Będziemy go mieli w Szczecinie. 100 lat zaślubin Polski z morzem. Z pamiętników gen. J. Hallera

0
173

100 lat temu, w dniu 10 lutego 1920 roku, w imieniu odrodzonej Rzeczypospolitej gen. Józef Haller dokonał zaślubin z Morzem. Polska wracała nad Bałtyk, co było celem nadrzędnym polityki polskiej kierowanej przez Romana Dmowskiego. Jednak dopiero w 1945 roku, o czym zapominamy, Polska naprawdę na trwale i w o wiele większym wymiarze – ulokowała się nad Bałtykiem. Poniżej wspomnienie Józefa Hallera o pamiętnym dniu 10 lutego 1920:

„Już w pierwszych dniach października dostałem rozkaz przeniesienia się wraz z 11 Dywizją Piechoty do Skierniewic, otrzymując równocześnie mianowanie na dowódcę Frontu Pomorskiego, w którego skład (oprócz 11 Dywizji) wchodziła także 16 Dywizja Pomorska (płk Skrzyński), dotychczas stojąca w Poznaniu, podległa gen. Dowbór-Muśnickiemu.

Otrzymałem wkrótce wszystkie instrukcje omawiające klauzule traktatu wersalskiego oraz zawartej konwencji z Niemcami dla przeprowadzenia przejęcia ziem pomorskich przez władze cywilne i wojskowe. W tym celu musiałem odbyć szereg konferencji z ministrem dla byłych ziem pruskich panem Władysławem Seydą. Na podstawie tych konferencji opracowałem program przejęcia tych ziem przez władze polskie.

O ile pamiętam, ostatnie z posiedzeń odbyło się u mnie w Skierniewicach, gdzie cały mój plan został prawie bez zmian zaakceptowany, przy czym zapytał mnie się minister Seyda, czy jestem prawnikiem, a dowiedziawszy się, że studiowałem tylko prawo międzynarodowe w zakresie potrzebnym w wojsku, uścisnął mi dłoń wyraźnie zadowolony.

Zostało więc uchwalone, że przejmowanie ziem pomorskich rozpocznie się na południe od Torunia, od Gniewkowa przy szosie Poznań – Inowrocław – Toruń. Z drugiej zaś strony od Mławy na Działdowo, Brodnicę, Grudziądz. 16 stycznia wmaszeruje 16 Dywizja Pomorska do Torunia, a dowództwo Okręgu Pomorskiego miał objąć gen. Pruszyński. 19 stycznia 1920 roku wmarsz reszty wojsk pod moim dowództwem, wraz z wojewodą Łaszewskim, i oficjalne objęcie powracającego do Polski Pomorza.
Uroczyste przejęcie wybrzeża morskiego i portu w Pucku nastąpić miało dopiero 11 lutego 1920 roku, po opuszczeniu Gdańska przez resztę wojsk niemieckich. Dziwnym zbiegiem okoliczności dowódcą wojsk niemieckich wycofujących się z Pomorza w kierunku Gdańska był pruski generał – von Małachowski.

W Skierniewicach przeszedł czas na przygotowaniach w nieładnym byłym carskim pałacu. Jedyną przyjemnością był tylko duży park, z którego korzystałem dla moich rannych przejażdżek konnych. Poznałem też trochę okolice, mając dużo zaproszeń od okolicznych ziemian, a także zwiedziłem okolice aż po Płock i Włocławek. Nie zapomnę nigdy przyjazdu do Płocka, którego ludność wyległa aż za most, skąd cały orszak był prowadzony do katedry, z sędziwym arcybiskupem Nowowiejskim na czele.

Nastał nareszcie dzień wmarszu naszych wojsk do Torunia. W myśl moich rozkazów oczekiwałem pierwszego meldunku po wejściu do Gniewkowa i rzeczywiście telegram nadszedł, ale nieoczekiwanej treści: „Pułkownik Skrzyński, dowódca 16 Dywizji Pomorskiej, melduje, że u wejścia do Gniewkowa natrafił na opór niemiecki i zapytuje, co robić”.

Odwrotnie dostał moją odpowiedź: „Opór siłą przełamać. Maszerować dalej”. Natychmiast też wyruszyłem – o ile pamiętam – w dzień bardzo śnieżny, do Ciechocinka, skąd już następnego dnia po przeprowadzeniu inspekcji brygady kawalerii wyruszyłem do Torunia.

19 stycznia 1920 roku, w bardzo słoneczny dzień, stary kopernikowski Toruń przyjmował wojska polskie i władze cywilne. Rynek z pięknym ratuszem był zatłoczony rozentuzjazmowaną ludnością, w pośrodku odbijały jasno swoim błękitem wojska 11 Dywizji. Witał imieniem miasta pierwszy jego prezydent – dr Steinborn, zaś imieniem Komitetu Obywatelskiego – dr Dandelski. Wreszcie poproszono mnie na balkon ratusza, skąd przemówiłem, witając imieniem Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza oraz rządu polskiego staropolski gród, który dzięki Opatrzności Bożej wrócił znów do Polski, aby już nigdy nie być z nią rozłączonym.

Nim jeszcze ostatnie słowa wypowiedziałem, rozpoczął się wspaniały śpiew ku chwale Boga, pod którego opiekę udawał się zawsze naród polski:

Kto się w opiekę odda Panu swemu,
A całym, sercem szczerze ufa Jemu.

Po tej wspaniałej manifestacji przeszedłem wraz z całym orszakiem władz cywilnych i wojskowych wzdłuż frontu wojsk. Podczas przeglądu grany był hymn Jeszcze Polska nie zginęła. Po defiladzie i bankiecie w sali ratuszowej zwiedzałem muzeum i różne zabytki miasta.

Zaczął się okres organizacyjnej pracy przy bardzo lojalnej i rozsądnej współpracy władz wojewódzkich. Naturalnie, że trzeba było być przygotowanym na możliwość niespodzianek ze strony Niemców, którym nigdy nie można dowierzać. Tak się też stało: w Toruniu egzystował koncern drukarski, który wydawał organ niemiecki „Thorner Zeitung”. W jednym z numerów, który był mi wcześnie rano przedstawiony, wyczytałem krótki, ale bezczelny artykuł redakcyjny przeciwko Naczelnikowi Państwa Józefowi Piłsudskiemu i szkalujący armię polską.

Natychmiast przywołałem starostę Frontu Pomorskiego, który był w randze kapitana, pana Fjurnhelma, i zapytałem go, co zarządził. Dowiedziawszy się, że jeszcze nic i że nie wiedział, jak postąpić, otrzymał moje polecenie: skonfiskować cały nakład, zamknąć i opieczętować zakłady drukarskie.

Spytał, co zrobić z właścicielem i wydawcą.

Odpowiedziałem:
– Przyaresztować, przeprowadzić śledztwo i postawić pod sąd.

Tak się też stało. Rozprawa sądowa odbyła się bardzo szybko, a wyrok był następujący: pismo „Thorner Zeitung” przestaje istnieć i w żadnej – nawet zmienionej – formie nie może być wydawane. Zakłady drukarskie mają być zlikwidowane, a właściciel-wydawca zostaje zasądzony – o ile pamiętam – na trzydzieści dni aresztu. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po wypuszczeniu go z aresztu otrzymałem piękne własnoręczne pismo od zasądzonego właściciela „Thorner Zeitung”, w bardzo pokornym tonie: „Ich habe die mir zurecht zugestandene Strafe bereits abgebust und will von nun an ein lojaler polnischer Sta-atsbiirger werden”. W dalszym ciągu przepraszał za to, że pisze po niemiecku, mówiąc, że jeszcze się nie mógł nauczyć „die polnische Mut-tersprache” itd.

Tak zakończył się ten incydent, ale po Pomorzu kursowała gazeta niemiecka wydawana w Gdańsku „Danziger Zeitung”. Na odmianę w tej gazecie znalazł się znów podobnie bezczelny artykuł, po którym nastąpiła piorunowo moja reakcja: zarządziłem konfiskatę pisma na całym terenie Pomorza i odebrałem mu debit. Skutek był równie piorunujący, gdyż już następnego dnia pojawił się wydawca i naczelny redaktor tego pisma, prosząc, bym go przyjął. Odpowiedziałem, że go nie przyjmę, i poleciłem staroście frontowemu oświadczyć, iż uzależniam ewentualne przywrócenie debitu od próby trzymiesięcznej, w czasie której „Danziger Zeitung” będzie przysyłała pocztą do dowództwa frontu bezpłatnie dziesięć egzemplarzy, abym mógł się przekonać o rzeczywistej lojalności tego pisma.

Nie wiem, co się później stało, gdyż zostałem odwołany przez Naczelne Dowództwo. Ale Niemcy jeszcze próbowali zaskoczyć nas w inny sposób. Jeszcze przed wyjazdem moim przez Gdańsk do Pucka dla przejęcia portu i wybrzeża morskiego, jak i całych Kaszub, otrzymałem tajny meldunek, że urzędnicy kolejowi, Niemcy, przygotowują sabotaż na kolejach od Tczewa do Gdańska. Meldunek ten nadszedł późnym wieczorem.

By nie dezorganizować kolei, pozostawiono prawie wszystkich dotychczasowych kolejarzy na stanowiskach. Mając teraz jeszcze całą noc do dyspozycji, wydałem natychmiast szyfrowane polecenie do oficera przy starostwie w Tczewie z rozkazem cichego zaalarmowania batalionu saperów, w którym znajdowali się także wyszkoleni kolejarze, z poleceniem zajęcia o piątej z rana wszystkich stacji kolejowych.

To zostało tak sprawnie wykonane, że gdy służba stacyjna zmieniała się rano, wszędzie już miejsca były zajęte. Sabotaż się nie udał, a moment ten został wyzyskany przez nas dla pozbycia się niepożądanych elementów.

10 lutego wczesnym rankiem wyruszył mój pociąg specjalny przez Grudziądz, Tczew, Gdańsk do Pucka, na wszystkich stacjach owacyjnie witany. Od Grudziądza jechał ze mną przedstawiciel rządu, minister spraw wewnętrznych Stanisław Wojciechowski. W Gdańsku nastąpił dłuższy postój, ponieważ polska ludność ze starostą Wybickim na czele zgotowała nam na dworcu manifestacyjne przyjęcie. Starosta Wybicki wręczył mi dwa platynowe pierścienie dla zaślubin Rzeczypospolitej Polskiej z Bałtykiem.

Dopiero przed pierwszą po południu dotarł pociąg do Pucka, gdzie mimo późnej godziny i deszczu ludność oczekiwała w porcie koło ołtarza. Tam wkrótce dziekan Frontu Pomorskiego ksiądz płk {Józef] Wrycza celebrował Mszę świętą zakończoną Te Deum.

Drobny deszczyk nie przeszkadzał zupełnie, a Kaszubi twierdzili, że tak zawsze Bóg błogosławi rybakom, jak wyjeżdżają na dobre połowy. Po Mszy świętej przy salutach armatnich i odegraniu hymnu polskiego morska bandera polska wzniosła się na maszt. Dotychczasowy strażnik wybrzeża – rybak kaszubski z jedyną bronią, wiosłem u boku, oddawał straż w ręce marynarza polskiego.

Stojąc pod banderą oświadczyłem w krótkim przemówieniu, żeśmy wrócili nad morze i że Rzeczpospolita Polska staje się znów władczynią na swoim Bałtyku, na znak czego – zaślubin Polski z Bałtykiem – rzucam w morze pierścień ofiarowany przez polską ludność Gdańska, który znów będzie polskim.

Za tym pierścieniem pobiegło po lodowej tafli lśniącej pod wodami kilku Kaszubów, lecz żaden z nich nie mógł uchwycić pierścienia, który wiernie połączył się z wodami Bałtyku, a na moje zapytanie:

– Czemuście go nie chwycili? – odpowiedzieli proroczo:
– Będziemy go mieli w Szczecinie.

Bardzo mnie to ujęło, gdyż wyczuwaliśmy, że Puck to nie pełne morze, a tylko małe okienko na nie, co też wyraziłem tego samego dnia na bankiecie w Domu Zdrojowym, w którym wziął także udział przybyły z Warszawy wicepremier Witos, który zadeklarował pewną globalną sumę jeszcze w markach polskich na rozbudowę portów na Bałtyku.

Zaznaczyć muszę jeszcze tutaj, że minister spraw wojskowych Sosnkowski w słusznym rozumieniu potrzeb komunikacyjnych na Wybrzeżu zainicjował natychmiast budowę kolei Puck-Hel.

Następnego dnia, 11 lutego, wyjechałem z Gdyni, gdzie nocowałem w jedynym wówczas murowanym domu piętrowym, należącym do emerytowanego księdza, Polaka, a noszącym nazwę Stella Maris. Wraz z wojewodą Łaszewskim wyjechałem samochodem w towarzystwie adm. Porębskiego i gen. Lamezana, aby zwiedzić całe wybrzeże Bałtyku, od Wielkiej Wsi aż po Jastrzębią Górę.

W Wielkiej Wsi, mniej więcej w tym miejscu, gdzie obecnie osada Hallerowo, wypłynęliśmy na morze małym motorowym kutrem rybackim o niemieckiej jeszcze nazwie „Seestern”, a lądowaliśmy w tym miejscu, gdzie obecnie jest port Władysławowo. Z powodu braku przystani byliśmy wynoszeni przez rybaków na ich plecach.

Stanąwszy na lądzie, byliśmy przyjęci przez delegację wiejską z panami Czorlińskim i Detlafem na czele, którzy nas poprowadzili pod pięknie ustrojoną i przybraną flagami bramę, gdzie dzieci wiejskie odśpiewały pieśń Gwiazdo morza, a potem cała ludność zaśpiewała Boże, coś Polskę. Z zadziwieniem spostrzegłem już mocno siwiejącego artystę malarza Fałata, którego nie widziałem od 1917 roku, gdy malował w Warszawie mój portret. Tutaj stanął z omszałą butelką starego tokaja i sprezentował mi pierwszy kieliszek, który wypiłem na cześć Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej. Wręczyłem następnie pełny kieliszek nieodstępującemu mnie wspaniałemu rybakowi Piperowi. Długo się przyglądał złotemu kolorowi wina, dopiero jak powiedziałem:

– Niech żyją Kaszuby – on wypił kropelkę, potrząsnął głową i powiedział:
– Szmaka za więcej! – co ja podchwyciłem i dodałem:
– Nam wszystkim szmaka za więcej tego morza, bośmy dostali tu małe okienko, a nam potrzeba szerokich wrót!

Zostało to przyjęte żywymi okrzykami: „Niech żyje morze polskie!”.

Po przejechaniu wzdłuż całego wybrzeża przez Chłapowo ku Jastrzębiej Górze, ostatniej miejscowości najdalej wysuniętej na zachód, podążyliśmy przez Redę do Gdyni, gdzie już zebrało się kilku ekspertów portowych.

W następnych dniach po powrocie do Torunia najprzód zmieniłem mieszkanie. Dotychczas mieszkałem w domu Thomasa, właściciela firmy toruńskich pierników, który został mi przedstawiony jako bardzo lojalny toruńczyk, choć po polsku niemówiący. Staraniem starosty Czarlińskiego został przygotowany domek na placu koło kościoła garnizonowego. Za czasów niemieckich był dom ten znany jako „Leśniczówka”. Mogłem wreszcie zamieszkać wraz z moją żoną, która przybyła z Zakopanego z synem.

Następne dni lutego wykorzystałem dla objazdu całego Pomorza, a więc miejscowości: Działdowo, Lidzbark, Brodnica, Wąbrzeźno, Grudziądz, Gniew, Tczew, Kościerzyna i Kartuzy, a wreszcie Tucholską Puszczą przez Chojnice, Koronowo, Nakło zajechałem do Bydgoszczy, którą zajęły już wojska Dowbór-Muśnickiego.

Dochodziły mnie słuchy, że jakiś oddział kawalerii ma jakoby urządzić pucz na Gdańsk. Wywołało to widocznie zaniepokojenie, skoro przybył zaraz do mnie wyższy oficer francuski z Gdańska, przestrzegający przed taką ewentualnością, która mogłaby bardzo zaszkodzić Polsce i dobrej reputacji, jaką mieliśmy, że przestrzegamy przyjętych zobowiązań. Francuski oficer wyraził obawę, że wobec niezałatwienia jeszcze kwestii przynależności Górnego Śląska do Polski wszelkie gwałtowne zmiany mogłyby się odbić fatalnie na przyszłych postanowieniach w Wersalu.

Udało mi się znaleźć przyczynę tych obaw, niestety mających realne podstawy, w małym, ale szkodliwym – bo zupełnie nieodpowiedzialnym – ruchu konspiracyjnym, i w zarodku przerwać tę szkodliwą działalność.

W tymże samym czasie dochodziły już wiadomości o innym puczu, z niemieckiej strony, niejakiego Kappa, co wymagało z mojej strony wielkiej czujności. Dlatego wzmocniłem załogę w Tczewie, gdzie poleciłem śledzić ruch odbywający się pomiędzy Niemcami a Prusami Wschodnimi.

Józef Haller, „Pamiętniki”, Łomianki 2014, ss. 245-253.

Mieszkańcy Pomorza!

Po blisko 150 latach niewoli nadeszła chwila wyzwolenia. Wkraczające Wojska Polskie dokonują przyłączenia tych ziem do Państwa Polskiego.

Jako wódz Armii, której przypadło w udziale szczęście dokonania tego uroczystego historycznego aktu, witam Was przepełnionym radością sercem.

Odwieczne dziedzictwo Piastów i Jagiellonów, kolebka Kopernika wraca znowu do swojej Macierzy. Przed 600 laty wydarte królowi Władysławowi Łokietkowi przez Zakon Krzyżacki, po zwycięstwach na polach Grunwaldu, Tannenbergu i wiekopomnych walkach Kazimierza Jagiellończyka, zakończonych pokojem w Toruniu z Polską znowu złączone, dzieliło z nią czasy najwyższej chwały i świetności złotego wieku Polski, aż do czasów zbrodniczego rozbioru naszego Państwa.

Dzisiaj wraca do swojej Ojczyzny dzięki zwycięstwu najszczytniejszych haseł postępu i sprawiedliwości dziejowej, i reprezentowanych przez bohaterskie armie i szlachetne ludy Sprzymierzonych Mocarstw Zachodu z nami zaprzyjaźnione, dzięki bohaterskim wysiłkom naszego żołnierza, który od lat tylu na wszystkich polach bitew, na obcych nawet ziemiach, od słonecznych Wioch do brzegów Morza Białego krew swoją za wolność, całość i niepodległość Ojczyzny przelewał.

Przed Wami dzisiaj otwiera się epoka nowego życia i świetności nowego wieku złotego Zygmuntów i Batorych, kiedy Wisła i nasze morze staną się znów łącznikiem Polski z całym światem.

Cała Polska w tym dniu radosnym oddaje hołd mieszkańcom tej ziemi za ich niezłomność, hart ducha, wielkie cnoty obywatelskie, wytrwałość nigdy w nieśmiertelność Narodu.

Dzień dzisiejszy jest dla Was najwyższą za to nagrodą. Młodzieży polska Pomorza!

MŁODZIEŻY POLSKA POMORZA! Nie danym Ci było dotąd służyć w szeregach Armii narodowej. Dzisiaj nadchodzi pora czynu więc wzywam do szeregów bohaterskich Wojska Polskiego, które ma strzec potęgi i świetności Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

Odezwa Naczelnika Państwa wzywa do pracy wszystkich obywateli Państwa Polskiego stojąc na gruncie tradycyjnej polskiej tolerancji bez względu na narodowość i religię. Jestem przekonany, że wszyscy na to wezwanie odpowiecie wytężoną pracą dla dobra Państwa i tych ziem, ze spełnicie wszystkie obowiązki, jako obywatele tego Państwa, że wszędzie zawsze okażecie należny posłuch władzom państwowym polskim.

W radości i szczęściu dnia dzisiejszego zjednoczymy się wszyscy w pracy dla Państwa Polskiego, jednością i pracą potężni.

Dowódca Frontu Pomorskiego
Józef Haller, Jenerał broni
Toruń, 21 stycznia 1920 roku.

za: mysl-polska.pl