Przynajmniej od kilku tygodni zachodzi w Polsce poważna nadwyżka zgonów. Czy to skutki procedur covidowych ?

0
170

Wojciech Golonka (dorzeczy.pl)

Wraz z podaniem przez Ministerstwo Cyfryzacji statystyk zgonów za październik br. wyszło na jaw, że przynajmniej od kilku tygodni zachodzi w Polsce poważna nadwyżka zgonów.

Jak donoszą media, w stosunku do średniej z lat 2015-2019, nadwyżka ta w październiku br. wyniosła ponad 13 000 zgonów, z czego tylko nieco ponad 3 000 to zgony rejestrowane w ramach statystyk COVID-19. Mieliśmy zapobiec przeciążeniu służby zdrowia, tymczasem doprowadzono do przeciążenia kostnic, o gospodarce i innych skutkach społecznych nie wspominając.

Już wiosną tego roku specjaliści w Polsce i na świecie bili na alarm, ostrzegając, że zaprzestanie diagnozowania chorób i niewykonywanie zabiegów medycznych spowodują w stosunkowo niedalekiej przyszłości szereg komplikacji zdrowotnych, w tym nadwyżkę zgonów. Na ziszczenie ich złowieszczych zapowiedzi nie musieliśmy długo czekać. Rzeczywiście, śmiertelność w Polsce w październiku br. okazała się bardzo wysoka, przy czym dokonując ogólnej analizy danych Głównego Urzędu Statystycznego można zaobserwować, że w zasadzie już od początku lipca br. miała miejsce widoczna nadwyżka zgonów w stosunku do tego samego okresu z ostatnich lat.

Kłamstwo ma krótkie nogi

Na poniższej grafice dokonałem zestawienia tygodniowych zgonów w Polsce wedle danych GUSu w okresie tygodni 28-44 br., tj. od 6 lipca do 1 listopada (dla tygodni 41-44, tj. dla października nie ma jeszcze danych GUSu; te podałem za portalem medonet, który powoływał się na dane pochodzące z Ministerstwa Cyfryzacji). W kolorze zielonym jest wykres średniej zgonów z ostatnich pięciu lat, tj. 2015-2019, w kolorze czerwonym ta sama średnia z uwzględnieniem liczby ofiary COVID-19 w 2020 r., w kolorze niebieskim zgony w roku 2019 r., a w końcu, w kolorze czarnym, tygodniowe zgony w roku obecnym.

Wykres zgonówWykres zgonów / Źródło: DoRzeczy.pl / Wojciech Golonka

Nie będę szczegółowo komentował wykresów, które i tak są wymowne; nie robię ścisłych badań statystycznych, chcę przede wszystkim jasno zobrazować problem, a raczej oszustwo, którego jako społeczeństwo padliśmy wszyscy ofiarą. Zgony „nadwyżkowe”, to w przybliżeniu cała przestrzeń, którą widać między czerwoną a czarną krzywą. Przy czym, ponieważ w podanym okresie śmiertelność w roku 2019 była wyższa w stosunku do średniej z lat 2015-2019, dlatego odniosę śmiertelność z obecnego roku właśnie do przeszłego. Zatem od 6 lipca do 1 listopada br. zmarło w Polsce ok. 144 827 osób, czyli o ponad więcej 18 442 w stosunku do roku 2019 (126 385), z czego tylko 22% – 4119 przypadków – to osoby kwalifikowane w ramach zgonów COVID-19. W rzeczywistości dysproporcja ta może być jeszcze większa, jeśli część zgonów kwalifikowanych jako COVID-19 miałaby miejsce niezależnie od zachorowań na koronawirusa (chodzi o tzw. poważne choroby współistniejące czy praktyki „nadliczbowych” zgonów covidowych z powodów). Podsumowując, w ramach tej nadwyżki jest przynajmniej 3,5 raza więcej osób zmarłych z powodów innych niż COVID-19.

Tymczasem od wiosny proszono nas, jako społeczeństwo, o wysiłek, a w zasadzie narzucono nam szereg daleko idących wyrzeczeń celem uniknięcia przeciążenia służby zdrowia, bynajmniej nie dla jej komfortu, ale po to – jak nieustannie podkreślano – aby nie doszło u nas do selekcji „jak w Bergamo”: kogo przyjąć, komu dać respirator, a kogo skazać na kostnicę. Jak widać, okłamano nas – selekcja miała i wciąż ma miejsce, tyle że nie tyczy się ona chorych na covid, co osób zagrożonych innymi dolegliwości, którymi po prostu przestano się zajmować. Każdy z nas czytał zresztą dramatyczne, skandaliczne historie o karetkach krążących godzinami od szpitala do szpitala, aż potrzebujący zmarł na skutek braku należytej pomocy.

Zob. Procedury kowidowe: 3 karetki zblokowane w Leżajsku [WIDEO]

Naturalnie nasuwa się na myśl klasyk o „lekarstwie gorszym od zarazy”, choć formuła ta jest w obecnej sytuacja nieuzasadniona. W prawdzie lekarstwo rzeczywiście okazało się znacznie gorsze od choroby, jednak określenie zaraza jest przesadne: w zasadzie już sama WHO doszła do wniosku, że w przypadku SARS-COV2 mamy do czynienia ze śmiertelnością porównywalną do wirusa grupy. A skoro mamy do czynienia z chorobą – owszem – w pewnych wypadkach śmiertelną, ale nie zarazą jako taką, zachodzi podstawowe pytanie natury moralno-politycznej, którego niestety próżno szukać w większości pandemicznych dyskusji: jakie są podstawowe obowiązki państwa odnośnie przeciwdziałania podobnej chorobie? Zasadniczej odpowiedzi udzielił amerykański hierarcha polskiego pochodzenia, biskup Thomas Paprocki z diecezji Springfield w Illinois, skądinąd doktor utrique iuris i zarazem profesor prawa kanonicznego na Uniwersytecie Notre Dame.

Środki zwyczajne i nadzwyczajne

We wrześniowym numerze czasopisma „Ethics & Medics”, w artykule pt. Społeczne obostrzenia jako nadzwyczajne środki ratowania ludzkiego życia (Social Shutdowns as an Extraordinary Means of Saving People’s Lives) purpurat rozważał dotychczasowe skutki podejmowanych działań i wzywał do racjonalizacji środków pod kątem możliwej drugiej fali zachorowań. Biskup Paprocki dokonał przy tym analogii odnośnie zwyczajnych i nadzwyczajnych środków ratowania życia jednostki wedle wykładni podanej jeszcze przez Piusa XII:

„Jest rzeczą ważną, aby mieć na uwadze te katolickie zasady gdy rozważamy społeczną odpowiedź na pandemię bądź, jak w tym wypadku, do jakiegokolwiek zagrożenia życia ludzkiego. Jeśli mielibyśmy moralny obowiązek wykorzystać wszelkie możliwe środki celem zachowania życia, nawet te nadzwyczajne, wówczas nie powinniśmy nawet wsiadać do naszych samochodów, skoro zachodzi ryzyko, że możemy zginąć, zważywszy na fakt, że ponad 35 000 ludzi umiera corocznie w całym kraju w wypadkach samochodowych począwszy od 1951 r. Jednakże nie zaprzestajemy jeżdżenia, i nie ma moralnego obowiązku zaprzestania jeżdżenia, gdyż uznajemy, że byłby to nadzwyczajny ciężar względem codziennego życia, jeśli ludzie nie mogliby dostać się tam gdzie potrzebują – do pracy, szkoły, rodziny i innych obowiązków. Zamiast tego podejmujemy środki bezpieczeństwa zmniejszające ryzyko, jak pasy bezpieczeństwa, poduszki powietrzne czy przestrzeganie przepisów drogowych.

Podobnie wobec pandemii: czy mamy moralny obowiązek zamknąć nasze społeczeństwo, zobowiązywać ludzi, aby zostali w domach, odciąć ludzi od pracy, skazać firmy na bankructwo, nadwyrężać łańcuchy zaopatrzenia w żywność i uniemożliwiać wierzącym chodzenie do kościoła? Powiedziałbym: nie. Byłoby to nakładanie nadmiernie uciążliwych i nadzwyczajnych środków. Podczas gdy niektórzy ludzie mogą dobrowolnie stosować takie środki, tylko zwyczajne środki, które nie są nadmiernie uciążliwie, są moralnie obowiązkowe dla zachowania życia, zarówno względem jednostek, jak i społeczeństwa jako całości.

(…) Jeśli możliwość czyjejś śmierci byłaby jedynym kryterium decydowania o danym zachowaniu, bylibyśmy sparaliżowani lękiem czynienia czegokolwiek. Jeśli możliwość czyjejś śmierci byłaby prostą regułą moralną mogącą potępiać branie udziału w jakiejkolwiek ludzkiej aktywności, wówczas nie powinienem biegać w maratonach czy grać w hokeja, chociaż odsetek zgonów w tych czynnościach jest niski. Z drugiej strony brak aktywności fizycznej jest sprzyja chorobom sercowym, niektórym rakom czy zawałom, tak więc pozostawanie w łóżku przez cały dzień też nie jest akceptowalną moralnie alternatywą. Co należy więc czynić?

To właśnie tu rozróżnienie między zwykłymi a nadzwyczajnymi środkami podtrzymywania życia jest ważne, albowiem jeśli środek jest nadzwyczajny – tj. jeśli uciążliwości przewyższają korzyści – wówczas nie jest on wiążący moralnie i nie powinien być nakazywany przez władzę państwową”.

Lęk przed śmiercią a herezja państwa sanitarnego

Skoro mamy znacznie więcej dodatkowych zgonów bezcovidowych, upadające firmy, postępujące zaburzenia psychiczne w społeczeństwie, ograniczenie normalnego funkcjonowania społeczeństwa, to można jak najbardziej mówić o wyraźnej nierównowadze między uciążliwościami a korzyściami. Co ciekawe, już święty Tomasz z Akwinu przestrzegał przed błędem państwa sterowanego przez lekarzy na podstawie paradygmatu sanitarnego (De Regno, II, 3), albowiem polityczne dobro wspólne społeczeństwa jest czymś zupełnie innym niż kwestią troski o zdrowie. I bynajmniej nie żył on w epoce pozbawionej opieki zdrowotnej – w XIII wieku w całej Europie powstawały szpitale i przytułki dla chorych finansowane z dóbr królewskich bądź kościelnych, a medycyna była wykładana na uniwersytetach. Jego ostrzeżenie kierowane do króla Cypru Hugona II wynikało po prostu z samej racji istnienia władzy politycznej, co dość dobrze zilustruje poniższy kontrprzykład z Francji.

13 listopada br. profesor Michaël Peyromaure, ordynator oddziału urologii w jednym z wiodących paryskich szpitali, stwierdził w telewizji CNEWS, że obecny lockdown we Francji doprowadzi do „strat o skali krajowej”: „dla uratowania 10 000, 20 000 czy 30 000 tysięcy żyć – co jest oczywiście dramatyczne, ale pozostaje ilościowo małe w stosunku do całej populacji – zrujnuje się życie milionów Francuzów”. Na co prowadzący program stwierdził, że przecież to koledzy profesora z oddziałów reanimacyjnych wzywają do lockdownu celem uniknięcia przeciążenia. Peyromaure odpowiedział:

„rozumiem ich jak najbardziej, pracując na reanimacji widzą ludzi w bardzo ciężkim stanie, ale trzeba nabrać dystansu i zachować rozum: epidemia ta nie jest najpoważniejszą z możliwych. Nie zamierzam pomniejszać jej skali, bynajmniej, ale nie jest poważna do tego stopnia, aby należało zatrzymać cały kraj”.

– „A więc cały rząd ustąpił wobec kilku lekarzy z reanimacji?” dopytywał dziennikarz.

– „Jak najbardziej. Myślę, że jest to zjawisko społeczne: w XXI w. nikt nie chce umierać, nie akceptuje się już faktu śmierci. Jeśli wirus zabijałby 30% ludzi, zrozumiałbym, czemu nie, ale ten wirus zabija kilka procent, a więc wykorzystane środki są nieproporcjonalne do sytuacji”.

Dokładnie w tym samym dniu, tyle że po drugiej stronie oceanu, przemawiał Donald Trump, oświadczając, że jego administracja nie wprowadzi lockdownowych obostrzeń na poziomie federalnym:

„Nie będzie takiej konieczności. Lockdown jest okupiony ludzkimi istnieniami, wieloma problemami. Lekarstwo nie może być – musicie o tym pamiętać – gorsze niż problem, mówiłem już o tym wiele razy. I gdy spojrzycie na to, co dzieje się w trakcie lockdownu, powiem głośno: to jest przerażające. Narkotyki, alkohol, depresja, utrata pracy, zamknięcie firm – to są straszne rzeczy. Tak więc ta administracja w żadnym wypadku nie wprowadzi żadnego lockdownu, ale będziemy bardzo uważni i ostrożni”.

Decyzje PR a zwykłe leczenie

Zostawmy zawodowym obrońcom jedynych słusznych decyzji partii zabawę w talmudyczne rozróżnienia co jest lockdownem, a co nie jest – biskup Paprocki użył zresztą specjalnie określenia „shutdown” czyli narzuconych zamknięć – a to ma miejsce w Polsce raz po raz już od wiosny. Oczywiście, że rządy na świecie, w tym nasz, wprowadzając co chwila kolejne „shutdowny” – po naszemu: obostrzenia – biorą również pod uwagę oddolną presję ludzi, którzy „nie akceptują już faktu śmierci”, ale także opozycji czy mediów, gotowych wykorzystać każdą okazję, aby ogłosić, że przez zaniedbania rządu giną ludzie. Pytanie tylko czy strach przed śmiercią i nieodpowiedzialność opozycji to wystarczający powód, aby ulec presji sanitarnego obłędu z ciężką szkodą dla dobra wspólnego. Owszem, stawienie czoła temu chocholemu tańcowi wymaga odwagi, a kolokwialnie mówiąc: jaj. Jak donosi z kolei francuska telewizja LCI, tych nie brakuje prezydentowi Brazylii, Jairowi Bolsonaro:

„Dziś cała uwaga skupia się na covidzie, trzeba z tym skończyć. Żal mi umarłych, naprawdę żal. Ale wszyscy pewnego dnia umrzemy, wszyscy z nas. Na nic się nie zda ucieczka przed tą rzeczywistością. Przestańmy być krajem pedałów. Powinniśmy się bić z podniesionym do góry czołem, walczyć”.

Bolsonaro i jego dosadna retoryka najwyraźniej przemawia do Brazylijczyków. Zauważmy, że tego właśnie nam brakuje: rzeczywistej walki, w której nikt, kto naprawdę potrzebuje pomocy, z jakimkolwiek pospolitym, ale potencjalnie groźnym schorzeniem, nie będzie pozostawiony sam sobie, porzucony w karetce przez szpital, który po prostu nie ma odwagi otworzyć mu swych drzwi. Podobnie nie możemy skazywać chorych na COVID-19 na „przeleżenie choroby”, bez rzeczywistej pomocy ze strony lekarzy pierwszego kontaktu, za których zresztą nadrabiają obecnie ratownicy medyczni, jakby nie istniały żadne lekarstwa, których nie mogliby oni przepisać pacjentom: czy chorych w Polsce naprawdę należy leczyć jedynie w szpitalach, gdy ich stan jest już poważny? Tudzież, dlaczego ze strony rządu brak np. zdecydowanych działań na rzecz profilaktyki podnoszącej odporność, która ma przecież kluczowe znaczenie w przypadku COVIDA?

Powszechne leczenie chorych bez wyjątku, podnoszenie odporności… – oto zwyczajne środki, które, jak przypomniał biskup Paprocki, są wymogiem moralnym. I gdzie one są? Wątpliwych, by nie powiedzieć szkodliwych środków nadzwyczajnych mamy już multum; zwykłych środków – jak na lekarstwo. Nie ma idealnych rozwiązań, ale skupienie się przez państwo na jednej chorobie, i to w taki sposób, jest po prostu szaleństwem. Św. Tomasz miał rację, gdy przestrzegał przed tym (o)błędem.

za: dorzeczy.pl

POWIĄZANE:

“Można szybko i skutecznie leczyć z COVID-19”