej obszernej książki. Chcę tylko zwrócić uwagę na jeden aspekt sprawy. Otóż, asceza jest aktem wolności, być może w ogóle największym, jaki istnieje. Można podziwiać świętego Szymona, bo trwał na swym słupie, a można się przed tym wzdragać, ale jeśli był podziwiany, to wyłącznie dlatego, że w każdej chwili mógł zejść na ziemię. Patrząc na wszystkie te dziwne i przerażające rzeczy, jakie asceta potrafił robić sam sobie, ludzie uważali za najbardziej niesamowite, że robił to sobie sam. Jeśli nawet było to wariactwo, to w każdym razie wybrane świadomie przez wolnych ludzi. A czemu dokonali takiego właśnie wyboru – to już temat na zupełnie inną opowieść.

 


Eseje G.K. Chestertona publikowane były w latach 1920-1930.

Felieton ukazał się w tomiku “Obrona wiary”, Wyd. Fronda, 2012 rok.