G. K. Chesterton: Bunt rozwydrzonych dzieci

0
262
Ciągle słyszymy, że każde pokolenie buntuje się przeciw poprzedniemu. Nikt jakoś nie dostrzega, że jest to zazwyczaj bunt przeciw poprzedniemu buntowi. Najnowszym powodem do rebelii jest tak naprawdę poprzednia reforma.

Weźmy pierwszy z brzegu przykład. Gazety obszernie recenzują nowy gatunek powieści. Nie – nie jest to wcale powieść nieprzyzwoita. Przeciwnie, jest ona bardziej przyzwoita, niż jej twórcy zdają sobie sprawę; graniczy wręcz z surową cnotliwością. Ilustruje, w gruncie rzeczy, nawrót ku staroświeckiej etyce, będący reakcją na etykę nowoświecką. To nie tyle bunt córek, ile tryumf prababek.

Panna May Sinclair napisała dziełko w tym właśnie guście, o samotnej kobiecie, której życie zostało zrujnowane wskutek wychowania – a ściślej biorąc, wskutek wrażliwości i łagodności, jakie jej okazywano, oczekując, by zawsze zachowywała się „jak  najpiękniej”. Całkiem zbieżny pogląd prezentuje pani Delafield w książce pod szalenie oryginalnym tytułem: Oszustwo. Autorka sugeruje, że dzieci, ni mniej ni więcej, są szkolone w oszukiwaniu innych ludzi, a przede wszystkim samych siebie. Metodą tego szkolenia jest szacunek okazywany ich uczuciom oraz ciągłe odwoływanie się do lepszej strony ich natury, na przykład powtarzanie: „przecież nie uderzysz tatusia”.

No cóż, staromodny i bardziej prostolinijny styl wychowawczy nie ograniczał się do perswazji: „nie uderzysz tatusia”. Czasem wybierało się inną opcję: „bo tatuś uderzy ciebie”. Ale nie szukam tutaj argumentów za ani przeciw surowemu ojcu. Chcę tylko zauważyć, że panna Sinclair i inni podobni pisarze tak naprawdę wysuwają argumenty za dawnym surowym ojcem, a przeciw niedawnemu ruchowi, który miał tegoż ojca zreformować i zresocjalizować. Sam jeszcze pamiętam czasy, kiedy postępowcy oferowali nam, w charakterze świetlanej perspektywy, te same metody wychowawcze, które z takim gniewem opisują dziś pisarki w mrocznej retrospektywie. Wyjaśniali, że prawdziwe wychowanie polega wyłącznie na rozwijaniu lepszej strony charakteru i powinno ograniczać się do mówienia dzieciom, by „jak najpiękniej” się zachowywały. Trzeba dziecku łagodnie perswadować, że nieładnie jest bić tatusia, nie odwołując się do bardziej arbitralnych argumentów. Do takiej właśnie etycznej edukacji sprowadzał się w czasach mojej młodości cały plan pedagogiczny wobec następnego pokolenia. Z góry nam wyliczono, o ile skuteczniejsze okaże się takie podejście, niż ponura i brutalna koncepcja autorytetu rodziców. Ta właśnie wizja kształcenia młodzieży, tak pełna radosnego humanizmu, stanowić miała nadzieję na lepsze czasy.

Innymi słowy, kazano nam pokładać nadzieję w czymś, co ledwo zdążyło wejść w życie, a już zostało nazwane oszustwem przez panią Delafield, i co panna Sinclair znienawidziła jako źródło udręczenia. Obie autorki, jak się zdaje, ucierpiały nie z powodu autorytaryzmu dziadków, lecz permisywizmu ojców. Ich narzekania to pierwszy owoc reformy wychowawczej, będącej wspólnym dziełem społecznych idealistów i stowarzyszeń szerzących kulturę świecką. Powtarzam, że opisuję w tej chwili ich opinie, a nie moje własne. Nie wychwalam ani rózgi, ani metod psychologicznych, wskazuję tylko, że protest przeciw metodom psychologicznym siłą rzeczy oznacza swego rodzaju argument za rózgą. Nigdy nie wierzyłem szczególnie ani w jedno, ani w drugie. To tylko postępowcy, pokolenie za pokoleniem, z wielkim nakładem sił i środków stwarzają  coraz to nowe problemy, po czym lamentują wniebogłosy, domagając się, by je rozwiązać.

Ich humanizm sam w sobie nie był zły. Nie potępiajmy kategorycznie wiktoriańskiego idealisty za to, że chciał być dobry dla dzieci. Dość śmieszni są ci młodzi pisarze, tupiący i wołający: „Nigdy, przenigdy nie wybaczę mojej matce, że traktowała mnie z wielką czułością!”, albo deklarujący z pasją: „W mym sercu gorzeje płomień zemsty, ilekroć wspomnę, że tata był dla nas zawsze uprzejmy przy obiedzie! Dusza moja zanosi się szlochem na myśl o bezczelnej samokontroli stryjka Jana, który nigdy, cokolwiek bym zrobił, nie złoił mi skóry!”. Idealista po prostu idealizował człowieka, i trudno się dziwić, skoro przedstawiono mu ten ideał, bardzo serio, jako najlepszy model edukacyjny. Ale skoro ujmujemy się za późnowiktoriańskim idealizmem, trzeba ująć się również za wczesnowiktoriańskim autorytetem. Jeden rzut oka na młodych pisarzy – i już  znajdziemy dobre słowo dla stryjka, łojącego skórę rozwydrzonemu smarkaczowi. To lekka przesada, krytykować pradziadka z rózgą wyłącznie za to, że nie stosował środków wychowawczych, z których my właśnie się wycofujemy. Trudno go obwiniać, że nie odkrył naszych wybornych sentymentalnych metod, skoro, jak następnie stwierdzono, okazały się one funta kłaków warte.

Dzisiejsi postępowcy są zatem w fatalnej sytuacji. Na gwałt usiłują znaleźć trzeci model – nie autorytet, potępiony, bo nie jest łagodną perswazją, i nie łagodną perswazję, która okazała się gorsza nawet od autorytetu. Największym przybliżeniem do jakiejś alternatywy okazała się koncepcja indywidualności. Głoszą więc teraz, że należy pozwolić dziecku, by odnalazło swoją prawdziwą osobowość, bo każda ludzka istota powinna być sobą.

Ze wszystkich mętnych frazesów dzisiejszego świata ten jest chyba najbardziej pozbawiony treści. W jaki sposób siedmiolatek ma zdecydować, czy odnalazł swą prawdziwą osobowość? I w jaki sposób, skoro o tym mowa, ma to za niego rozstrzygnąć jakikolwiek dorosły? Jak w ogóle można to ocenić? To wyrażenie ma sens tylko w najwyższym, mistycznym znaczeniu, bo każdy człowiek został stworzony z jakimś zamysłem Bożym – lecz nawet ten zamysł pozostaje dla nas tajemnicą. A dla kogoś, kto nie wierzy w Boga, mówienie o „prawdziwej osobowości” musi stanowić po prostu bełkot. Żądanie, aby być sobą jest wysoce niekonkretne. To nie mistyczna zagadka, tylko zagadywanie problemu.

Z czysto ludzkiego punktu widzenia, osobowość człowieka kształtuje się poprzez współdziałanie sił wewnątrz dziecka i sił na zewnątrz. Dziecko nie może wyrastać w próżni, bez żadnych zewnętrznych oddziaływań. Warunki tak czy owak uformują mu charakter lub wywrą na nie wpływ, niezależnie od tego, czy będzie to rózga dziadka, perswazja ojca czy konwersacja między postaciami w powieści panny Sinclair. Czy jest na świecie ktoś, kto potrafi bez wahania stwierdzić, który z tych elementów wspomógł prawdziwą osobowość dziecka, a który ją wypaczył?

Bo czym jest prawdziwa osobowość? Ci dzisiejsi filozofowie myślą, jak się zdaje, że jest to jakaś konkretna i złożona istota, ukryta już w postaci gotowej wewnątrz każdego  niemowlaka, a my tylko mamy pozwolić, żeby ze śpiewem na ustach wymaszerowała na zewnątrz. A przecież czytając biografie wybitnych ludzi rozumiemy, że bardzo trudno byłoby ocenić, na ile ich charakter wynikał z wrodzonych predyspozycji, a na ile z prób życiowych, przez które przeszli, cierpień, które przeżyli i prawd, które zdołali odkryć. Dzisiejsi psychologowie powinni dać nam jakieś wskazówki, pozwalające sprawdzić, czy ich transcendentalna idea prawdziwej osobowości została w danym wypadku zrealizowana. W obecnym stanie rzeczy każdy może wskazać dowolną część osobowości i powiedzieć, że to sztuczny dodatek, zamazujący to, co prawdziwe.

Spójrzmy na bohaterów powieściowych. Większość zwariowanych i anarchicznych postaci literackich to dla mnie istoty kompletnie wydumane; tak samo myślałbym o nich w prawdziwym życiu, gdyby w ogóle się w nim pojawiały. Lecz nawet postać literacka powinna stanowić wypadkową doświadczeń i podstawowych impulsów; powinna zmieniać się wskutek swoich przeżyć. Czytelnik może dumać, jaką drogą poszedłby jej rozwój, gdyby te przeżycia ją ominęły. Każdy może się zabawiać, próbując odjąć doświadczenia od charakteru i uzyskać czystą, nieskażoną osobowość; każdy, ma się rozumieć, kto chce marnować czas.

Toteż, nie będąc fanatycznym wyznawcą dawnych metod, czy to opartych na przymusie, czy na perswazji, jestem zdania, że jedne i drugie wspomagały się zdrowym rozsądkiem, którego zupełnie brakuje w wypadku trzeciej koncepcji. Rodzic, karząc dziecko albo łagodnie do niego przemawiając, był przynajmniej świadom pewnej prostej prawdy. Był mianowicie świadom, że Bóg jeden wie – w najdosłowniejszym sensie tego zwrotu – jaki charakter rzeczywiście ma dziecko i na kogo powinno  wyrosnąć, aby było w pełni sobą. Jedyne, co możemy zrobić, to przekazać mu takie prawdy, które, jak wierzymy, zawsze będą prawdziwe, na kogo by nie wyrosło. Trzeba posiadać kodeks moralny, który naszym zdaniem da się zastosować do wszystkich dzieci na świecie, a skoro tak, należy go narzucić również naszemu dziecku. Jeśli ma poczuć się naprawdę sobą jako oszust czy sadysta, musimy mu wyjaśnić, że nie chcemy, aby ktokolwiek realizował się poprzez oszustwa czy sadyzm. Innymi słowy, musimy na tyle mocno wierzyć w jakąś religię albo światopogląd, aby odpowiedzialnie
się na tym oprzeć, wszystko jedno jakie rewelacje ogłosi nam następne pokolenie. Bóg jeden wie, powtarzam, jaki będzie skutek ostateczny. My jesteśmy odpowiedzialni za to, co zachodzi na początku – czyli za to, co sami wkładamy dziecku do głowy.

***

Kiedy Jefferson tworzył amerykańską Deklarację Niepodległości, wywiódł prawa człowieka z zamierzeń Stwórcy; i to jest filozoficzna podstawa dla każdej teorii, która głosi, że człowiek ma prawo oczekiwać sprawiedliwości. Tak czy owak, ludzie wierzący w rozmaite religie albo nie wierzący w żadną zdołali uwierzyć, że człowiek takie prawo posiada. Potem, w XIX wieku, nadeszła reakcja – wolność, by wątpić w wolność. Gdy dorastałem, w kręgach akademickich modne były szyderstwa z praw człowieka. Z upodobaniem powtarzano za Matthew Arnoldem (1), że nikt, kto wejrzy w głąb siebie, nie znajdzie tam żadnych zgoła praw. Dobrze by zrobiło Matthew Arnoldowi, gdyby został kopniakiem wyrzucony z własnego domu, jak irlandzki dzierżawca, powieszony za napisanie artykułu, jak polski szlachcic, zesłany na Sybir, jak rosyjski nihilista, lub zmasakrowany, jak Ormianin. Wówczas, wejrzawszy w głąb siebie, zrozumiałby, co też ludzie mają na myśli, gdy mówią o prawach człowieka.

Ale pomińmy tę kwestię – w tym miejscu opisuję tylko bieg wydarzeń. Dawne religijne poczucie ludzkich praw zostało wyparte przez nowy sceptycyzm, głoszący, że samo pojęcie praw człowieka jest transcendentalne i przez to bzdurne. Całkiem możliwe, że większość ludzi powie tak i dziś w odniesieniu do praw, które naprawdę należą się człowiekowi, takich jak prawo do sprawiedliwości, prawo do chleba czy też tego, co Jefferson nazwał prawem do życia, wolności i dążenia do szczęścia. Te trzy ostatnie w nowoczesnej frazeologii są zbiorczo nazywane „prawem do bycia sobą”.

O dziwo, gdy nastała z kolei reakcja na XIX-wieczną reakcję, zaczęło to być rozumiane nie tylko jako prawo do bycia sobą, lecz bardziej jako prawo, by być kimś innym. Nazywa się to również prawem do „nowych doznań”. Ludzie żywią dziś głębokie,  mistyczne wręcz przekonanie, że należy im się wolność zdobywania nowych doświadczeń, wolność eksperymentowania na własnym życiu, nawet jeśli te eksperymenty przekraczają granice nie tylko zwyczajności, ale normy. Niemal wszystkie powieści i liczne artykuły w gazetach opierają się dziś na dogmacie, że człowiek ma prawo uczynić to czy tamto w tym jedynie celu, by wypróbować, jakich wrażeń się przy tym doznaje. Dzisiejszy nastolatek nie domaga się czegoś, co każdy powinien mieć. Domaga się czegoś, co każdy, w teorii, mógłby mieć. Rości sobie prawo nie tylko do własnych życiowych przygód, ale również do cudzych.

Wyznawcy postępu uważają, że mistycyzm to nonsens. Doskonale – powiem zatem, że ich własne podejście to wyjątkowo nonsensowny rodzaj mistycyzmu. Byłoby absurdem, gdybym oznajmił, że odebrano mi prawo do upojnych doznań sułtana w haremie lub do poczucia mocy, przenikającego kapitana okrętu. Przecież nie zostałem wyzuty z należnego mi dziedzictwa. Nie jestem prawowitym właścicielem wszelakich emocji i ekstaz, jakie tylko na tym świecie istnieją. A jednak w taki właśnie absurdalny sposób zachowuje się bohaterka dzisiejszej powieści, flirtująca z mężem przyjaciółki i twierdząca, że w jej życiu otwiera się oto nowa wspaniała przygoda, więc ma prawo zaliczyć to nowe doświadczenie. Tylko dlaczego jej prawo miałoby być większe niż prawo żony, która, bądź co bądź, była tam pierwsza? Pan Bóg raczy wiedzieć. Nasza  bohaterka (która w Boga nie wierzy) nie wie na pewno.

A skoro pojawił się nowy, nieuświadamiany dogmat, nakazujący robić najrozmaitsze rzeczy, aby się przekonać, co się przy tym czuje, niedawno dwóch młodych ludzi 2 wprowadziło tę teorię w życie w sposób całkowicie konsekwentny i logicznie uzasadniony. Nigdy dotąd nie zabili dziecka i ciekawi byli, jak to jest. Wedle zasad nowej religii mieli święte prawo zaspokoić swą ciekawość nowych przeżyć. Tak też uczynili. Można by sądzić, że za to morderstwo zawiśli na szubienicy.

Nic podobnego – nie na darmo ich ojcowie byli potężnymi milionerami. I w tym momencie przychodzi mi do głowy, że jest przecież pewne przeżycie, którego nikt z nas dotąd nie doświadczył. Nigdy i nigdzie, pośród całej różnorodności naszego wszechmądrego zachodniego świata, nie zdarzyło się jeszcze, abyśmy powiesili milionera. A przecież byłaby w tym chwała, pasja i promienne piękno, do którego aż serca nam się wyrywają. Czemuż, o czemuż nie jest nam to dane?

 


(1) Matthew Arnold (1822-1888) – wpływowy literat, krytyk i poeta.

(2) Mowa o sprawie Richarda Loeba i Nathana Leopolda, którzy w 1924 roku zamordowali 14-letniego chłopca. Jak powiedzieli sądowi, chcieli się dowiedzieć, co się czuje zabijając człowieka. Ponieważ pochodzili z bardzo bogatych rodzin, bronił ich najsławniejszy amerykański adwokat. Skazano ich na dożywocie, z możliwością warunkowego zwolnienia. Ta sprawa, bardzo głośna w USA, stała się potem kanwą dla fillmu Hitchcocka.


Eseje G.K. Chestertona publikowane były w latach 1920-1930.

Felieton ukazał się w tomiku “Obrona wiary”, Wyd. Fronda, 2012 rok.