Gatekeeping w polskich uniwersytetach

0
119

Prof. Witold Wilczyński

Nowy rektor ZUT: Szkolnictwo wyższe przeżywa kryzys ...foto: RadioSzczecin

Problemy środowiska akademickiego stosunkowo rzadko goszczą na łamach periodyków, zwłaszcza tych najbardziej opiniotwórczych. Nieliczne publikowane wypowiedzi na temat funkcjonowania uniwersytetów noszą zazwyczaj silne piętno doświadczeń osobistych. Jako przykład może posłużyć wypowiedź Marka Migalskiego, któremu odmówiono habilitacji po 8 latach starań (Tygodnik „Do Rzeczy”, nr 31/2016). Na tym tle istotnie wyróżnia się „Polityka Polska”, która sukcesywnie zamieszcza opracowania Józefa Wieczorka, jedynego chyba autora konsekwentnie domagającego się, aby z polskich uczelni usunąć wszelkie nawarstwione przez dekady patologie, i aby w ich mury mogła wrócić autentyczna nauka i prawdziwe studia. Nieprawidłowości obecne w funkcjonowaniu uczelni i środowiska akademickiego zasługują na uwagę mediów nie mniej niż wielkie afery w rodzaju Amber Gold i reprywatyzacyjnej, dlatego powinny być ujawnione opinii publicznej nie tylko z powodu strat jakie ponosi budżet państwa, finansując pozorną naukę i byle jakie studia. Uniwersytety powołane są do tego, aby kształcić elity społeczeństwa. Obecna mizeria niektórych uczelni, nie tylko finansowa, ale głównie intelektualna i moralna, odbije się w bliskiej przyszłości na jakości polskich elit, tak jak upadek szkolnictwa już się fatalnie odbił na jakości (mierzonej kompetencjami) kandydatów zgłaszających się na studia uniwersyteckie. Dlatego ubolewać należy, że nieliczne publikacje na temat uczelni nie wywołują oczekiwanych reakcji, a reformatorskie osiągnięcia obecnego Rządu (podsumowane po pierwszym roku funkcjonowania) dotyczą uczelni w stosunkowo niewielkim stopniu.

Józef Wieczorek określił środowisko akademickie w Polsce „układem zamkniętym pozbawionym kontroli” (Polityka Polska nr 7/2015), który nie dopuszcza, aby pewne kategorie osób mogły rywalizować z innymi na równoprawnych zasadach o stanowiska, awanse, granty, itp. Przykładów blokowania karier naukowych w Polsce jest tak wiele, że mogłyby one stanowić podstawę projektu badawczego na modny w ostatnich dekadach temat wykluczenia społecznego (ang. social exclusion). Ponieważ w tym przypadku wykluczenie nie dotyczy krzywdzonych mniejszości etnicznych, religijnych, ani seksualnych, projekt taki nie mógłby zapewne liczyć na odpowiedni grant. Nie znaczy to jednak, że temat blokowania karier naukowych jest w nauce zupełnie nowy. Okazuje się, że istnieje już literatura na temat utrudnień, jakie dla badaczy w dziedzinie nauk społecznych, stwarzała cenzura w państwach totalitarnych. Ale kariery naukowe blokowane były wszędzie, gdzie istniały uczelnie i we wszystkich okresach rozwoju nauki bez względu na okoliczności ideologiczne. Zjawisko to jest w literaturze anglojęzycznej dotyczącej historii nauki pod nazwą gatekeeping. Skoro gatekeeping był i jest obecny w nauce krajów zachodnich, to nie ma powodu aby sądzić, że nauka polska jest od tego zjawiska wolna.

Spróbujmy więc zdiagnozować polską formę gatekeepingu. Jak już wspomniano, patologia ta polega na próbach blokowania karier naukowych, które nie mają merytorycznego uzasadnienia.  a więc ich źródła mogą mieć charakter ideologiczny lub osobisty. Osiem lat bezowocnych starań Marka Migalskiego i jego naukowy dorobek (zapewne większy niż dorobek wielu profesorów) stanowią podstawę do stwierdzenia, że to on właśnie jest najnowszą ofiarą polskiego gatekeepingu. Dobrze wiem, jak się on czuje, bo sam tę “habilitacyjną ścianę płaczu” (wyrażenie Włodzimierza Sedlaka) forsowałem przez prawie dziesięć lat, przy czym skuteczna okazała się dopiero czwarta próba. Świadectwem tej niechlubnej dla środowiska akademickiego historii są zachowane dokumenty. Wynika z nich, że osiągnięcie stopnia doktora habilitowanego wcale nie zależy od dorobku habilitanta i jego przygotowania merytorycznego, ale od tego, czy ci, którzy już ten stopień mają, zgodzą się na poszerzenie swojego uprzywilejowanego grona o kolejnego aplikanta. A kryteria, którym kierują się naukowe rady, nie zawsze wynikają z zasad naukowej ścisłości i bezstronności. W moim przypadku, podobnie jak w sprawie Marka Migalskiego, przez długie lata odmawiano wszczęcia procedury, nie dopuszczając do sytuacji, w której mógłbym przedłożyć swoje argumenty. Uzasadnienia negatywnych decyzji kolejnych rad naukowych muszą budzić smutne refleksje na temat polskiej nauki. W protokole z posiedzenia jednej z warszawskich rad do których się zwracałem zapisano, że kandydat nie spełnia warunków stawianych osobom starającym się o stopień doktora habilitowanego, bo “stosuje zachodnie koncepcje metodologiczne, które są sprzeczne z obowiązującymi w środowisku polskich badaczy” (podkr. aut.). Wynika z tego, że pomimo deklarowanego odejścia od totalitaryzmu, w nauce polskiej nie będą tolerowane żadne “burżuazyjne” lub “reakcyjne” koncepcje, a w badaniach obowiązywać ma jedynie słuszna, „obowiązująca” metodologia. Przewodniczący innej rady naukowej z kolei stwierdził w odpowiedzi na wniosek o wszczęcie procedury habilitacyjnej, że nie może w tej sprawie pomóc, ponieważ zgodnie z posiadaną przez niego wiedzą “środowisko akademickie zrobi wszystko, aby nie uzyskał Pan stopnia doktora habilitowanego”. Groźba ta została wydrukowana na papierze firmowym bardzo ważnego wydziału jednej ze stołecznych uczelni. Na podstawie doświadczeń wielu osób i własnych można stwierdzić, że blokowanie kariery naukowej jest w polskiej nauce praktyką znaną i nader często stosowaną. Logicznie rzecz biorąc nie jest to jednak powód, dla którego należałoby znieść habilitację, jak sugeruje Marek Migalski. Blokowanie kariery odbywa się też na poziomie doktoratu, którego nikt jednak nie chce z tego powodu likwidować. Może łatwiej byłoby po prostu zmienić sposób pozyskiwania wszystkich stopni naukowych, odchodząc od anachronicznych tajnych głosowań, które jako żywo stanowią rodzaj sądu kapturowego. Jeżeli głosowanie jest jawne, każdy uczestnik uzasadnia swoje stanowisko przed innymi głosującymi, starając się przekonać do niego jak najwięcej osób. Tajne głosowania, gdzie uzasadnienia nie są potrzebne, od zawsze były i są sposobem załatwiania osobistych porachunków. Jeżeli ktoś stara się, aby głosowanie tajne w jego sprawie było pomyślne, nie może pozostawać z nikim w konflikcie, musi gloryfikować naukowe osiągnięcia głosujących, zachowywać się w sposób spolegliwy i politycznie poprawny, i nie mądrzyć się zbytnio wykorzystując swoje kompetencje i błyskotliwość. W myśl starej zasady sformułowanej przez Włodzimierza Sedlaka, „jeżeli jest się blaszanym żołnierzykiem, to w swoim otoczeniu toleruje się co najwyżej tekturowe postaci”. Historia polskiej nauki to także dzieje skutecznego przestrzegania tej zasady. Zaprawdę rzadko zdarzają się głosowania, podczas których nie rzucają się w oczy fobie ideologiczne i personalne. Podczas jednego z posiedzeń rady naukowej na pewnym uniwersytecie, zadane zostało wprost pytanie: “a czy my musimy dawać doktoraty osobom, których nie lubimy?” Mimo absolutnej niedopuszczalności takiego postawienia sprawy, autorka pytania nie została bynajmniej odsunięta od dalszego procedowania, a w głosowaniu tajnym kandydat oczywiście przepadł. Z doświadczeń tych wynika jedno: zniesienie habilitacji nie uzdrowi polskiej nauki. Konieczne są zmiany mechanizmów jej funkcjonowania tak, aby uniemożliwić blokowanie karier na podstawie kryteriów pozamerytorycznych, oraz doprowadzić do sytuacji w której o awansie decyduje twórcza aktywność i pomysłowość badacza, a nie względy formalne w postaci ilości tzw. punktów,  które dzisiaj stanowią najważniejszy przedmiot troski pracowników uczelni.

Motywy “gatekeepingu” stosowanego na uczelniach, pomijając oczywiście możliwe animozje osobiste, są najczęściej ideologiczne. Polskie uczelnie są jednym z frontów współczesnej wojny kulturowej, która zastąpiła „walkę klasową” z poprzedniej epoki. Przygniatającą przewagę liczebną posiadają dzisiaj zwolennicy tzw. opcji lewicowo-liberalnej, światli, “postępowi” i proeuropejscy, którzy robią wszystko aby do środowiska akademickiego nie dopuścić kontestatorów, w rodzaju katolickich fundamentalistów, nacjonalistycznych ekstremistów, konserwatywnych homofobów, „faszystów”, itd., itp. Wojna ta nasila się zawsze w okresach, kiedy soc-liberałowie tracą władzę. Dochodzi wtedy do sytuacji świadczących o prawdziwej furii (wyrażenie Marcina Wolskiego) nie mogących uwierzyć w swoją porażkę przedstawicieli tzw. salonu, którzy powoli żegnają się z nadzieją na szybkie odzyskanie władzy. Pierwszy raz zjawisko furii Wolskiego miało miejsce w okresie rządów PiS przed dwoma kadencjami. Paroksyzm ten skutkował utratą przeze mnie pracy na uczelni w 2007 roku. Teraz, już w innym miejscu,  jestem świadkiem kolejnego ataku furii, który przejawia się na wiele sposobów. Najłagodniejsze formy sprowadzają się do publicznych słownych dyskredytacji poczynań przedstawicieli obecnego rządu. Zapowiedzi zmian i zalecenia płynące z Ministerstwa Nauki są ignorowane, aby wszyscy odczuli, że żadna tam „dobra zmiana” nie nastąpi. Wbrew zapowiedziom ministra Gowina o redukcji biurokracji i rozdętej sprawozdawczości, pracownicy uczelni muszą np. wypełniać wyjątkowo rozbudowane tzw. arkusze oceny, co wymaga nie tylko podania listy publikacji i innych dokonań (w przeliczeniu na punkty), ale konieczne jest odtworzenie kart obciążeń z ostatnich lat, liczby przepracowanych godzin, ocen uzyskanych od studentów itp. Furia salonu bywa bardzo niebezpieczna dla osób, które niezbyt wyraźnie odcinają się od polityki obecnego rządu albo nawet posuwają się do wyrażania sympatii do rządowej polityki. Takie osoby muszą liczyć się z szykanami ze strony przełożonych, którzy do ideologicznej wojny wciągają studentów. Ankiety, w których studenci anonimowo oceniają zajęcia prowadzone przez poszczególnych nauczycieli akademickich, stają się podstawą do obliczania średnich ocen i budowy rankingów. Najwyższe miejsca zajmują w tych rankingach osoby nie stawiające studentom wymagań, czyli pracownicy najgorsi, którzy za to otrzymują nagrody pieniężne. No cóż, tym dyrektorom, którzy te gratyfikacje przyznają należałoby dedykować stare wojskowe powiedzenie: „generał, który opinię na temat swoich oficerów wyrabia sobie na podstawie ocen żołnierzy, to głupi generał”. Obniżanie ocen pracowników przez sterowanie anonimowymi zapisami w studenckich ankietach to tylko wstęp do szeroko zakrojonych działań, mających na celu pozbycie się z uczelni tych, którzy jawnie działają wbrew interesom salonu. Nauczając studentów, pracownicy ci nie respektują zasad politycznej poprawności, psując w ten sposób sekciarzom lewicowo-liberalnego “postępu” całą ich robotę. Wszelkimi sposobami tępi się na uczelniach przedstawicieli nurtów badawczych otwarcie odrzucających zasady politycznej poprawności. Jako przykład prześladowanej dyscypliny służyć może klasyczna geopolityka, oskarżana zwyczajowo o tzw. determinizm (a nawet związki z faszyzmem), co ma ją dyskredytować jako dyscyplinę badawczą. Na tolerancję środowiska akademickiego nie mogą także liczyć organizatorzy grup paramilitarnych, którzy umożliwiają studentom szkolenia taktyczne, strzeleckie, desantowe i inne, przydatne z punktu widzenia  mających powstać jednostek obrony terytorialnej. Ponieważ jednostki te to przecież „prywatna armia Macierewicza”, osobnik odpowiedzialny za tego typu proceder naraża się na szykany w postaci nie tylko skutecznego gatekeepingu np. w momencie finalizacji doktoratu, ale powinien spodziewać się wypowiedzenia. Dyrekcja nie może dopuścić, aby ktoś taki bezkarnie oddziaływał na młodzież, dlatego odsuwa go od zajęć ze studentami na podstawie jakiegokolwiek pretekstu. Poprawy sytuacji w tym zakresie należałoby oczekiwać od nowo wybranych władz uczelni wyższych. Jeżeli poprawa ta nie nastąpi, nadal  kształtować się będzie homointelektualna (a w konsekwencji umysłowo bezpłodna) kadra akademicka uległa wobec oczekiwań lewicowo-liberalnej ośmiornicy.

Aby pozbyć się niechcianego pracownika posądzanego o „nacjonalizm” a nawet „faszyzm”, lewicowo-liberalne władze uczelni posługują się specjalnie stworzoną aparaturą i procedurami. Otóż badacze o poglądach i zainteresowaniach odbiegających od tego, co preferują władze uczelni i instytucje przyznające granty na badania, mają niewielkie możliwości pozyskiwania punktów, na które obecnie przeliczane są wszelkie naukowe osiągnięcia. O ile łatwo jest uzyskać grant na badania dotyczące np. social exclusion, environmental justice, gender studies, itp., to jest to o wiele trudniejsze dla badaczy, którzy nie mają zamiaru podporządkowywać się terrorowi politycznej poprawności. Badacze ci pozyskują więc niewielkie ilości punktów, przez co stają się pracownikami mało przydatnymi.

Ilustracja: Po zakończeniu posiedzenia bardzo ważnej rady naukowej jednocześnie trzech profesorów zdecydowanie zbliża się do wyjścia. Tuż przed progiem wszyscy zatrzymują się. Ponieważ na uprzejme gesty żaden z nich nie decyduje się zareagować krokiem do przodu i nie wiadomo kto  powinien przejść pierwszy, jeden z nich rzuca pytanie: „no to kto ma więcej punktów?”.

Scena ta w przeszłości zdarzyć się nie mogła, ponieważ o dorobku badacza i jego przydatności w pracy naukowej decydowała doniosłość i oryginalność postawionych problemów (pytań) lub efektywność zaproponowanych rozwiązań. Wszyscy rozumieli, że osiągnięć tego typu zmierzyć precyzyjnie się nie da. Ten ciemny okres niepewności i braku precyzji dawno minął. Dzisiaj każdy pracownik uczelni ma ściśle określoną liczbę zdobytych punktów, która określa jego miejsce w hierarchii akademickiej społeczności. Pytanie o to „kto ma więcej punktów” jest więc jak najbardziej na miejscu w bardzo wielu sytuacjach.

Mimo, że dorobek naukowy nie jest wielkością mierzalną, od dawna podejmowano mniej lub bardziej udane próby kwantyfikacji osiągnięć badaczy. Szacowano ich wartość licząc napisane książki, artykuły, konferencje, itp. Wyniki tych oszacowań były oczywiście niezbyt precyzyjne, gdyż artykuł artykułowi nie równy. Mogło się zdarzyć, że ostateczny ranking wygrywał nie ten, kto w ciągu roku opublikował poważny artykuł podsumowujący wielomiesięczne badania, ale autor osiemnastu „artykułów” w „Głosie Daleszyc” lub podobnych pismach. Aby nie dopuścić do tego typu sytuacji już wiele lat temu stworzono listy czasopism uważanych za naukowe. Opublikowanie artykułu w takim czasopiśmie jest premiowane liczbą punktów ściśle określoną przez Ministerstwo. Najwięcej zyskuje się publikując w czasopismach z tzw. listy A, zwanej powszechnie „listą filadelfijską”. Znajduje się ona w sferze marzeń bardzo wielu polskich badaczy, którzy co roku muszą składać sprawozdania ze swoich dokonań, przeliczonych oczywiście na punkty. Oprócz tego istnieją inne mierniki osiągnięć badawczych w postaci np. indeksu cytowań, które wyliczane są w wyniku specjalnej procedury matematycznej. Aż trudno w to uwierzyć, ale w ostatnich dekadach tematy związane z podnoszeniem jakości pracy mierzonej punktami zajmują coraz więcej czasu na posiedzeniach rad naukowych, a także w publikacjach ukazujących się w wysoko punktowanych czasopismach. Tak tak, pracownicy nauki odkryli nowy, oryginalny i jeszcze nie przebadany przedmiot dla swoich dociekań. Nie bardzo rozumiem kogo to poza uczelnią może interesować, ale mamy już ‘znakomite’ publikacje analizujące ilości punktów zdobywane przez przedstawicieli poszczególnych dyscyplin. Zafascynowani tym autorzy zalecają nawet tego typu bzdety swoim studentom.

Ponieważ punktowanie czasopism pojawiło się u nas już po 1989 roku, dość powszechnie uważa się, że jest to wynalazek zachodni, a dokładniej amerykański, o czym świadczy powszechnie używana nazwa „lista filadelfijska”. Każdy przecież wie, że Filadelfia nie leży w Rosji tylko w Ameryce. Nota bene nikt w Stanach Zjednoczonych nazwy takiej nie stosuje. W przekonaniu, że licząc punkty gonimy przodującą w nauce Amerykę, zagubiliśmy prawdziwy sens badań. Dzisiaj nie doniosłość postawionych i ewentualnie rozwiązanych problemów się ceni, ale to, ile punktów za publikację wyników można uzyskać. Kuriozum polega na tym, że o wartości naukowego opracowania nie decyduje treść i wnioski, ale wyłącznie ilość przyznanych punktów. Byłoby to jeszcze do zaakceptowania, gdyby poziom naukowy czasopism miał cokolwiek wspólnego z ilością punktów. Tymczasem nawet te najbardziej punktowane czasopisma nie są wolne od artykułów wprawdzie perfekcyjnych metodycznie, ale wykazujących rzeczy oczywiste i powszechnie wiadome. Nie brak w nich także przykładów beztreściowego bełkotu, który powstaje tylko dzięki temu, że autorzy są politycznie poprawni, papier jest cierpliwy, a moc inspirująca sufitu – nieograniczona. Produkcja pseudo-naukowych śmieci nie czytanych przez nikogo jest dzisiaj tak wielka, że uzasadnia to konieczność podjęcia kroków w celu jej ograniczenia, również w związku z potrzebą ochrony lasów. Mamy dzisiaj wielki międzynarodowy biznes polegający na tym, że nowo powstające (np. w Chinach) czasopisma są umieszczane na liście filadelfijskiej i oferują publikacje za odpowiednią opłatą. Jak wyraził się niegdyś Andrzej Walicki, uczony doskonale znający realia nauki amerykańskiej, sytuacja taka wcale nie sprzyja rozwojowi nauki i jest „niewysychającym źródłem korupcji”. Jego opublikowany w internecie artykuł nie dotarł zapewne do obecnego Ministerstwa Nauki, które najwyraźniej nie widzi nic złego w przepisach, które zmuszają badaczy polskich do kolekcjonowania punktów. Wielkim zaskoczeniem reagują na tę sytuację przybywający do Polski przedstawiciele nauki amerykańskiej. Jednego z nich sam miałem sposobność wprowadzać w tajniki polskiego życia akademickiego. Znając najnowszą historię Polski, z wielkim szacunkiem odnosił się zwłaszcza do naszych osiągnięć w walce z totalitaryzmem. Dlatego z niedowierzaniem przyjął wiadomość, że w całej miłującej wolność i indywidualizm Polsce obowiązuje jedna lista czasopism naukowych, którym ktoś w ministerstwie przypisuje wartość w postaci ilości punktów za publikacje. Oświadczył, że najmniejsza próba wprowadzenia tego typu rozwiązania w Ameryce odczytana byłaby jako wyraz skrajnego, barbarzyńskiego totalitaryzmu. Tak więc, chociaż w wielu dziedzinach życia społeczeństwo polskie uwolniło się z okowów totalitaryzmu, nasze środowisko akademickie wciąż tkwi w głębokim komunizmie zmodernizowanym nieco przez cyfryzację. Czy sytuację tę zmieni któryś z zespołów, które uzyskały granty na opracowanie projektów reform szkolnictwa wyższego, o których z takim przekąsem pisze Marek Migalski? Będzie to możliwe pod warunkiem, że punktem wyjścia twórców projektów będzie trafna, a nie politycznie poprawna, diagnoza obecnej, głęboko patologicznej sytuacji. Jak dotychczas, żaden projekt badawczy, który nie spełniał wymogów poprawności politycznej nie mógł liczyć na uzyskanie finansowania za pomocą grantu. Najlepiej wiedzą o tym pomysłodawcy Polskiego Ośrodka Monitoringu Patologii Akademickich, którzy swoją krytyczną diagnozę projektowali zanim jeszcze Jarosław Gowin został ministrem. 

Artykuł ukazał się w numerze 9-10/wrzesień-październik/2016 Polityki Polskiej