Trzaskowski, tajemnicza TW “Panna” i SB

0
375

Aldona Zaorska

Czy np. w gronie dotowanym przez Trzaskowskiego nie ma – dajmy na to – dawnego pedofila, lobbującego za adopcją dzieci przez gejów? Skoro wspiera on TW „Pannę”, może i kogoś takiego? W końcu Trzaskowski nikogo o przeszłość nie pyta i nie sprawdza, komu daje nie swoje pieniądze. A może sprawdził i dobrze wiedział, co wyprawiała Gontarczyk-Lange? I nagrodził ją za to?

================

Rafał Trzaskowski nigdy nie ukrywał, że najbliższym mu środowiskiem jest tzw. tęczowa zaraza. Ale nie tylko ona. Kiedy w sierpniu 2019 r. przemawiał na kolejnej imprezie LGBT, czyli Warszawskich Dniach Różnorodności, obok niego stanęła starsza kobieta. Nawet zabrała głos. Przedstawiono ją jako Jolantę Lange, prezes Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego Pro Humanum, kolejnej tęczowo-lewackiej jaczejki.

Jak się okazało, jaczejki wspieranej ogromnymi dotacjami od prezydenta Warszawy. Trzaskowski, który bez skrupułów tnie wydatki na opiekę nad niepełnosprawnymi i chorymi, a nawet nad bezdomnymi pieskami, kotkami i innymi zwierzątkami pałętającymi się po Warszawie, jest niezwykle hojny dla organizacji gejowskich, lesbijskich i skrajnie lewackich. Wśród nich dla Jolanty Lange. Jak ustalił tygodnik „Niedziela”, pod koniec grudnia 2019 r. zarządzeniem prezydenta m.st. Warszawy na „działalność na rzecz integracji cudzoziemców, upowszechniania i ochrony wolności i praw człowieka oraz swobód obywatelskich, a także działań wspomagających rozwój demokracji w latach 2019–2022” została przyznana ogromna „dotacja”. Kwota 1 850 000 zł została przyznana na prowadzenie Centrum Wielokulturowego w Warszawie, którego głównym operatorem jest właśnie organizacja Jolanty Lange.

Co więcej, „Niedziela” stwierdziła, że tych dotacji może być znacznie więcej, gdyż oprócz ww. głównej umowy Jolanta Lange dostawała dotacje także na pomniejsze swoje projekty.

Trzaskowski albo nie wie, komu dał publiczne miliony i jest po prostu głupi, albo dobrze wie i jest po prostu podły. Jolanta Lange bowiem naprawdę nazywa się Jolanta Gontarczyk i jest byłą, niezwykle groźną agentką bezpieki, która jako TW „Panna” wraz ze swoim mężem Andrzejem Gontarczykiem, TW „Yonem”, inwigilowała i niszczyła dzieła sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, założyciela ruchu Światło-Życie. Warto tu przypomnieć legendarnego kapłana.

Życie pełne cudów

Ks. Franciszek Blachnicki urodził się 24 marca 1921 r. w Rybniku na Śląsku. Od urodzenia doznawał szczególnej opieki Opatrzności Bożej. Jako niemowlę podczas walk powstańczych pozostał sam w domu, z którego ewakuowano jego rodzinę. Przypadkowo jeden z powstańców zawrócił, znalazł go i odniósł do rodziny. Zanim poszedł do szkoły, bawiąc się z bratem wpadł do studni. Wyciągnął go sąsiad, który przeniósł go do szpitala, gdzie spędził kilka tygodni. Jako uczeń nie zapowiadał się na księdza, a krótko mówiąc – nie przepadał za szkołą. Wstąpił jednak do harcerstwa, które – jak mówił – ukształtowało go na całe życie, szczególnie jeśli chodzi o życie w trzeźwości i działalność w małych grupach młodych ludzi (takich jak zastęp). Już wtedy zauważył, jak ważna jest mała grupa dobrze znających się ludzi i uznał ją za podstawową w formacji młodego człowieka. Te harcerskie doświadczenia wykorzystał budując ruch Światło-Życie. Zanim jednak to nastąpiło, przez świat przetoczyła się wojna. Nie ominęła i młodego Franciszka.

Uczestniczył w kampanii wrześniowej. Do niewoli dostał się 20 września 1939r. Uciekł. Po powrocie do Tarnowskich Gór zaczął działać w podziemiu. 27 kwietnia 1940 został aresztowany przez Gestapo i wywieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz. Przebywał tam przez 14 miesięcy, w tym przez prawie miesiąc siedząc w bunkrze, w którym potem zginął o. Maksymilian Kolbe. We wrześniu 1941 r. został przewieziony do więzienia śledczego w Zabrzu, a potem do Katowic. 30 marca 1942 Niemcy skazali go na karę śmierci przez ścięcie gilotyną za działalność konspiracyjną przeciw Trzeciej Rzeszy. Oczekując w katowickim więzieniu na wykonanie wyroku, 17 czerwca przeżył swoje nawrócenie. Wydarzenie to – jak wspominał – było jednym z najważniejszych w jego życiu. Został ułaskawiony w przeddzień Święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, kiedy to karę śmierci zamieniono mu na 10 lat ciężkiego więzienia, które miał odbyć po zakończeniu wojny. Jego ułaskawienie jest jedynym znanym wypadkiem niewykonania przez hitlerowców na harcerzu orzeczonej kary śmierci. Zesłany do kolejnych obozów koncentracyjnych, został uwolniony przez wojska amerykańskie w kwietniu 1945 r. Wrócił do Polski i w lipcu wstąpił do seminarium duchownego.

Światło-Życie

W czerwcu 1950 r. otrzymał święcenia kapłańskie i rozpoczął pracę jako wikariusz w kolejnych parafiach. Od początku w sposób szczególny zajmował się ludźmi młodymi. Już w 1954 r. po raz pierwszy odbyły się rekolekcje Oazy Dzieci Bożych, metodą rekolekcji zamkniętych. To bardzo znamienne, bo w tym samym roku Jacek Kuroń zaczął zakładać drużyny walterowskie – wzorowane na pionierach czerwone harcerstwo. Ks. Blachnicki popsuł komunistom plany wychowania młodzieży według leninowskich wzorów Makarenki. Nic dziwnego, że bezpieka od razu wzięła go „na oko”.

Ks. Blachnicki się nie przejął i nie dał zastraszyć. W 1957 r. zorganizował i prowadził społeczną inicjatywę przeciwalkoholową pod nazwą Krucjata Wstrzemięźliwości. Jej rozmach i popularność sprawiły, że komunistyczne władze już w sierpniu 1960 r. zlikwidowały całą inicjatywę. Gdy ks. Blachnicki zaprotestował, w marcu 1961 r. został aresztowany pod zarzutem wydawania nielegalnych druków i „rozpowszechniania fałszywych wiadomości o rzekomym prześladowaniu Kościoła w Polsce”. Ponad 4 miesiące przesiedział w tym samym areszcie w Katowicach, w którym podczas okupacji czekał na wykonanie wyroku śmierci wydanego przez Niemców. Władze PRL skazały go na 13 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 3 lata.

Od 1963 r. zaczął działać stworzony przez niego tzw. ruch oazowy, który potem rozwinął się jako Ruch Światło-Życie. Była to metoda 15-dniowych rekolekcji dla różnych grup młodzieży, a także dorosłych i całych rodzin. Do Krościenka, gdzie odbywały się rekolekcje, przybywała młodzież z całej Polski. Komuniści byli wściekli. Nie ukrywali się zresztą, a ubecy zwyczajnie pojawiali się na mszach św. sprawowanych przez ks. Blachnickiego (zachowała się „anegdota”, jak to w czasie jednej z takich mszy, przerażeni zdemaskowaniem, poprosili księdza o odprowadzenie do samochodu, zanim górale czekający przez kościołem ich „zlinczują”).

W sieci TW „Panny”

Ogłoszenie stanu wojennego w Polsce zastało ks. Franciszka w Rzymie. Nie mógł wrócić do Polski, gdyż był poszukiwany listem gończym (śledztwo z tego okresu formalnie zakończono dopiero w 1992 r.). W 1982 r. ks. Blachnicki zamieszkał w ośrodku polskim „Marianum” w zachodnioniemieckim Carlsbergu. Założył tam Międzynarodowe Centrum Ewangelizacji Światło-Życie, którego częścią była także drukarnia i wydawnictwo „Maksimilaneum”. Ksiądz Blachnicki chciał, aby Carlsberg stał się punktem promieniującym nowymi ideami nie tylko na Polskę, ale także na całą Europę Wschodnią. W tym celu powołał Chrześcijańską Służbę Wyzwolenia Narodów (ChSWN), która organizowała sympozja, seminaria, spotkania przedstawicieli różnych narodów oraz szczególnie znane Marsze Wyzwolenia Narodów.

W 1984 r. w Carlsbergu pojawili się Jolanta i Andrzej Gontarczykowie. Jak wspominała w telewizji PL1.TV Gizela Skop, wtedy jedna z bliższych współpracownic ks. Blachnickiego, wysiedli z uśmiechem z samochodu, a Jolanta Gontarczyk oznajmiła, że teraz oni będą tu działać. I działali. Bardzo szybko zdobyli zaufanie księdza. Zaczęli pracować w wydawnictwie „Maksimilianum”, którego Jolanta Gontarczyk została kierownikiem, a jej mąż nadzorcą technicznym. 30 czerwca 1985 r. Jolanta Gontarczyk została wybrana prezesem ChSWN, pełniła także funkcję sekretarza (Andrzej Gontarczyk został doradcą ks. Blachnickiego). W 1986 r. powołano ją też na stanowisko delegata rządu RP na uchodźstwie na terenie Carlsbergu i okolic.

A jednak „coś nie grało”. Osoby działające w ww. organizacjach czy pracujące w drukarni zaczęły dostrzegać, że Gontarczykowie sabotują działania wydawnictwa i skłócają ludzi zaangażowanych w dzieła tworzone przez ks. Blachnickiego. Z czasem do Carlsbergu zaczęły napływać ostrzeżenie, że małżeństwo jest po prostu agentami bezpieki. Jak wspomina Gizela Skop, takie ostrzeżenia płynęły nie tylko z Niemiec, ale także np. z Francji. Gontarczykowie zostali też sprawdzeni w Polsce. Rozpracował ich Andrzej Wirga z „Solidarności Walczącej”, któremu udało się zdobyć informacje na ich temat bezpośrednio z bezpieki. Okazało się, że oboje od końca lat siedemdziesiątych byli agentami bezpieki.

Szczególnie znamienne jest, że według Gizeli Skop przed Jolantą i Andrzejem Gontarczykami ks. Blachnickiego próbowała ostrzec nawet matka Andrzeja Gontarczyka. Przyjechała ich odwiedzić, a potem miała powiedzieć, żeby na nich uważać, bo oboje są agentami bezpieki. Według Gizeli Skop, po tym wydarzeniu Andrzej Gontarczyk ciężko pobił własną matkę, a potem stwierdził, że upadła, idąc w nocy do łazienki.

Na początku 1987 r. większość współpracowników ks. Blachnickiego nie miała już złudzeń co do prawdziwej roli Gontarczyków. Po ich sprawdzeniu w kraju przez Andrzeja Wirgę nie było już żadnych wątpliwości – zostali wysłani do RFN w celu inwigilacji ks. Blachnickiego i rozbicia jego dzieł. Z kraju nadzorował ich doświadczony funkcjonariusz – major, a później pułkownik Aleksander Makowski, naczelnik Wydziału XI (zwalczanie dywersji ideologicznej) w I Departamencie MSW. Byli dla bezpieki tak ważni, że spotkania z oficerami łącznikowymi odbywali poza granicami RFN, przeważnie w Austrii lub Jugosławii. Niestety, zanim ostatecznie zostali zdemaskowani, zdążyli zniszczyć wydawnictwo i drukarnię ks. Blachnickiego.

Tajemnicza śmierć

Czy legendarny kapłan nie zdawał sobie sprawy, że może być inwigilowany, a bezpieka zrobi wszystko, żeby go dopaść? Zdawał sobie sprawę doskonale. Ale, jak wspomina Gizela Skop, uważał, że póki nie ma dowodów, człowiek jest niewinny, a niesłusznym oskarżeniem można kogoś bardzo skrzywdzić. Docierały do niego informacje o roli Gontarczyków, ale uważał je za pomówienia i oczekiwał dowodów. Tymczasem bezpieka w kraju też zorientowała się, że kariera cennych agentów dobiega końca. W końcu stycznia 1987 r. centrala w Warszawie postanowiła ostrzec agentów o grożącym im niebezpieczeństwie, pozostawiając im wolną rękę w podejmowaniu dalszych działań. Gontarczykowie wcześniej niż ksiądz wiedzieli więc, że zostali zdemaskowani. Sam ksiądz Blachnicki prawdę o Gontarczykach poznał dzięki Andrzejowi Wirdze pod koniec lutego 1987 r.

Musiał dostać oczekiwany dowód, bo 26 lutego wieczorem ks. Blachnicki zdradził najbliższym współpracownikom, że Gontarczykowie robili w Carlsbergu krecią robotę i to właśnie oni odpowiadają za doprowadzenie drukarni i wydawnictwa do finansowej ruiny. Był tym bardzo wstrząśnięty, bardzo poruszony, wręcz załamany podłością, której od nich doznał. Zapowiedział, że następnego dnia przeprowadzi z nimi decydującą rozmowę. 27 lutego 1987 r. przed południem udał się na spotkanie z nimi. Wrócił do domu, ale nikomu nie zdradził przebiegu rozmowy. Zjadł obiad i poszedł do siebie. Krótko potem wezwał Gizelę Skop i drugą współpracownicę. W pokoju kapłana obie kobiety zauważyły, że z księdzem Blachnickim jest bardzo źle. Ksiądz się dusił, kaszlał, na ustach pojawiła się u niego piana. Wezwany lekarz podjął próby reanimacji. Wezwał helikopter medyczny, ale zanim ten przyleciał, u księdza zaczęła się agonia. Ksiądz Blachnicki zmarł po południu. Miał 67 lat. Lekarz uznał, że doszło do zatoru płucnego. Nie zwrócił uwagi na pianę na ustach umierającego kapłana, która przy zatorze nie występuje. Jest to objaw charakterystyczny przy podaniu trucizny. Niestety, w momencie śmierci kapłana nie oskarżono nikogo o jego otrucie, więc nie było podstaw do przeprowadzenia sekcji zwłok. Ostatnimi ludźmi, z którymi spotkał się w swoim życiu, byli tajni współpracownicy SB – Jolanta i Andrzej Gontarczykowie.

Kariera w III RP

Gontarczykowie zagrożeni zdemaskowaniem przez niemiecki wywiad uciekli z RFN dosłownie jak stali w 1988 r. W zajmowanym mieszkaniu zostawili swoje osobiste rzeczy. Bezpieka przerzuciła ich do Polski i zapewniła mieszkanie w centrum Warszawy, przeznaczając na ten cel jeden z lokali operacyjnych. Jolanta Gontarczyk miała je zajmować [zajmowała – przyp. red.] jeszcze w pierwszych latach XXI w. Podobno po powrocie do Polski się rozwiedli. Andrzej Gontarczyk prawdopodobnie mieszka w Łodzi.

Jolanta Gontarczyk po 1989 r. zaangażowała się w działalność proaborcyjną i feministyczną. W 1998 r. została radną sejmiku woj. mazowieckiego z listy Sojuszu Lewicy Demokratycznej, a po 2001 r., za rządów Leszka Millera, powołano ją na zastępcę dyrektora Departamentu Administracji Publicznej, jednej z najważniejszych struktur MSWiA.

Gdy IPN rozpoczął swoje śledztwo, zwolniono ją z ministerstwa.

Zmieniła nazwisko i jako Jolanta Lange pojawiła się jako prezes Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego Pro Humanum. W zeszłym roku wystąpiła na gejowsko-lewackiej imprezie pod patronatem Rafała Trzaskowskiego i zabrała na niej głos. Rafał Trzaskowski przemawiał wtedy razem z nią. Działa nadal i nadal korzysta z pieniędzy warszawskich podatników.

Trzaskowski i jego TW „Panna”

Pierwsze śledztwo IPN w sprawie śmierci ks. Blachnickiego, prowadzone przez katowicki oddział Instytutu, zostało umorzone. I to pomimo tego, że w czasie przesłuchania w jego trakcie agentów bezpieki – TW „Panny” i TW „Yona” – stwierdzono, że oboje kłamali. Nie wiadomo, czy niemieckie służby mają jakieś informacje na temat działalności Gontarczyków jako TW bezpieki w RFN. Nie wiadomo, czy w czasie ostatniego spotkania podali coś ks. Blachnickiemu. Nie wiadomo nawet, o czym rozmawiali. Nie wiadomo, dlaczego katowicki IPN tak łatwo tę sprawę „odpuścił”

Wiadomo, że w kwestii afiszowania się z TW „Panną” Rafał Trzaskowski nie ma sobie nic do zarzucenia. Nie wstydzi się wspierania dotacjami agentki bezpieki. Dla niego jej wysługiwanie się komunie i inwigilowanie jednego z najwybitniejszych kapłanów w historii Polski jest bez znaczenia. Pytany o tę sprawę, Trzaskowski odpowiedział reporterce TVP:

Ja nie jestem cenzorem, nie prześwietlam przeszłości wszystkich, którzy otrzymują wsparcie ratusza, zwłaszcza w procedurach konkursowych, na różne cele dotyczące działalności obywatelskiej. (…) Jeśli ludzie przez rząd PiS będą pozbawiani praw obywatelskich, to może pani zadawać tego typu pytania. (podkreśl. red.) Setki fundacji, przeróżnego rodzaju inicjatywy są wspierane przez Warszawę i bardzo dobrze, bo rząd wycofuje wsparcie dla wielu organizacji pozarządowych. Moim zadaniem nie jest prześwietlanie różnego rodzaju wydarzeń.

Tak więc, drogi Czytelniku, dla Trzaskowskiego inwigilowanie księdza Blachnickiego przez Jolantę Gontarczyk, obecnie Lange i tajemnicza śmierć kapłana są tylko „wydarzeniami”, niewartymi brania pod uwagę przy dawaniu TW „Pannie” milionów.

Zapytany, czy zna przeszłość Lange, odparł:

Gdybym chciał znać przeszłość wszystkich ludzi, którzy współpracują z miastem Warszawą, to niczym innym nie musiałbym się zajmować. Zajmuję się zarządzaniem miasta i nie aspiruję, jak PiS, do budowania inkwizycji. Jeżeli ktoś złamał prawo, powinien zostać osądzony. Jeżeli macie dowody, że dana osoba złamała prawo i powinna ponieść odpowiedzialność, to zupełnie inna kwestia. To dziwne, że telewizja publiczna zajmuje się prześwietlaniem życiorysów różnych ludzi. (podkreśl. red.)

Najwyraźniej Trzaskowski podziela nienawiść Lange do Kościoła i jest dumny, że może wydawać dla bezpieczniackiej agentki pieniądze podatników. Jeśli zostanie prezydentem, pewnie zrobi ją swoim doradcą. Swoją drogą ciekawe, czy np. gronie dotowanym przez Trzaskowskiego nie ma – dajmy na to – dawnego pedofila, lobbującego za adopcją dzieci przez gejów. Skoro wspiera on TW „Pannę”, może i kogoś takiego. W końcu Trzaskowski nikogo o przeszłość nie pyta i nie sprawdza, komu daje nie swoje pieniądze. A może sprawdził i dobrze wiedział, co wyprawiała Gontarczyk-Lange? I nagrodził ją za to?

Pod koniec kwietnia 2020 r. katowicki IPN podjął umorzone w 2006 r. śledztwo sprawie śmierci założyciela i duchowego ojca ruchu oazowego. Może tym razem uda się odpowiedzieć na pytanie, czy ks. Franciszek Blachnicki zmarł na zator płucny, czy został otruty i jaka była w tym wszystkim rola ulubienicy Trzaskowskiego.

=====================

Pytamy:

Czemu Min. Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro przez tyle lat sprawowania władzy wykonawczej nie nakazał poważnego śledztwa w sprawie zamordowania ks. Blachnickiego?

za: polskaniepodlegla.pl