G. K. Chesterton: O kaznodziejach

0
118

Żaden dziennikarz się nie uskarża, kiedy z dziennikarskiej konieczności ktoś mu zmieni tytuł publikacji, zwłaszcza dokonując skrótu. Gdybym wymyślił sobie, że mój artykuł ma być zatytułowany: „Studia nad warunkami życia w cywilizacji minojskiej w epoce heroicznej ze szczególnym uwzględnieniem gospodarczej i społecznej roli kobiet przed i po domniemanej dacie wyprawy Argiwów przeciw Troi” – gdybym dał artykułowi taki zgrabny tytulik, naprawdę nie miałbym prawa się żalić, ujrzawszy następnie me dzieło w „Sensacjach Chicagowskich” (dokąd sam je wysłałem) opatrzone nagłówkiem: „Jak Helena Trojańska prowadziła dom”. Także w mniej skrajnych wypadkach skrót bywa często nieunikniony, zwłaszcza gdy tekst napisany dla statecznych czytelników książek trzeba w trymiga i na kolanie przerobić dla niecierpliwych czytelników gazet. Lecz nawet nieszkodliwa zmiana potrafi być intelektualnie frapująca.

Na przykład, pewna gazeta poprosiła mnie jakiś czas temu, żebym napisał esej z dziedziny etyki na temat: „Gdybym mógł wygłosić tylko jedno kazanie”. Kiedy naturalną koleją rzeczy esej trafi ł do druku, ukazał się pod tytułem: „Gdybym był kaznodzieją”. Nie żebym się skarżył; skrót został ewidentnie wymuszony przez brak miejsca. Jednak sens obu tytułów jest inny.

Tytuł „Gdybym mógł wygłosić tylko jedno kazanie” roztacza wizję słodką i upojną – ukazuje mnie zakneblowanego przez większą część życia, bo tylko w ten sposób dałoby mi się zatkać gębę. Byłby to prawdziwy błogostan dla ludzkości, gdybym nie odzywał się wcale przez dwadzieścia lub trzydzieści lat; stąd już tylko krok do cudownej utopii, w której urodziłbym się głuchoniemy. Lecz założenie jest takie, że raz, i tylko raz, knebel zostaje mi wyjęty i przez krótką chwilę mogę się podzielić refleksjami milczącego żywota. Ponieważ tak właśnie to zrozumiałem, zaatakowałem coś, co – jak wynika z moich doświadczeń z rodzajem ludzkim – stanowi groźbę największą: egoizm i pychę. Jeśli dano by mi tylko moment, aby wykrzyczeć jedno jedyne ostrzeżenie, wykrzyczałbym to właśnie, a potem na zawsze mógłbym zamilknąć.

Lecz „Gdybym był kaznodzieją” to całkiem inna wizja. Nie jest to kojący obraz, który ukazuje, jak siedzę bezpiecznie zakneblowany i czekam na swoje pięć minut, lecz nieprzyjemny, złowieszczy obraz, na którym widać, jak stanąłem na ambonie i rozkręcam się na całego, z kaznodziejskim zapałem perorując ile dusza zapragnie w ramach czynności zawodowych. Zamiast krótkiej, ożywczej irytacji, wywołanej moją jedyną przemową, budzę w ludziach rozpacz, bo widzą przed sobą nieskończoną, ginącą w oddali perspektywę moich kolejnych mów. A przede wszystkim zmienia to zupełnie mój własny stosunek do sprawy.

Nie streszczam w jednym tekście i jednym kazaniu tego, co naprawdę mam do powiedzenia, lecz, jak przystało na kaznodzieję, przetrząsam Biblię w poszukiwaniu coraz to nowych tekstów i drążę umysł w poszukiwaniu coraz to nowych kazań.

I choć wiele bzdur powiedziano o nadmiernym autorytecie kaznodziejów (który nie jest przynajmniej tak bezsensowny, jak autorytet anonimowych dziennikarzy), nie ulega wątpliwości, że pod pewnym względem kaznodzieja jest w korzystnym położeniu, a raczej, że wierni są w położeniu niekorzystnym. Na pewno świetnie by wyglądało, gdyby szeregi wiernych topniały w oczach w miarę jak kazanie ciurka powolutku między „Po Czterdzieste” a „Po Pięćdziesiąte”, ale w rzeczywistości nie zdarza się, żeby ludzie całymi grupami wstawali z ławek, ziewając ostentacyjnie i wychodząc z kościoła, by wyrazić swój brak entuzjazmu. Najdobitniej chyba zaprotestował ktoś, kto ściągnął buty i postawił je obok ławki, dając do zrozumienia, że dość już usłyszał i teraz pora się zdrzemnąć. Lecz tacy bohaterscy humoryści trafiają się rzadko. Szacunek czy konwenans trzyma wiernych w ryzach, i w tym znaczeniu każdy, chcąc nie chcąc, musi wysłuchać kazania. Za to nikt, kto nie ma ochoty nie musi czytać mojego artykułu i nie wyobrażam sobie, żeby to uczynił.

Kaznodzieja, jak każdy, otrzymuje praktyczne rady. I, jak każdy, zazwyczaj otrzymuje rady złe. Słyszy na przykład, że powinien się wystrzegać „nudnych dogmatów”. Nigdy nie zdołałem odkryć, co miał na myśli pewien znamienity dziennikarz, kiedy oznajmił, że modlitwa nie ma nic wspólnego ani z religią, ani z dogmatami. Dodał, że agnostyk też może się modlić. Tylko czekałem, aż zacznie domagać się tego prawa dla ateistów. Co miał na myśli, nie wiem do dziś. Każdy ateista, każdy racjonalnie myślący racjonalista z miejsca zauważy ewidentny fakt, że modlitwa zależy od paru nader konkretnych dogmatów. Po pierwsze, zakładamy, że istnieje jakiś niewidzialny byt, mogący wysłuchać naszych słów, choć nie zostały one przekazane materialnymi środkami łączności – a takie założenie jest dogmatem. Po drugie, zakładamy, że ów byt ma do nas stosunek życzliwy, a nie wrogi – co jest następnym dogmatem. I po trzecie, byt ten nie jest ograniczony logiką istniejących związków przyczynowych, lecz potrafi w te związki ingerować w reakcji na nasze prośby – a to już jest dogmatem kolosalnym i potężnym. Lecz napomykam o tym jedynie na marginesie, bo tak wygląda najczęstsza błędna rada, udzielana kaznodziejom. Kapłan idący za tą radą powinien odsunąć na bok systemy religijne i mówić spontanicznie, z serca albo (jeśli ma po temu warunki osobiste) z głowy. Doradcy chyba nie zdają sobie sprawy, że w ich oczach kapłan czy kaznodzieja jest personą dużo ważniejszą niż był w poprzednich stuleciach. Żądają od niego geniuszu i oryginalności, których próżno by oczekiwać od poszczególnych osób, wykonujących dowolny inny zawód. Nieszczęsny ksiądz w zwykłej parafii, zamiast nauczać tego, czego sam się nauczył, czyli określonego systemu myśli religijnej, powinien własnym sumptem przekształcić się w połączenie Savonaroli, Swedenborga i zawodowego hipnotyzera. Lecz nie każdy rodzi się hipnotyzerem, autorem prozy poetyckiej lub charyzmatycznym przywódcą. Każdy za to potrafi objaśnić sensowny system religii i moralności, jeśli taki system poznał.

W rzeczywistości tylko religia i dogmaty sprawiają, że kazanie da się wytrzymać. System myśli może zostać objaśniony przez dowolnego myślącego człowieka, co nie znaczy, że ów człowiek jest myślicielem. W bardzo podobnej sytuacji znajdują się lekarze. Nie oczekujemy od rodzinnego doktora, aby był geniuszem w rodzaju Pasteura, Listera czy innego wielkiego odkrywcy. Chcemy tylko, żeby znał system, którego go nauczono – wiarę i dogmaty akceptowane przez medyczną profesję. Doradzać kaznodziei, żeby dał sobie spokój z teologią i oddziaływał za pomocą swej osobowości, to jak doradzać lekarzowi, żeby machnął ręką na fizjologię i poprzestał na hipnotyzowaniu pacjenta lśniącymi, skupionymi oczami.

 


Eseje G.K. Chestertona publikowane były w latach 1920-1930.

Felieton ukazał się w tomiku “Obrona wiary”, Wyd. Fronda, 2012 rok.