Na sobotę Chesterton: Chrześcijańska demokracja

0
617

Na sobotę Chesterton: Chrześcijańska demokracja ChestertonLenin powiedział, że religia to opium dla ludu. Ta głęboka myśl z pewnością wyjaśnia, dlaczego Irlandczycy, lud bardzo religijny, są znani z bezwolnej uległości, sennej odrętwiałości i bydlęcego, bezmyślnego posłuszeństwa, podczas gdy Anglicy, lud religijnie obojętny, słyną jako szalone głowy i namiętni rebelianci, co i rusz wywołujący a to jakieś powstanie, a to zamieszki, to znów dla odmiany krwawe uliczne starcia przeciw rządowi.

Prawda wygląda tak, że tylko wiara w Boga daje podstawę, by krytykować rząd. Wystarczy usunąć Boga, a rząd staje się Bogiem. Ten fakt jest wypisany wielkimi literami na całych ludzkich dziejach, a już najjaskrawiej na ostatnich dziejach Rosji – tej Rosji, którą stworzył Lenin. Tam właśnie rząd jest Bogiem w całej pełni swego bóstwa, bo ogłasza donośnie i grzmiąco, jak każdy bóg, którego warto czcić, pierwsze fundamentalne przykazanie: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”.

Lenin, zapewne wskutek drobnego przejęzyczenia, powiedział coś, co stanowi odwrotność prawdy. To nie religia, lecz brak religii stanowi opium dla ludu. Ilekroć ludzie tracą wiarę w coś poza doczesnym światem, oddają cześć  doczesnemu światu. A przede wszystkim oddają cześć temu, co na świecie najsilniejsze. Zaś zgodnie z naturą systemu bolszewickiego i wielu innych systemów współczesnych, najsilniejsze staje się państwo. Trendy współczesne zmierzają w stronę zasady, że wyłącznie państwo powinno ustanawiać wzorce ludzkiego zachowania.

Aby jednak ludzie mogli protestować przeciw niesprawiedliwym prawom, muszą wierzyć w sprawiedliwość; aby mogli wierzyć w sprawiedliwość stojącą ponad ludzkim prawem, muszą wierzyć w sprawiedliwość stojącą ponad światem żywych. Można im narzucić prawo bolszewickie, jak narzucano kiedyś prawa burbońskie, ale w obu przypadkach będzie to identyczną tyranią. Można nawet sprawić, że ludzie będą zadowoleni – co jak co, ale opium nadaje się do tego znakomicie. Lecz aby wywołać boski ferment buntu, trzeba autentycznej boskości. Bunt, który rzeczywiście pochodzi z samego dołu, musi tak naprawdę pochodzić z samej góry.

Nowoczesna mentalność jest skrajnie sceptyczna wobec demokracji. Odnosi się do demokracji z większym  sceptycyzmem niż do starożytnych cudów, włącznie nawet z cudem Mszy. Popadłbym w nonsens, gdybym powiedział, że żaden naukowiec o ścisłym umyśle nie wierzy w cud Mszy; ale byłbym całkiem bliski prawdy mówiąc, że żaden taki naukowiec nie wierzy w demokrację. Słyszymy dziś, że dogmaty chrześcijaństwa stopniowo odchodzą w przeszłość. Gdy jednak bliżej zbadamy sprawę, odkryjemy, że pogląd ten jest całkiem trafny, jeśli zastosować go do dogmatów demokracji. Najczęściej, zwłaszcza wśród osób zdolnych i wykształconych, jest kwestionowany pewien dogmat Rousseau, zwany „wolą ludu”. Wola ludu jest mitem – twierdzą dziś intelektualiści. Coś takiego nie istnieje. Jak w ogóle lud może posiadać wolę?

Otóż, nie ulega wątpliwości, że wola ludu objawiła się w pełni i chodziła sobie ulicami Dublina, kiedy odbywał się tam niedawny kongres eucharystyczny. Istniała harmonia w praktyce, bo istniała jedność w teorii. Na kongresie panował porządek, który nie wynikał z samej tylko dobrej organizacji. Wielki tłum ludzi pozwolił skutecznie sobą manewrować, bo każdy w tym tłumie bardzo pragnął, aby spotkanie zakończyło się sukcesem. W wielu innych sprawach, łącznie z polityką, ci ludzie różnili się zdaniem, ale w tej jednej sprawie wszyscy chcieli tego samego – to znaczy, okazali wolę ludu. Gdyby nikt ich nie zorganizował, sami by się zorganizowali.

Wola ludu, ten wielki polityczny ideał, może zatem istnieć – ale nie w polityce. Wszystko wskazuje, że stanowi ona wręcz odwrotność dzisiejszej praktycznej polityki, która zajmuje się ustalaniem, w jaki sposób podzielić ludzi, by wypadło mniej więcej po równo, a nie w jaki sposób zjednoczyć ich w sprawach fundamentalnych. System partyjny, cokolwiek by o nim powiedzieć, nie ma z wolą ludu kompletnie nic wspólnego.

Nic nie potrafi jednoczyć tak jak wspólna wiara – ani udana rewolucja, ani wygrane wybory, ani żadne inne polityczne doświadczenie dostępne dziś na kuli ziemskiej. To, co ujrzałem na kongresie eucharystycznym, to była najdosłowniej chrześcijańska demokracja – nie nazwa żadnej partii, lecz spontaniczne osiągnięcie ogromnych ludzkich rzesz. Te ludzkie rzesze, zdaniem niektórych myślicieli stanowiące tylko ciemną ludzką masę, robiły dokładnie to, czego chciały; a chciały być chrześcijanami. Kto wie, może nawet polityczna demokracja odniosłaby w końcu jakiś sukces, gdyby ludzie szli na wybory jak na spotkanie religijne, mając za sobą modlitwę i pokutę, a nie  reklamę i kłamstwa? Nie będę się zapuszczał w sferę aż tak wybujałej fantazji, ale po doświadczeniu z kongresem mam w każdym razie wrażenie, że nie da się odkryć prawdy moralnej, istniejącej we współczesnej demokracji, dopóki owa demokracja nie zacznie funkcjonować w katolickiej atmosferze duchowej. Chodzi oczywiście o taką atmosferę, która nie została przepojona wyziewami dzisiejszego komercjalizmu.

Niestety, próżno byśmy chyba czekali, aż katolicka demokracja oprze się na cnotach heroicznych, tak aby każdy kandydat na posła zaczynał od wyznania swych grzechów, a nie od roztrąbienia swych zalet. Raczej daremne są nadzieje, że najlepszy i najmądrzejszy człowiek w wiosce, autentycznie wybrany przez swych ziomków, stawiając desperacki opór zostałby przemocą wywleczony z domu i zmuszony do zajęcia miejsca w parlamencie, tak jak świętego Anzelma zmuszono, by został arcybiskupem Canterbury. Myślę, że tkwi w demokracji pewna głęboka prawda, ale można by ją ujrzeć dopiero wtedy, gdybyśmy na naszych władców wybierali ludzi, którzy samych siebie uważają za niegodnych sprawowania władzy, ba, nawet niegodnych udziału w wyborach. Tak czy owak, jedno jest  pewne: każda rewolucja w dziejach poniosła klęskę wyłącznie dlatego, że zdołała wypełnić zaledwie połowę rewolucyjnej maksymy, zawartej w pieśni „Magnificat”. Niejeden ruch rewolucyjny mógł się głośno i słusznie chwalić, że znikczemnił wielmożne. Żaden jednak, jak dotąd, nie może się poszczycić, że zrealizował ciąg dalszy: wywyższył, uwielmożnił w pokorę zamożne.

G. K. Chesterton

Esej ukazał się w tomiku pt. „Obrona rozumu”, wyd. Fronda 2014. Poprzedni odcinek poniżej.