Po co Amerykanom setki tysięcy polskich dokumentów archiwalnych dotyczących Holokaustu ?

0
15906

Dr Leszek Pietrzak

Na razie próbuje się obciążyć Polskę i Polaków odszkodowaniami za niemiecką zbrodnię Holokaustu, ale za parę lat zapewne znajdą się w USA organizacje, które będą domagać się od Polski odszkodowań za marzec 1968 r.

Znana w Polsce z braku wyczucia dyplomatycznego amerykańska ambasador Georgette Mosbacher domaga się od polskiego Instytutu Pamięci Narodowej archiwów z czasów II wojny światowej. Amerykanie chcą mieć w swoich zbiorach dokumenty dotyczące niemieckiej zbrodni Holokaustu. Chodzi o setki tysiące kopii rocznie, jakie miała by na swój koszt przekazywać strona polska. Nasi informatorzy z IPN twierdzą, że Amerykanie chcą nie tylko kopie, lecz także w niektórych wypadkach oryginały dokumentów. Całość negocjacji objęta jest tajemnicą. Gdyby IPN spełnił oczekiwania strony amerykańskiej, groziłby mu paraliż. Kolejna tura rozmów jest planowana w ciągu dwóch miesięcyinformował „Dziennik Gazeta Prawna”, który ujawnił sprawę.

Gra idzie nie tylko o możliwość funkcjonowania IPN, lecz także o ochronę polskich zasobów archiwalnych. Pod koniec XX w. Niemcy pożyczali od Polski (rzekomo w celach procesowych i badawczych) oryginały dokumentów dotyczących niemieckich zbrodni w Polsce. Skutek był taki, że większość tych dokumentów do Polski nie wróciła, bo zaginęły w Niemczech. Polska historia okresu II wojny światowej jest objęta niespotykanym wręcz atakiem. Polska musi za wszelką cenę chronić zasoby archiwalne, dzięki którym wiadomo, kto był zbrodniarzem, a kto ofiarą. Właśnie odchodzą ostatni świadkowie II wojny światowej i prób zakłamania historii będzie jeszcze więcej.

Trudne rozmowy

Polska i USA mają umowę z 2011 r. o wzajemnej wymianie archiwalnej. Dokonuje się ona według zasady kopia jednego dokumentu za jeden dokument. Ambasador Mosbacher chce zobowiązać IPN do przekazania teraz znacznie większych ilości. Wszystko dlatego, że formuła wymiany się wyczerpuje (Amerykanie nie mają już interesujących Polaków zasobów). W tym celu doszło do spotkania na początku lutego prezesa IPN Jarosława Szarka z ambasador. W składzie amerykańskiej delegacji był m.in dyrektor Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie Sara Bloomfield, Radu Ioanid − dyrektor archiwum tegoż muzeum oraz dyrektor jego pionu ds. międzynarodowych Paul Shapiro. Z kolei Polskę reprezentowali zastępca szefa IPN dr Mateusz Szpytma, szefowa archiwum Instytutu pani Marzena Kruk oraz kierowniczka komórki odpowiedzialnej za współprace międzynarodową IPN Agnieszka Jędrzak. W komunikacie IPN nie wspomniano ani jednym słowem, czego tak naprawdę dotyczyła ta rozmowa i jakie zapadły w niej ustalenia. Według naszych rozmówców to strona amerykańska nie chce nagłaśniania swoich żądań.

Sprawa budzi emocje, bo parę dni wcześniej do mediów przeciekła informacja, że ambasador Mosbacher zdążyła zagrozić polskiej stronie, iż brak pozytywnej reakcji na jej żądania będzie miało negatywny wpływ na projekt „Fort Trump”, czyli instalacji w Polsce znacznych sił amerykańskich.

Występowanie z takiej pozycji amerykańskiej ambasador może wskazywać, że strona polska nie ma żadnego wyboru i musi się zgodzić na amerykańską propozycję. Takie zachowanie nie tylko jest nazwijmy to ogólnie „niestosowne” w relacjach dwustronnych, ale samo w sobie jest podejrzane. Kluczowe są następujące pytania: dlaczego stronie amerykańskiej tak bardzo zależy dzisiaj na tym, aby mieć niczym nie ograniczony dostęp do dokumentów archiwalnych, jakie przechowywane są w Instytucie Pamięci Narodowej? Czego naprawdę domagają się Amerykanie od IPN, skoro uważają, że bez gróźb nie uda im się tego otrzymać?

Kwestia pieniędzy

Oczekiwania od polskiego IPN, że zacznie nagle pracować de facto tylko po to, aby przekazywać dokumenty Amerykanom, musi dziwić. Do tej pory było tak, ze IPN wykonywał dziennie co najmniej tysiąc stron kopii dokumentów ze swojego archiwum dla Amerykanów. Teraz strona amerykańska oczekuje, że IPN zwiększy swoje moce przerobowe i będzie dostarczał waszyngtońskiemu muzeum znacznie więcej kopii swoich dokumentów. Mowa jest o wspomnianych co najmniej 300 tysiącach polskich dokumentów, jakie mają docelowo znaleźć się w archiwum waszyngtońskiego Muzeum Holocaustu. Strona amerykańska postanowiła poszerzyć zakres tej współpracy i domaga się od IPN skopiowania całego posiadanego przez niego zasobu archiwalnego. Rodzi się zatem pytanie, po co amerykańskiemu Muzeum Holocaustu wszystkie dokumenty wytworzone przez organy bezpieczeństwa komunistycznej Polski?

Zastanówmy się więc, w jakim celu mogą zostać rzeczywiście wykorzystane dokumenty archiwalne IPN i jakie jest w tym wszystkim dla nas niebezpieczeństwo? Zacznijmy od tego, że korzystanie z nich raczej nie wiąże się z żadnym z priorytetowych celów Stanów Zjednoczonych, jak na pierwszy rzut oka mogłoby to wyglądać. Chociaż amerykańskie służby zyskałyby możliwość wglądu do dokumentów zawierających wiele istotnych informacji na temat nie tylko polskich obywateli, lecz także cudzoziemców, którymi zajmowały się w przeszłości służby specjalne komunistycznej Polski. Amerykańskie służby lubią przejmować archiwa po swoich komunistycznych przeciwnikach z czasów zimnej wojny, czego dowodem jest operacja „Rosewood” (Różane drzewo), w ramach której przejęli tysiące dokumentów wschodnioniemieckiej Stasi (m.in. teczki jej agentów na Zachodzie). Dopiero kilka lat temu i tylko częściowo (w formie kopii) trafiły one do Niemiec.

Znacznie bardziej przekonywającą wersją jest jednak ta, która mówi, że to nie Amerykanie chcą zrobić użytek z dokumentów archiwalnych IPN, ale Żydzi. Chodzi o to, że w środowisku amerykańskich Żydów (Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie do niego się zalicza) kilka miesięcy temu powstała idea, aby powołać międzynarodową instytucję, która zarządzałaby wszystkim, co wiąże się z żydowską przeszłością i to nie tylko tą z czasów Holocaustu, serwując opinii światowej jej obowiązującą wersję. Już w czasie wcześniejszych rozmów ze stron a Polską pojawił się problem znacznego udziału Żydów w aparacie bezpieczeństwa komunistycznej Polski (szczególnie na kierowniczych stanowiskach).

Archiwalia z polskiego IPN mogłyby na pewno posłużyć do opracowania tego problemu, który psuje historię wiecznie prześladowanych Żydów. Nie bez powodu Johnny Daniels w niedawnym wywiadzie dla tygodnika „wSieci” zakomunikował, że Auschwitz powinna zarządzać międzynarodowa instytucja, bo jak podkreślił takie miejsca jak Auschwitz powinny być maksymalnie oderwane od współczesnej Polski, czyli krótko mówiąc całkowicie eksterytorialne. To właśnie część nowego żydowskiego planu, który właśnie polegać ma na wywalczeniu w Polsce swoistej „eksterytorialności” dla wszystkiego, co wiąże się z żydowską przeszłością. „Eksterytorialność”, jak wiadomo, zawsze daje temu, który ją uzyskuje, bardzo szerokie możliwości działania.

W tym konkretnym wypadku możliwe będzie nie tylko tworzenie własnej wersji historii polskich Żydów, lecz także szukanie w niej uzasadnienia do innych działań, które uznane zostaną za bardzo ważne. Jednym z nich pozostają odszkodowania. Na razie próbuje się obciążyć Polskę i Polaków odszkodowaniami za niemiecką zbrodnię Holokaustu, ale za parę lat zapewne znajdą się w USA organizacje, które będą domagać się od Polski odszkodowań za marzec 1968 r.

Za: WarszawskaGazeta

Fot. Sławek Kasper (IPN)