G. K. Chesterton: Księga Hioba

0
1135

Księga Hioba (1) stanowi pośród innych ksiąg Starego Testamentu zarówno zagadkę filozoficzną, jak historyczną. Ponieważ interesuje nas zagadka filozoficzna, możemy zacząć od paru słów wyjaśnienia czy też ostrzeżenia, dotyczących aspektu historycznego. Od dawna już trwają dyskusje, które części tego dzieła należą do pierwotnej wersji, a które zostały dopisane znacznie później. Głowią się nad tym uczeni doktorowie, bo od tego są uczonymi doktorami; lecz generalnie biorąc badacze zawsze skłaniali się do tezy, że części dopisane, o ile w ogóle istnieją, ograniczają się do prologu i epilogu prozą oraz ewentualnie do przemowy młodego człowieka, który pod sam koniec pojawia się z apologią. Wiem, że nie jestem kompetentny, by rozstrzygać o tych kwestiach, lecz niezależnie od opinii czytelnika wypada tu przypomnieć pewną ogólniejszą prawdę. Otóż, kiedy mamy do czynienia ze starodawnym dziełem artystycznym nie powinniśmy zakładać, że stopniowy rozwój umniejsza jego wartość. Księga Hioba mogła powstawać powoli, tak jak Opactwo Westminsterskie. Ale ludzie, którzy tworzyli dawną ludową poezję, podobnie jak ludzie, którzy tworzyli Opactwo Westminsterskie, nie przywiązywali do ściśle określonej daty i ściśle określonego autora wagi tak wielkiej, jak ta, którą przywiązujemy dziś, a która stanowi produkt graniczącego z obłędem indywidualizmu naszych czasów. Zostawmy na razie casus Hioba, bo komplikuje go aspekt religijny, i weźmy taką chociażby Iliadę. Wielu ludzi przyswoiło sobie tę typową formułkę nowoczesnego sceptycyzmu, głoszącą, że Homer nie został napisany przez Homera, tylko przez kogoś innego o tym samym imieniu. Na tej samej zasadzie wielu ludzi utrzymuje, że Mojżesz nie był naprawdę Mojżeszem, tylko kimś innym, kto też nazywał się Mojżesz. Lecz co się tyczy Iliady, warto pamiętać, że jeśli zawiera ona wstawki, dodane przez innych poetów, nie było to wówczas czymś równie szokującym jak dziś, w naszych indywidualistycznych czasach. Tworzenie epiki plemiennej uważano do pewnego stopnia za obowiązek całego plemienia, porównywalny z budową plemiennej świątyni. Wierzcie zatem, jeśli chcecie, że prolog Hioba, epilog i mowa Elihu to elementy dodane po zakończeniu oryginalnego dzieła. Nie zakładajcie tylko, że mają one ten ewidentnie nieautentyczny charakter, jaki musiałyby mieć wstawki do współczesnej indywidualistycznej powieści. Nie traktujcie ich tak, jak byście potraktowali rozdział z książki George’a Mereditha (2), który w rzeczywistości został napisany przez kogoś innego, albo scenę w dramacie Ibsena, która – co ze zgrozą odkryliście – została podstępnie i przebiegle wkręcona przez pana Williama Archera (3). Pamiętajcie, że tamten dawny świat, który stworzył Iliadę i Księgę Hioba, wszystko co robił postrzegał jako tradycję. Człowiek w owych czasach mógł omalże przekazać poemat synowi, by go ukończył, jak przekazywał mu zasiane pole, by zebrał żniwo. To, co zwiemy homerycką jednością jest faktem albo nie. Iliada mogła zostać napisana przez jednego autora, a mogła i przez stu. Nie zapominajmy jednak, że w owych czasach więcej było jedności pośród stu ludzi niż dzisiaj w duszy jednego człowieka. Całe miasto potrafiło wówczas stawać jak jeden mąż. Dzisiaj niejeden mąż przypomina miasto w stanie wewnętrznej wojny.

Nie zagłębiając się zatem w kwestie autorstwa, ocenianego przez pryzmat nauki, możemy stwierdzić, wspominając o zagadce historycznej, że Księga stanowi spójną całość w takim znaczeniu, w jakim stanowi ją każde wybitne dzieło tradycyjne; w takim znaczeniu, w jakim katedra w Canterbury stanowi spójną całość. Generalnie dotyczy to również aspektu, który nazwałem zagadką filozoficzną. Księga Hioba w pewnym sensie wyróżnia się na tle pozostałych ksiąg, wchodzących w skład kanonu Starego Testamentu. Mylą się jednak ci, którzy twierdzą, że brak jest między nimi więzi, że Stary Testament stanowi tylko luźny zbiór tekstów, pozbawiony spójności i celu. Nic podobnego. Czy to za sprawą nadprzyrodzonej duchowej prawdy, czy stabilnej narodowej tradycji, czy może dzięki pomysłowej selekcji, dokonanej w późniejszych czasach, Stary Testament jest zauważalnie jednolity. Jeśli nie zdamy sobie z tego sprawy, próba zrozumienia Starego Testamentu będzie tak absurdalna, jak byłyby badania nad jedną ze sztuk Szekspira bez świadomości, że autor miał w ogóle jakiś cel filozoficzny. To zupełnie jakby czytać dzieje Hamleta, księcia duńskiego, w przekonaniu, że jest to autentyczna historia pewnego Wikinga z książęcego rodu. Taki czytelnik ani w ząb by nie pojął, że wszystkie rozterki Hamleta stanowią celowy zabieg artystyczny. Powiedziałby tylko: „Ale ten szekspirowski bohater guzdrze się z zabiciem swego wroga!”. I podobnie postępują dzisiejsi niszczyciele Biblii, którzy, tak się niefortunnie składa, w głębi serca zawsze są czcicielami Biblii. Nie rozumieją szczególnego tonu i intencji Starego Testamentu; nie widzą jego zasadniczej koncepcji, która głosi, że wszyscy ludzie stanowią tylko narzędzia siły wyższej.

Ci na przykład, którzy wzdragają się na okrucieństwa i zdrady popełniane przez sędziów i proroków Izraela, myślą w sposób, który naprawdę nie ma tu nic do rzeczy. Są nazbyt chrześcijańscy. Odczytują owe przedchrześcijańskie pisma przez pryzmat czysto chrześcijańskiej idei – idei świętych, idei, że Bóg działa w pierwszym rzędzie przez szczególnie dobrych ludzi. Jest to idea głębsza, śmielsza i ciekawsza niż dawna koncepcja żydowska. Wynika z niej, że w dobroci i prostocie tkwi jakaś niesamowita moc, która na dłuższą metę umie stwarzać i przetwarzać świat i jego imperia. Koncepcję Starego Testamentu można raczej nazwać zdroworosądkową. Głosi ona, że siła to siła, spryt to spryt, sukces doczesny to sukces doczesny, a Jehowa posługuje się nimi dla Swoich własnych ostatecznych celów, podobnie jak posługuje się żywiołami przyrody lub cechami świata materialnego. Używa siły bohatera identycznie jak siły mamuta – nie mając przy tym dla mamuta żadnych szczególnych względów. W głowie mi się nie mieści, że tylu prostolinijnych ateistów czytywało o oszustwie Jakuba nie pojmując, że człowiek, który to opisał (kimkolwiek był) wiedział równie dobrze jak my, że Jakub był fałszywym krętaczem. Najgłębsze ludzkie poczucie honoru nie podlega aż takim zmianom. Lecz owi prostolinijni ateiści, podobnie jak większość sceptyków współczesnych, to chrześcijanie. Wyobrażają sobie, że patriarcha z założenia miał być skarbnicą wszelakich cnót; sądzą, że Jakub był stawiany za wzór jako ktoś w rodzaju świętego; nie dziwota, że czują się z lekka jakby zaskoczeni. Ale nie taka jest atmosfera Starego Testamentu. Bohaterowie Starego Testamentu nie są dziećmi Bożymi, lecz Bożymi niewolnikami – ogromnymi i strasznymi niewolnikami, niczym dżinny, niewolnicy Aladyna.

W znacznej części Starego Testamentu centralne miejsce zajmuje idea, którą można by nazwać ideą samotności Boga. Bóg jest nie tylko główną postacią Starego Testamentu – Bóg jest właściwie postacią jedyną. Na tle Jego jasno wytyczonych celów każda inna wola zdaje się przyciężka i odruchowa, jak u zwierząt; na tle Jego niezmiennej obecności wszyscy zrodzeni z ciała przesuwają się jak cienie, aby zaraz zniknąć. Bezustannie powraca ta sama nuta. „Do kogo On się zwracał po radę i światło?” „Sam jeden wygniatałem winne grona do tłoczni, z narodów ani jednego nie było ze mną.” Wszyscy patriarchowie i prorocy stanowią zaledwie Jego narzędzia lub broń, którą się posługuje – bo Pan jest wojownikiem. Używa Jozuego jak topora lub Mojżesza jak miarki. Samson jest dla Niego tylko mieczem, a Izajasz trąbą. Święci chrześcijańscy z założenia mają upodabniać się do Boga, mają być, że tak powiem, Jego maleńkimi statuetkami. Postać ze Starego Testamentu z założenia jest nie bardziej podobna do Boga, niż piła czy młotek miałyby być podobne do cieśli. To jest główny klucz do hebrajskiego Pisma i jego najważniejsza charakterystyka jako całości.

Są w tym Piśmie niezliczone przykłady swoistego szorstkiego humoru, intensywnych uczuć i silnych indywidualności, gdyż nigdy ich nie brak w wielkiej prymitywnej epice i poezji. Tym niemniej, główna cecha pozostaje; poczucie, że Bóg nie tylko jest silniejszy niż człowiek, nie tylko bardziej nieodgadniony, lecz że Jego zamiary sięgają dalej, że lepiej wie co robi, że w porównaniu z Nim mamy w sobie coś z nietrwałości, bezrozumności i wędrowności bydląt, nie zostawiających śladu, kiedy giną. „Ten, co mieszka nad kręgiem ziemi, której mieszkańcy są jak szarańcza, On rozciągnął niebiosa jak tkaninę.” Moglibyśmy ująć to inaczej. Owa księga tak usilnie podkreśla osobowość Boga, że graniczy to z podkreślaniem bezosobowości człowieka. Póki ów olbrzymi kosmiczny mózg nie skieruje myśli na jakąś sprawę, sprawa ta jest niepewna i w zasadzie nieważna; człowiekowi brak mocy, aby zapewnić jej przetrwanie. „Jeśli domu sam Pan nie zbuduje, próżno człowiek o nim się frasuje. Jeśli miasta sam Pan strzec nie będzie, próżno czuwa straż po blankach wszędzie.”

W każdej innej swej części Stary Testament upaja się i delektuje ową nicością człowieka wobec Boskich celów. Księga Hioba wyróżnia się zdecydowanie, gdyż ona jedna pyta: „No dobrze, ale co jest Boskim celem?”. Czy ów cel jest wart, by poświęcać dla niego nawet tę naszą nędzną ludzkość? Oczywiście, łatwo zetrzeć na proch nieistotną ludzką wolę; niech się dzieje wola nieba, wspanialsza i łaskawsza. Ale czy ta wola jest naprawdę wspanialsza i łaskawsza? Niechaj Pan Bóg używa Swych narzędzi; niechaj je łamie. Ale co On właściwie nimi robi i w jakim celu zostały złamane? I to właśnie za sprawą tego pytania widzimy zagadkę filozoficzną jako podstawową zagadkę Księgi Hioba.

Toteż jest to najbardziej interesująca ze starożytnych ksiąg; a nawet i te słowa nie oddają całego jej obecnego znaczenia. Moglibyśmy omalże powiedzieć, że Księga Hioba to najbardziej interesująca z książek współczesnych. Lecz w gruncie rzeczy żadne z tych twierdzeń nie zawiera pełnej prawdy, gdyż zarówno fundamentalna ludzka religia, jak i fundamentalna ludzka bezbożność są zarazem nowe i stare; filozofia albo jest wieczna, albo nie jest filozofią. Współczesny zwyczaj mówienia: „Takie mam zdanie, ale mogę się mylić” to zwyczaj kompletnie irracjonalny. Skoro mówię, że mogę się mylić, to znaczy, że nie mam zdania. Inny współczesny zwyczaj polega na mówieniu: „Ludzie mają różne światopoglądy religijne; to jest mój światopogląd, bo pasuje do mnie i dobrze mi z nim”. Oto bezmyślność w postaci czystej. Światopogląd na skalę kosmosu budujemy nie po to, by do nas pasował, ale by pasował do świata. Człowiek tak samo nie może posiadać prywatnej religii, jak prywatnego słońca i księżyca.

Pierwszy z intelektualnych uroków Księgi Hioba polega na tym, że cała jest przejęta gorącym pragnieniem, by poznać prawdę; rzeczywistą prawdę, nie tylko pozór. Gdyby tę Księgę napisali ludzie nowocześni, odkrylibyśmy pewnie, że Hiob i jego pocieszyciele całkiem nieźle się dogadują, a to za sprawą prostego zabiegu: wszystkie różnice przypisaliby różnicom usposobienia, stwierdzając, że pocieszyciele są z natury „optymistami”, a Hiob z natury „pesymistą”. I jak to nieraz z ludźmi bywa, przez pewien czas czuliby się wygodnie, w przyjemnej zgodzie mówiąc coś, co ewidentnie mija się z prawdą. Jeśli bowiem słowo „pesymista” posiada w ogóle jakieś znaczenie, Hiob absolutnie nie jest pesymistą. Jego przypadek sam jeden starczy, by dowieść, jak absurdalne są współczesne usiłowania, aby wszystko, co się da położyć na karb wrodzonych cech charakteru. Hiob wcale nie patrzy na życie posępnie. Jeśli pragnienie szczęścia i gotowość do radości stanowią cechy optymisty, Hiob jest optymistą; jest optymistą oburzonym i ciężko obrażonym. Chce, by wszechświat usprawiedliwił się przed nim – nie dlatego, aby zamierzał przyłapać wszechświat na błędzie, lecz dlatego, że bardzo pragnie poznać usprawiedliwienie. Żąda od Pana Boga, by się wytłumaczył, ale bynajmniej nie w takim duchu, w jakim Hampden (4) mógłby tego żądać od Karola I, lecz tak jak żona mogłaby się domagać tłumaczeń od męża, którego szczerze szanuje. Ostro napomina swego Stwórcę, bo jest z Niego dumny. Mówi nawet o Wszechmocnym jako o wrogu, ale w głębi ducha ani przez moment nie wątpi, że ów wróg kieruje się jakimiś racjami, których on sam nie rozumie. Rzuca subtelne i słynne bluźnierstwo: „O, żeby tak mój wróg napisał wyjaśnienie!”. Nie przejdzie mu nawet przez myśl, że to wyjaśnienie mogłoby się okazać nieprzekonujące. Z całej duszy chce zostać przekonany – innymi słowy, myśli, że Pan Bóg, gdyby tylko zechciał, potrafi łby go przekonać. Reasumując, możemy powtórzyć, że jeśli słowo „optymista” w ogóle coś znaczy (w co wątpię), Hiob jest optymistą. Targa słupami, wspierającymi świat, i obłąkańczo wali pięściami w sklepienie niebios; smaga batem gwiazdy, ale nie żeby je uciszyć, lecz żeby zmusić je do mówienia.

W taki sam sposób należy podejść do tych oficjalnych optymistów, pocieszycieli Hioba. I znów, jeśli słowo „pesymista” znaczy cokolwiek (w co wątpię), pocieszyciele Hioba są raczej pesymistami niż optymistami. W gruncie rzeczy wcale nie wierzą, że Bóg jest dobry; uważają tylko, że jest tak mocny, że dużo roztropniej nazywać go dobrym. Przesadziłbym może z krytyką, twierdząc, że są ewolucjonistami, niemniej tkwi w nich coś z zasadniczego błędu ewolucyjnych optymistów. Na okrągło powtarzają, że każdy element we wszechświecie jest dostosowany do reszty; zaiste, a to ci dopiero pociecha, że cała mnogość paskudnych rzeczy pasuje do siebie nawzajem. Wkrótce ujrzymy, w jaki sposób Bóg w kulminacyjnym punkcie utworu stawia ten argument na głowie.

Kiedy sam Pan Bóg (cokolwiek niespodzianie) wkracza pod koniec poematu, dzieło osiąga nieoczekiwany i wspaniały wymiar, który czyni je wielkim. Od początku opowieści wszystkie ludzkie istoty, a zwłaszcza Hiob, zadawały pytania na temat Boga. Pospolitszy poeta opisałby Boga wkraczającego po to, by w taki czy inny sposób udzielić odpowiedzi. Za sprawą prawdziwie natchnionej twórczej koncepcji okazuje się, że gdy Bóg się pojawia, to tylko po to, by zadać jeszcze więcej pytań na Swój własny temat. W owym dramacie sceptycyzmu sam Pan Bóg przybiera postawę sceptyka. I czyni to, co zawsze czynili wielcy obrońcy religii, na przykład Sokrates. Obraca racjonalizm przeciw niemu samemu. Zupełnie jakby chciał nam pokazać, że kiedy już przychodzi do zadawania pytań, On potrafi zadać takie, które przyćmią i strywializują wszystkie pytania, jakie zdoła wymyślić człowiek. Poeta, przejawiając wyborną intuicję, ukazuje Boga, akceptującego z ironią coś w rodzaju polemicznej równości ze Swymi oskarżycielami. Bóg chce traktować dyskusję jak równorzędny intelektualny pojedynek: „Przepasz no biodra jak mocarz! Będę cię pytał – pouczysz Mnie”. Wiekuisty przybiera postawę pełną olbrzymiej, sardonicznej pokory. Nie ma nic przeciw temu, by go oskarżano. Żąda jedynie prawa przysługującego każdemu oskarżonemu; chce wziąć w krzyżowy ogień pytań świadka oskarżenia. Ba, doprowadza tę prawną paralelę jeszcze dalej. Zasadniczo bowiem pierwsze pytanie, które zadaje Hiobowi, jest pytaniem, które jak najbardziej miałby prawo zadać każdy oskarżany przez Hioba przestępca. Pyta, kim Hiob jest. Zaś Hiob, jako człowiek uczciwy i myślący, zastanawia się nad tym i dochodzi do wniosku, że nie wie.

Oto pierwszy kapitalny fakt, związany z przemową Boga. Wszyscy ludzcy sceptycy zostają zapędzeni w kozi róg przez wyższy gatunek sceptycyzmu. Ta właśnie metoda, stosowana czasem przez najtęższe, a czasem przez poślednie umysły stała się odtąd logicznym orężem prawdziwych mistyków. Sokrates, jak już powiedziałem, posłużył się nią, kiedy stwierdził, że starczy odpowiednia ilość sofistyki, by zniszczyć każdego sofistę. Jezus Chrystus użył jej, kiedy przypomniał saduceuszom – którzy nie rozumieli, na czym będzie polegało małżeństwo w niebie – że skoro o tym mowa, nie rozumieją, na czym w ogóle polega małżeństwo. Kiedy w XVIII wieku załamała się chrześcijańska teologia, Butler (5) użył tej metody, by wykazać, że argumenty racjonalistów mogą zostać użyte do podważenie religii mętnej tak samo jak doktrynalnej, i etyki racjonalistycznej tak samo jak chrześcijańskiej. Stąd właśnie bierze się fakt, że ludzie mający wiarę religijną mają też filozoficzne wątpliwości, jak kardynał Newman (6), pan Balfour (7) czy pan Mallock (8). Ale to tylko małe strumyki z ujścia rzeki; księga Hioba to pierwszy wielki wodospad, od którego rzeka bierze początek. Toteż kiedy stykamy się z zadufanym i pewnym siebie siewcą wątpliwości, nie należy go namawiać, by przestał wątpić; to nie jest skuteczna metoda. Skuteczna metoda polega raczej na zachęcaniu, by wątpił dalej, by wątpił coraz bardziej, by co dzień zaczynał wątpić w coraz to nowe i coraz dziwniejsze elementy wszechświata, aż w końcu, w nagłym przebłysku oświecenia, być może zwątpi w siebie.

Na tym polega pierwszy fakt, związany z tą przemową; na subtelnym natchnieniu, dzięki któremu Pan Bóg pojawia się w finale nie po to, by rozwiązać zagadki, lecz by je mnożyć. Drugim takim faktem, również nadającym poematowi charakter religijny, nie zaś tylko filozoficzny, jest owo ogromne zaskoczenie, które sprawia, że Hiob czuje się nagle usatysfakcjonowany wyłącznie dlatego, że ukazano mu coś niepojętego. Przemowa Boga, werbalnie biorąc, jest znacznie bardziej enigmatyczna i nieprzenikniona niż pytania dręczące Hioba; a jednak Hiob, dotychczas nieukojony, osiąga ukojenie. Niczego się nie dowiedział, lecz czuje przejmującą do szpiku kości, ekscytującą atmosferę czegoś, co jest zbyt dobre, by dało się wysłowić. Pan Bóg odmówił wyjawienia Swych planów, co samo w sobie, niczym ognisty znak, wskazuje, że posiada plany. Zagadki Boga dają więcej satysfakcji niż rozwiązania człowieka.

Po trzecie, oczywiście, mamy kapitalny przebłysk intuicji: Pan Bóg karci zarówno tego, kto go oskarżał, jak tego, kto go bronił; jednym młotem powala pesymistów i optymistów. I w tym właśnie punkcie Pan Bóg, jak wspomniałem, dokonuje jeszcze głębszej i subtelniejszej inwersji, odwracając na opak argument, używany przez mechanicznych, powierzchownych pocieszycieli Hioba. Mechaniczny optymista usiłuje usprawiedliwić wszechświat głosząc, że wszechświat to racjonalny, sprawny schemat, a najlepsze w nim jest to, że wszystko da się wyjaśnić. Zaś Pan Bóg słyszy to i grzmi, ciskając słowa tak klarowne, że niemal brutalne. Jasno z nich wynika, że jeśli coś we wszechświecie można uznać za najlepsze, w zakresie obejmującym ludzi, to właśnie to, że wszechświat nie poddaje się wyjaśnieniom. Pan Bóg z naciskiem podkreśla niemożność zrozumienia wszystkiego, co nas otacza: „Czy deszcz także ma ojca?… Z czyjego łona lód wyszedł?”. Posuwa się dalej i podkreśla jawną i bijącą w oczy nieracjonalność porządku świata: „Kto kopał kanały ulewie lub drogę chmurze ze grzmotem, by padał deszcz na pustkowiu, w pustyni zupełnie bezludnej?”. Bóg zmusza człowieka, by ujrzał stworzone przezeń dzieło, choćby nawet na czarnym tle nieistnienia. Otwiera Hiobowi oczy na zaskakujący wszechświat, choćby nawet musiał mu w tym celu pokazać wszechświat idiotyczny. Aby zbić człowieka z tropu, Pan Bóg na chwilę staje się bluźniercą, omalże ateistą. Roztacza przed Hiobem rozległą panoramę stworzeń; ukazuje mu konia, orła, kruka, dzikiego osła, pawia, strusia, krokodyla, i tak opisuje każde z nich, że brzmi to, jakby opisywał niestworzone monstra. Wszystko razem łączy się w rodzaj psalmu czy rapsodu na temat poczucia zadziwienia. Stwórca wszechrzeczy zdumiewa się istotami, które sam stworzył.

I to jest trzeci mocny punkt poematu. Hiob wysuwa znak zapytania; Bóg odpowiada wykrzyknikiem. Zamiast dowieść Hiobowi, że świat jest wytłumaczalny, wskazuje, że świat jest o wiele dziwniejszy, niż Hiob sobie wyobrażał. I wreszcie, poeta, z ową nieuświadomioną artystyczną precyzją, typową dla prostej epiki, osiąga też inny cel, pełen znacznie większej finezji. Nie czyniąc najmniejszego wyłomu w nieugiętej niepoznawalności, jaką Jehowa celowo się otacza, poeta zdołał tu i ówdzie, w rozsianych metaforach, w dyskretnych niuansach na skraju uwagi, przekazać nieoczekiwane i wspaniałe sugestie, że tajemnica Boga jest radosna, a nie smutna – sugestie na pół przypadkowe, niczym światło przebłyskujące momentami przez szczelinę w zamkniętych drzwiach. Od strony czysto poetyckiej aż trudno nachwalić tę instynktowną, lotną lekkość, z jaką owe optymistyczne konkluzje wymykają się z innych kontekstów, zupełnie jakby sam Wszechmocny nie do końca zdawał sobie sprawę, że padają z Jego ust. Weźmy na przykład ów słynny fragment, w którym Jehowa z miażdżącym sarkazmem pyta Hioba, gdzie był, kiedy kładziono fundamenty ziemi, a potem (jakby mimochodem ustalając datę) wspomina czas, gdy synowie Boży z radości śmiali się na całe gardło. Nie można oprzeć się wrażeniu, nawet na podstawie tej skąpej informacji, że mieli dobry powód, by się radować. Albo znów kiedy Pan Bóg wymienia śnieg i grad w zwyczajnym katalogu zjawisk materialnego kosmosu, mówi o nich jak o skarbie, który odkłada na dzień bitwy – i jest w tym nawiązanie do jakiegoś kolosalnego Armageddonu, kiedy zło zostanie w końcu obalone.

Artystycznie rzecz biorąc, trudno o coś lepszego niż ten optymizm, przebijający przez agnostycyzm jak ogniste złoto słoneczne na skraju czarnej chmury. Ludzie, którzy patrzą powierzchownie, dostrzegając tylko barbarzyński rodowód poematu, mogą uważać za wydumane, że przywiązuję tyle wagi do przypadkowych porównań czy zwrotów. Ale człowiek dobrze obeznany ze wspaniałymi przykładami na pół barbarzyńskiej poezji, ze starymi balladami czy Pieśnią o Rolandzie, nie popełni tego błędu. Ten, kto wie, czym jest prymitywna poezja, musi też wiedzieć, że podczas gdy jej świadoma forma jest prosta, niektóre z jej głębszych efektów są finezyjne. Iliada przekazuje nam wrażenie, że jest w Hektorze i Sarpedonie pewna smętna, rycerska rezygnacja, nie dość gorzka, by nazwać ją pesymizmem i nie dość pogodna, by nazwać ją optymizmem. Homer nigdy nie zdołałby ująć tego w uczone słowa. A jednak zdołał to ująć w słowa proste. Pieśń o Rolandzie przekazuje przesłanie, że chrześcijaństwo narzuca swoim bohaterom pewien paradoks; głęboka pokora w odniesieniu do własnych grzechów łączy się z nieugiętą bojowością w sferze idei. Oczywiście Pieśń nie umiałaby tego wprost powiedzieć; ale skutecznie to wyraża. Tak też i Księga Hioba, co należy jej przyznać, zawiera wiele subtelnych efektów, które płyną z duszy autora, choć niekoniecznie z umysłu. A najważniejszy z nich nie został tu jeszcze wspomniany. Nie wiem, i wątpię, aby wiedzieli uczeni, czy i jaki wpływ wywarła Księga Hioba na późniejszy rozwój myśli żydowskiej. Jeśli jednak w ogóle jakiś wpływ wywarła, niewykluczone, że ocaliła ją przed katastrofalną zapaścią i degeneracją. W Księdze tej pada bowiem pytanie, czy Bóg nieodmiennie karze nieprawość za pomocą doczesnej kary i nagradza cnotę doczesną pomyślnością. Gdyby Żydzi odpowiedzieli błędnie, mogliby stracić cały swój dalszy wpływ na ludzkie dzieje. Ba, mogliby nawet upaść na takie dno intelektualne, jak współczesne oświecone społeczeństwo. Kiedy bowiem ludzie raz zaczną myśleć, że pomyślność stanowi nagrodę za dobro, następna klęska jest już ewidentna. Skoro materialna pomyślność to nagroda za dobro, widoczną oznakę dobra stanowi materialna pomyślność. Można więc porzucić ciężki trud, jakim jest zapewnianie sukcesu dobrym ludziom, i wziąć się za coś łatwiejszego, czyli zapewnianie ludzi sukcesu, że są dobrzy. Oto, co stało się z dzisiejszą komercją i dzisiejszym dziennikarstwem. Oto fi nał i Nemezis niegodziwego optymizmu, typowego dla pocieszycieli Hioba. Na ile Żydzi mogli zostać przed tym ocaleni, ocaliła ich ta właśnie Księga.

Jak od początku podkreślam, Księga Hioba jest godna uwagi przede wszystkim dlatego, że nie kończy się w sposób konwencjonalnie zadowalający. Hiob nie dowiaduje się, że nieszczęścia, które nań spadły są skutkiem jego grzechów albo częścią planu, mającego na celu jego moralne udoskonalenie. W prologu widzimy Hioba poddanego udrękom nie dlatego, że był najgorszym z ludzi, ale dlatego, że był najlepszym. Z całego poematu płynie lekcja, że najwięcej pociechy człowiek czerpie z paradoksów; i wedle wszelkich ludzkich świadectw, właśnie paradoks najmocniej podtrzymuje nas na duchu. Nie muszę tu sugerować, że ów paradoks najlepszego człowieka w najgorszym położeniu miał jeszcze przed sobą podniosłą i przedziwną przyszłość. Nie muszę mówić, że w najswobodniejszym i najbardziej filozoficznym sensie jedna postać w Starym Testamencie naprawdę była typem i zapowiedzią; i nie muszę tłumaczyć, co zostało zapowiedziane w ranach Hioba.

  1. Cytaty biblijne pochodzą z Biblii Tysiąclecia, wydanie z 1990 r., z wyjątkiem cytatu z Księgi Hioba 31,35. Fragment Psalmu 127 w tłumaczeniu Jana Kochanowskiego.
  2. George Meredith (1828-1909) – poeta i skandalizujący pisarz
  3. William Archer (1856-1924) – krytyk literacki, znawca i miłośnik Ibsena, którego tłumaczył na angielski.
  4. John Hampden (ok. 1595-1643) był jednym z przywódców buntu Parlamentu przeciw królowi Karolowi I.
  5. Joseph Butler (1692-1752) – biskup, autor prac teologicznych.
  6. Bł. John Henry Newman (1801-90) – był konwertytą na katolicyzm, kardynałem i pisarzem.
  7. Artur Balfour (1848-1930) – znany głównie jako polityk, także autor książek poświęconych rozważaniom nad filozofią i religią.
  8. William Mallock (1849-1923) – pisywał eseje i książki

Eseje G.K. Chestertona publikowane były w latach 1920-1930.

Felieton ukazał się w tomiku “Obrona wiary”, Wyd. Fronda, 2012 rok.