Na sobotę Chesterton: Niepraktyczna edukacja

0
445

Kiedy pojawia się jakiś praktyczny problem, dziennikarze wygłaszają modny frazes, że potrzebujemy człowieka praktycznego. Już od dawna mówię, że takie podejście jest błędne. Zauważyłem kiedyś, co powinno być przecież oczywiste, że kiedy problem jest naprawdę głęboki i fundamentalny, trzeba raczej wołać, apelować i zanosić modły o człowieka niepraktycznego. Człowiek praktyczny wie tylko, jak coś działa w praktyce. Wie, jak prowadzić samochód, choć nie umiałby go naprawić, a już na pewno nie umiałby skonstruować. Im poważniejszy problem, tym bardziej prawdopodobne, że do rozwiązania będzie potrzebna znajomość uczonej teorii. Mówi się, że teoretyk jest niepraktyczny, ale to on właśnie może okazać się niezbędny.

Biznesmen, w powszechnym pojęciu, jest człowiekiem, który wie, jak zazwyczaj w praktyce działa istniejący system nowoczesnego biznesu. To wcale nie znaczy, że ma wystarczająco dużo wyobraźni, żeby wymyślić jakiś inny system, kiedy ten istniejący zaczyna szwankować. Lecz oto pewien Amerykanin, pan John C. Parker, inżynier, który zrobił wielką karierę, który w pełni zasłużył na miano człowieka sukcesu i z dużą energią stosował naukę do zarabiania pieniędzy – ten właśnie biznesmen wprawił ostatnio w zdumienie swoich znajomych, dając wykład pod celnym tytułem: „Potrzeba niepraktycznej edukacji”.

Jak stwierdził, „po pierwsze, nauczanie młodzieży, jak zarabiać na życie, to nie jest żadna w ogóle nauka; po drugie, sprofilowane nauczanie może stanowić przeszkodę dla młodego człowieka, bo nie znajdzie on w ten sposób najlepszego zawodu; a po trzecie, szkoła i tak nie da mu prawdziwej wiedzy zawodowej. Stokroć bardziej bym wolał, żeby młody człowiek uczył się, jak zachowywać przyzwoitość i pogodę ducha nawet w biedzie, niż żeby został ukierunkowany na zdobywanie bogactw kosztem samego siebie i własnego charakteru”. To zdumiewająco rozsądne rady, choć nie śmiem nawet sobie wyobrażać, jak też muszą wyglądać w sąsiedztwie jaskrawych, natrętnych reklam w rodzaju: „Możesz zwiększyć swoje zarobki o dwa tysiące dolarów!” lub „On w dwa tygodnie potroił swój dochód! Dowiedz się, jak to zrobił!”.

Osobiście uważam, że szkoły powinny wychowywać obywateli – a nie biznesmenów albo miejski plebs. Słuszny i racjonalny jest ideał pana Parkera, żeby „młodzi ludzie uczyli się żyć pełnią życia i na różne sposoby pomagali budować dobrobyt społeczności, która płaci za ich naukę”. Ja jednak mam na myśli coś innego. Będąc stetryczałym przeżytkiem dawnego republikańskiego idealizmu, myślę, że edukacja powinna zapewniać więcej niż tylko czerpanie przyjemności z kultury. Wychowanie obywatela – to wychowanie krytyka. Główny cel edukacji, to dać człowiekowi abstrakcyjne, ponadczasowe wzorce, za pomocą których będzie mógł osądzać materialne i przemijające warunki, w jakich przyszło mu żyć. Jeśli obywatel ma być reformatorem, musi zacząć od najwyższych ideałów. Nie pozna ich, patrząc na niezreformowane instytucje życia publicznego. A jeśli ktoś zapyta, co się często zdarza: „Po co mój syn ma się uczyć o starożytnych Atenach i Chinach, o średniowiecznych klasztorach i cechach, o wszystkich tych martwych, pokrytych kurzem zdarzeniach z przeszłości, skoro zamierza zostać nowoczesnym hydraulikiem w Londynie?” – odpowiedź jest oczywista. Powinien się uczyć, żeby mieć możliwość  porównania. Dzięki temu nie spędzi życia myśląc, że Londyn pokrywa całą planetę i jest wszędzie taki sam. Oddając należyty hołd pięknu
i cnotom Londynu będzie też w stanie dostrzec, że tu i ówdzie nawet Londyn posiada nieznaczne, nie rzucające się w oczy usterki, które można by naprawić sposobami, używanymi już kiedyś w innych alternatywnych społecznościach.

Otóż, praktyczna edukacja w szkołach, trenowanie dzieci w konkretnych umiejętnościach i zawodach, czy będzie to zawód hydraulika, czy plutokraty, ma tę wadę, że blokuje rozwój krytycznej inteligencji dziecka. Wychowanie powinno zacząć się od wpojenia dziecku poczucia sprawiedliwości, które posłuży mu do osądzania świata. Zamiast tego, od początku wpaja mu się poczucie nieuchronności, czyli świadomość, że świat jest prozaiczny i trzeba się z tym pogodzić. Jeszcze jest malcem, a już robią z niego bankowca i każą akceptować, że światem bankowym rządzą określone reguły gry. Jeszcze jest w żłobku, a już zaczynają przyuczać go na księgowego; i chociaż gaworzy i sepleni, wymawiając pierwsze liczby, to jednak je wymawia; liczby, chce czy nie, pojawiają się w jego życiu. Lecz nigdy nie zdoła krytycznie ocenić zasad bankowości. Nigdy nie przemknie mu przez głowę obrazoburcze spostrzeżenie, że dzisiejszy świat trochę za bardzo kręci się wokół pitagorejskiego kultu liczb. Dzieciakowi nawet to nie zaświta, bo przecież nie słyszał o filozofii i pitagorejskiej, ani zresztą o żadnej innej. Nie nauczono go myśleć, lecz tylko liczyć. Będzie wybijał pokłony w wionącej chłodem świątyni abstrakcyjnych kalkulacji, gdzie fi larami są długie obliczeniowe kolumny. Ale żadne przeczucie nie powie mu, że istnieje nauka taka jak religioznawstwo (w prawdziwym sensie tej irytującej nazwy), i że nauka ta pomogłaby mu odkryć, czy naprawdę trafi ł do właściwej świątyni, albo chociaż pokazałaby, jak odróżnić jedną świątynię od drugiej.

Taka edukacja wygląda już wystarczająco nieciekawie, kiedy ogranicza się do zwykłych, sensownych liczb, miar i wag, choć te odwieczne podwaliny rozsądnego handlu same w sobie są równie czyste i abstrakcyjne, jak twierdzenie Pitagorasa. Kształcenie staje się jednak zupełnie niedorzeczne, kiedy szkoła zanurza się w owym bagnie pospolitej spekulacji i ekonomicznych złudzeń, które w Ameryce i wszędzie indziej nazywa się biznesem, z całą jego prostacką, poniżającą reklamą i ze wszystkimi jego sekretami, jeszcze groźniejszymi od reklam. Zaczynać wychowanie dziecka od wpojenia mu podziwu dla tych monstrualnych poczwarności to nie jest żadna „edukacja biznesowa”. Równie dobrze można nauczyć je, by czciło Baala i Bafometa, i nazwać to edukacją religijną. I rzeczywiście, niejedno szkolenie biznesowe ma dokładnie taki charakter. Państwo, które w ten sposób kształci dzieci, nigdy nie będzie miało idei ani wyobraźni, żeby się naprawiać i ulepszać. Toteż całe to krzykliwe zamieszanie, pośpiech i biznesowa aktywność prowadzą prostą drogą do świata, który zastygnie w martwym bezruchu.


Esej ukazał się w tomiku pt. „Obrona rozumu”, wyd. Fronda 2014. Poprzedni odcinek poniżej.

Na sobotę Chesterton: Amerykański ideał