Kapłan czy błazen?

0
231

Izabela BRODACKA 

 „Kapłan czy błazen?” dramatycznie pyta Leszek Kołakowski w słynnym tekście z 1959 roku. To pytanie nasuwa się nam na widok pana z tęczową flagą uczepionego przy Krakowskim Przedmieściu do jakiegoś gzymsu i klepiącego się z upodobaniem po genitaliach. Czy ten pan walczy o jakąś ideę czy wręcz przeciwnie, ją ośmiesza? Czy możliwe jest aby jego wizerunek trafił na sztandary i koszulki jak podobizny Mao i Guevary?

 Zdumiewa brak umiejętności samooceny i poczucia rzeczywistości trybunów walki o to „żeby było jak było”. Ich przewodnim hasłem powinno być: „zmory i straszydła wszystkich krajów łączcie się”. Kilka lat temu obserwowałam jakiś protest KOD pod Sejmem. Starsze, zażywne niewiasty leżały pokotem na asfalcie pod barierkami broniącymi parlamentarzystów przed kontaktem z tłumem i tęgimi kończynami kopały co sił w barierki odsłaniając przy okazji bieliznę zdecydowanie drugiej świeżości. Panie wydawały się być przekonane, że są pełne wdzięku i robią na pilnujących je młodych policjantach piorunujące wrażenie. Wystawiały pomarszczone twarzyczki do zdjęć i zaśmiewały się jak podekscytowane gimnazjalistki.

Podobnie gorliwie pozował fotoreporterom pan broniący na gzymsie prześladowanych mniejszości. Wydawał się być zachwycony swoim wyglądem i swoją historyczną (we własnym mniemaniu) rolą. 

Czy ci wszyscy ludzie tak okrzepli w swoim samozadowoleniu, że nie rozumieją co robią? Czy nie ma wśród nich żadnego specjalisty od PR, który wytłumaczyłby im, że strzelają sobie dokładnie w miejsce poklepywane przez ich przedstawiciela? Czy pan z tęczową flagą oczekuje, że zdobędzie w ten sposób szacunek dla popieranej idei? Przecież świadomie lub nie tę ideę ośmiesza. Jego przesłanie jest więc wewnętrznie sprzeczne. 

Nie ma natomiast sprzeczności w obrzydliwych manifestacjach środowiska LGBT skierowanych przeciwko tradycyjnemu społeczeństwu. Sama ich flaga jest parodią chrześcijańskiej tęczy. Ma sześć zamiast siedmiu barw. Czy wyobrażacie sobie państwo aktywistów walki o pamięć holokaustu, którzy obnoszą się z sześcioramienną menorą? Podobnie hasło wymyślone przez Frasyniuka, które nie nadaje się do cytowania, a które kończy się zawołaniem „nic się nie bać” jest świadomą lub mimowolną parodią słynnego przesłania Jana Pawła: „nie lękajcie się”. A pewna posłanka, która mogła dostać się do Sejmu, tylko jako trefniś już w pełni świadomie, parodiuje hasło : „Bóg, honor i Ojczyzna”.

Hegel twierdził, że historia powtarza się jako farsa. Miał jednak na myśli nieuchronny rozwój dziejów. Nie zakładał, że kapłani jakiejś idei dobrowolnie zamienią się w błaznów. Natomiast Kołakowski gloryfikując postawę błazna miał zapewne jako wzór słynnego Stańczyka. Stańczyk był człowiekiem wykształconym, pochodzenia szlacheckiego, maska błazna umożliwiała mu swobodne i bezkarne wypowiadanie się na tematy polityczne oraz złośliwe komentarze pod adresem ludzi dworu a nawet króla. Na przykład gdy w 1522 roku król Zygmunt I udał się do Niepołomic z ciężarną małżonką królową Boną i całym dworem na szczwanie przywiezionego mu w skrzyni olbrzymiego niedźwiedzia (okrutna rozrywka polegająca na gonieniu konno z psami wypuszczonego z klatki ogłupiałego zwierzęcia), królowa spadła z konia i poroniła. Spadł również Stańczyk. Gdy król żartował, że jeździ konno jak błazen odparł:

„Większe to błazeństwo mieć niedźwiedzia w skrzyni i na swoją szkodę wypuścić”. 

We wzmiankowanym wyżej eseju „Kapłan i Błazen” Kołakowski przedstawia historię kultury jako konflikt między kapłanami i błaznami. Kapłan według Kołakowskiego to strażnik Absolutu czczonego na zasadzie ślepej wiary. Błazen to osoba poszukująca, pytająca, podważająca stworzone systemy filozoficzne i teologiczne. Kapłan bezmyślnie trwa w religii, w której się wychowywał, błazen posługuje się rozumem. 

Kołakowskiemu nie przyszło zapewne do głowy, że zostanie kiedyś ojcem duchowym człowieka publicznie masującego genitalia. Takie zachowania w czasach gdy Kołakowski pisał swój słynny esej kojarzono nieodmiennie z upośledzeniem umysłowym. Dorosłych nieszczęśników publicznie zabawiających się swoim przyrodzeniem można było zobaczyć w szpitalu psychiatrycznym lub w zakładzie opiekuńczym. Zdarzało się, że tak mimowolnie bawiły się również dzieci ale były bez trudu do tego zniechęcane.

 Pomyślmy tylko, że ideolodzy LGBT chcą wprowadzić masturbację jako przedmiot nauczania w przedszkolach. Równie dobrze można by wprowadzić zajęcia z niekontrolowanego wypróżniania się w publicznych miejscach, z której to manifestacji niczym nie skrępowanej wolności homo sapiens rezygnuje bez żalu na ogół już w pierwszym roku życia. 

Jak twierdzi w książce „Surowe i gotowane” Claude Lévi -Strauss poszukujący powtarzalnych struktur we wszelkich społecznościach, przejście od natury do kultury następuje dzięki ustanowieniu zasad rządzących relacjami małżeńskimi (doborem dozwolonych partnerów) oraz systemu wymiany symbolicznej opartej na języku. Ważną rolę w przechodzeniu od natury do kultury ma zmiana sposobu odżywiania się. Po stronie kultury jest „gotowane” w opozycji do zjadanego na surowo czy wręcz rozszarpywanego żywcem innego organizmu, albo pasienia się na surowo jadalnymi roślinami. Również dobór dozwolonych partnerów seksualnych w każdej społeczności obwarowany jest skomplikowanymi restrykcjami. Zakazy dotyczą również fizjologii, a raczej jej manifestowania. Publiczne manifestowanie fizjologii a także uwolnienie płciowości od jakichkolwiek zasad czy reguł cofa nas zatem nieuchronnie do przedcywilizacyjnego stadium życia zbiorowości. W każdej społeczności istnieje również totem i tabu, których złamanie przez szeregowego jej członka narusza porządek rzeczy. Tutaj przez totem rozumiemy przenośnie święte dla danej społeczności symbole. Zakazy totemiczne ma prawo przekraczać tylko kapłan. Zdarza się, że przekracza je bezkarnie błazen którego od odpowiedzialności uwalnia jego błazeństwo czyli niepoczytalność. Błazen jest jednak poza głównym nurtem życia społeczności i nigdy nie stanie się kapłanem.