Pierwszy „historyk” RP – premier Morawiecki

0
158

Jedną z bardziej obrzydliwych cech tzw. etosu solidarnościowego jest całkowite, bezczelne wykorzystywanie historii do bieżącej polityki wewnętrznej i zagranicznej. Ostatnio na szczyty takiego cynicznego instrumentalizmu wspina się pan premier. Oto próbka tej swoiście pojętej “polityki historycznej” na podstawie kilku urywków z jego tyrad w dniu 17 września:

“Z morderstwami polskich patriotów, wywózkami na Sybir ponad miliona Polaków, w strasznych męczarniach umierających na Syberii, i później zwycięskim system komunistyczny, który niszczył polskich patriotów do 1989 roku – z tym, drodzy przyjaciele europejscy, cały czas musimy walczyć – ze złogami tego komunistycznego systemu. Dlatego potrzebna jest reforma wymiaru sprawiedliwości”.

“Potem oprawcy komunistyczni, ubeccy, Urząd Bezpieczeństwa, Służba Bezpieczeństwa mordują polskich patriotów, setki patriotów wymordowanych przez SB w latach 70-tych i 80-tych przez formację służące systemowi komunistycznemu”.

“Chodzi o tysiące, dziesiątki tysięcy pomordowanych przez sędziów w togach, którzy wysługiwali się komunistycznemu systemowi zagłady, zniszczenia narodu polskiego”.

Pytanie brzmi – po co jest IPN? Z jednej strony wydaje publikacje naukowe, w których z grubsza pisze prawdę, np. o liczbie ofiar polskich w okresie wojny, a także o liczbie ofiar po 1945. Ale kiedy dochodzi do publicznych wystąpień przy okazji rocznic – nikt na to się nie powołuje. Liczba wywiezionych na Syberię Polaków nagle z 280 tys. urasta do miliona (i tak skromnie), liczba wyroków stalinowskich z 4 tys. (wykonano 2500) do dziesiątek tysięcy, liczba “zamordowanych” w latach 80. do “setek”, choć liczba ta nie przekracza 100.

W tego typu imprezach biorą udział władze IPN, które co innego firmują w pracach naukowych, a co innego praktykują na oficjałkach rocznicowych. Wszystko to pod płaszczykiem “szczerego patriotyzmu”, choć tak naprawdę te ofiary są tylko elementem współczesnej gry politycznej i taktowane są instrumentalnie, tak jak np. Witold Pilecki, który gdyby nie był skazany na śmierć i np. po 1956 roku był czynny w życiu społecznym w PRL (np. w ZBoWiD-dzie) – uznano by go za „zdrajcę”, a jego oświęcimskie zasługi nie miałyby żadnego znaczenia. Bohater w tej obsesyjnej wykładni dziejów musi być martwy. Zawsze odnosiłem wrażenie, biorąc udział w takich uroczystościach, że wcale nie chodzi o pamięć o ofiarach, ale o zamanifestowanie swojego politycznego zacietrzewienia i narzucanie ogółowi swojej wizji dziejów Polski uzasadniającej współczesną politykę.

W przypadku obchodów 17 września chodzi też o to, że jest to data ważniejsza z punktu widzenia polskiej martyrologii niż 1 września, mimo że IPN ustalił na podstawie badań, że w czasie wojny z rąk Niemców zginęło 2,5 mln Polaków, a z rąk NKWD 170 tys. (głównie w latach 1939-1941). Ale dla celów obecnej rusofobicznej polityki takie „detale” nie mają znaczenia. Przebija przez te pseudohistoryczne tyrady także taka teza – że przez całą wojnę Niemcy i ZSRR to nasi wrogowie i ciemiężcy (ZSRR oczywiście znacznie groźniejszy niż Niemcy), mimo że od 1941 roku Polska i ZSRR znalazły się w tym samym obozie antyniemieckim, co miało dla losów narodu polskiego znaczenie zasadnicze, ocalając go przed ostateczną zagładą ze strony III Rzeszy. Przed tą niewygodną prawdą polscy politycy bronią się ze wszystkich sił przykrywając ją corocznymi pohukiwaniami w stylu premiera Morawickiego i prezesa Szarka.

Tygodnik „Sieci” napisał, że 17 września nigdy dla Polski się nie skończył i trwa nadal. I to jest obowiązująca wykładnia polityczna. Takie „szczegóły” jak to, że beneficjentem owego 17 września są obecnie nasi „sojusznicy” Litwa i Ukraina oraz Białoruś, oraz to, że ponad 50 proc, deportowanych na Syberię w latach 1940-1941 to Żydzi, Białorusini i Ukraińcy – też nie mają znaczenia. Przecież – jak mawiał pewien polityk PiS – historia jest zbyt poważną sprawą, żeby zostawiać ją historykom. Jasne – mamy przecież „historyków” znacznie lepszych – premiera i prezydenta.

Jan Engelgard

za: mysl-polska.pl