Polityka ekologiczna Unii Europejskiej, interwencjonizm rządowy, nadmierny fiskalizm i państwowe transfery socjalne => Wzrost cen.

0
221

Tomasz Cukiernik

Coraz częściej wchodząc do sklepu i patrząc na ceny sprzedawanych produktów, robimy wielkie oczy. Tak wielkich podwyżek niemal wszystkiego nie było od dawna. Zwykły chleb pszenny podrożał w krótkim czasie o co najmniej złotówkę. Cena mąki w ciągu roku zwiększyła się o 9,2 proc., a cukru – o niemal 15 proc.

  O kilka procent zdrożało też mięso. Jeszcze 2-3 miesiące temu najdroższa szynka bez konserwantów kosztowała 40 zł/kg, a teraz już 50 zł/kg.

  Wzrost cen warzyw (kapusta – 500 proc.!, pietruszka – 150 proc., cebula, ziemniaki, marchewka) i owoców (czereśnie, poziomki) tłumaczony jest głównie suszą.   Danie dnia w jednym z barów jeszcze rok temu kosztowało 15 zł, a teraz już 18 zł.

  W porównaniu z poprzednim sezonem cena lodów włoskich w Parku Śląskim w Chorzowie skoczyła z 5 zł do 6,5 zł. To wzrost o 30 proc.

  Według danych GUS, w kwietniu 2019 roku w porównaniu z kwietniem 2018 roku ceny żywności wzrosły o 3,3 proc. Konsumentom wydaje się jednak, że ten współczynnik jest mocno niedoszacowany.

Drożeją też usługi

Pół roku temu wymiana opon z letnich na zimowe kosztowała w jednym z serwisów 50 zł, podczas gdy teraz wymiana opon z zimowych na letnie w tym samym warsztacie to już wydatek 60 zł. To 20-procentowy wzrost.

  – Czy wymiana opon nadal kosztuje 50 zł, jak na jesieni? – pytam właściciela jednego z serwisów na Śląsku.

Nie. 60 zł.

Skąd ten wzrost?

No wie Pan: wszystko drożeje – woda, prąd. Pracownicy też chcą więcej zarabiać – tłumaczy przedsiębiorca.

  W całej Polsce drożeją też usługi komunalne. Nie tylko woda, ale przede wszystkim wywóz odpadów. Przyczyn tego stanu rzeczy jest całe mnóstwo, ale w skrócie można wskazać dwa czynniki. Po pierwsze jest to efekt nieudolnego wdrażania przez polskie władze unijnej polityki wymuszającej określone poziomy recyklingu, co m.in. doprowadziło do likwidacji konkurencji na rynku. Po drugie: niedostosowanie przepisów do problemu rosnącej góry odpadów. Przepisy de facto blokują budowę nowych spalarni i ograniczają możliwość spalania śmieci w energetyce, co wręcz uniemożliwia racjonalne zagospodarowanie nadwyżki odpadów.

  – Na podwyższenie opłaty śmieciowej ma wpływ UE w takim zakresie, że nałożyła na Polskę konieczność osiągnięcia poziomu 50 proc. segregacji odpadów do 2020 roku – mówi Łukasz Chrząszcz, radny Wodzisławia Śląskiego. – Drogę do tego celu zostawiła jednak rządowi. Co zrobił polski rząd? Scentralizował podpisywanie umów na wywóz śmieci i podwyższył opłatę marszałkowską. Opłata jak każda inna została od razu przeniesiona na odbiorcę końcowego, czyli mieszkańca.

Żniwo zebrała też centralizacja. Rok przed wejściem w życie ustawy w miastach działało po kilka firm śmieciowych. Walczyły o klienta, konkurowały ceną, usługami. Każda spółdzielnia, wspólnota czy firma mogła podpisać umowę z wybraną przez siebie firmą. Potem weszła ustawa, która podpisanie umowy na wywóz śmieci przeniosła na samorząd. Samorządy zaimplementowały ją na zasadzie „jedna gmina – jedna firma” – wyjaśnia radny.

  W rezultacie w Przemyślu opłata za odbiór śmieci segregowanych wzrosła z 11 zł do 14 zł, a niesegregowanych – z 17 zł do 20 zł od osoby. W Tarnobrzegu władze podniosły opłaty z 9 zł do 18 zł w przypadku odpadów segregowanych i z 13 zł do 26 zł w przypadku zmieszanych. W Józefowie od 1 kwietnia stawka opłaty za śmieci segregowane wzrosła o 142 proc., a za zmieszane – o 152 proc. Rekord pobiły jednak podwarszawskie Marki, gdzie ceny te wzrosły aż o 400 proc.

  – Po raz pierwszy widzę, jak mocno w ludzi uderzyły te podwyżki. Ludzie o tym rozmawiają, bo naprawdę to odczuwają – mówi Paweł Walo, wiceprezydent Otwocka, gdzie opłatę za odbiór śmieci posegregowanych zwiększono z 16 zł do 31,5 zł, a niesegregowanych z 27 zł do 63 zł.

  Szczególnie niebezpieczne są podwyżki cen energii elektrycznej i paliw, bo te przekładają się na wzrosty cen niemal wszystkich produktów i usług. Do podniesienia cen na stacjach benzynowych przyczyniły się nie tylko wzrosty cen ropy naftowej na rynkach światowych, co ma miejsce od grudnia 2018 roku, ale także tzw. opłata emisyjna, wprowadzona przez polskie władze od 1 stycznia br. Możemy się też spodziewać dalszych podwyżek cen energii elektrycznej, co będzie rezultatem wdrażania unijnego pakietu energetyczno -klimatycznego.  Chodzi głównie o kwestię przymusowego inwestowania w drogą energetykę ze źródeł odnawialnych oraz konieczność zakupu uprawnień do emisji dwutlenku węgla do atmosfery. [Coraz droższych ! Kto na tym zarabia ?? – przyp. red.]

   Do tego dokłada się interwencjonizm rządowy na rynku energetycznym, którego celem miało być powstrzymanie podwyżek. Jednak jak na razie wyszedł z tego chaos, co tylko pogarsza sytuację. W efekcie gminy i spółki komunalne już otrzymują wyższe rachunki za energię elektryczną. Na przykład władze Łodzi wyliczyły, że w tym roku energia elektryczna będzie je kosztowała 12 mln zł więcej, a miejskie spółki zapłacą ponad 16,5 mln zł więcej.

Skąd te wszystkie podwyżki?

Poza kwestiami specyficznymi dla różnych branż, mamy do czynienia także z punktami wspólnymi. To zwiększone koszty firm związane ze wspomnianym wzrostem cen paliw i energii elektrycznej. Ale nie możemy zapominać, że wzrost cen jest także skutkiem rozbuchanych wydatków socjalnych: 500 plus, 300 plus, trzynasta emerytura, darmowe leki dla seniorów itd. Mamy też do czynienia z ogólnym wzrostem wynagrodzeń w gospodarce, w tym z podwyżkami dla pracowników budżetówki: nauczycieli, żołnierzy, policjantów i innych funkcjonariuszy czy urzędników, a także ze wzrostem płacy minimalnej, a na przykład w branży śmieciowej wiele zakładów bazuje właśnie na płacy minimalnej. Zwiększone transfery socjalne i podwyżki wynagrodzeń generują na rynku większy popyt konsumpcyjny na produkty i usługi, których ceny z tego powodu rosną.

  „Dzięki 500+ miała zwiększyć się dzietność w Polsce, zamiast tego rośnie inflacja... Ależ ta ekonomia nieubłagana” – skomentował na Facebooku Dawid Lewicki, wiceprzewodniczący partii KORWiN.

  Jeszcze jednym – nie mniej istotnym elementem napędzającym podwyżki cen – jest nadmierny fiskalizm polskich władz. Poza wspomnianą wyżej opłatą emisyjną i opłatą marszałkowską rząd PiS wprowadził cały szereg innych podatków: danina solidarnościowa, podatek bankowy, podatek ubezpieczeniowy, exit tax (wymuszają go unijne przepisy), opłata recyklingowa na foliówki, podatek od nieruchomości komercyjnych, opłata mocowa, opłata kogeneracyjna na rachunkach za energię elektryczną, akcyza na e-papierosy, podatek denny, podatek deszczowy.

Dodatkowo w drodze mamy podatek od hipermarketów, do którego ostatecznie nie zgłasza sprzeciwu Unia Europejska czy proponowany przez NFZ podatek od cukru, czyli opodatkowanie tzw. śmieciowego jedzenia. Nie można zapomnieć o corocznych podwyżkach składek na ZUS dla samozatrudnionych oraz podatków lokalnych serwowanych przez gminy czy o wzroście opłaty parkingowej. A rezultat jest taki, że wszelkie podatki i opłaty ponoszone przez przedsiębiorców i tak zawsze ostatecznie spadają na konsumentów.

  Niestety, festiwal podwyżek cen będzie trwał w najlepsze. Realizacja unijnego pakietu energetyczno-klimatycznego nie zostanie wstrzymana. Nie wygląda też na to, by rząd przystopował swoją zgubną politykę fiskalną, rozbuchane transfery socjalne czy szkodliwy interwencjonizm państwowy. Co więcej, związkowcy chcą, by w 2020 roku płaca minimalna wynosiła aż 2520 zł brutto, a wynagrodzenia w budżetówce skoczyły o 15 proc.

Nie można też liczyć na Radę Polityki Pieniężnej, która powinna w tej sytuacji podnieść stopy procentowe, by powstrzymać akcję kredytową i tym samym wzrosty cen, a z drugiej strony zachęcić do oszczędzania. Przy aktualnej polityce RPP, utrzymującej niskie stopy procentowe, w ogóle nie opłaca się oszczędzać, bo odsetki od lokat bankowych są niższe niż poziom inflacji. Niestety, w roku wyborczym jest mało prawdopodobna zmiana tej polityki.

  Mamy drożyznę w 2019 roku, a w roku przyszłym ceny wzrosną jeszcze bardziej.

Za: pch24.pl