Epokowe badania i odkrycia w studiach GENDER. Kulisy naukowe prowokacji w USA.

0
210

Kulisy naukowej prowokacji:  Feminizm powinien „trenować mężczyzn jak psy, by zapobiec kulturze gwałtów”. Po wprowadzeniu poprawek jakie zasugerowali recenzenci, okazało się, że końcowe wersje artykułów są dużo bardziej ekstremalne i szalone.

Piotr Relich

Troje amerykańskich pracowników naukowych od dłuższego czasu z niepokojem przyglądało się kierunkowi, w którym zmierzają tzw. gender studies. „Coś poszło nie tak (…) nauczanie oparte w mniejszym stopniu na znajdowaniu prawdy, a w większym na zajmowaniu się społecznymi żalami, stało się mocno ugruntowane” – przekonywali. W celu okazania całkowitej nienaukowości tej „nauki” zdecydowali się na akademicką prowokację. Wynik przeszedł ich najśmielsze oczekiwania.

O tym, że tzw. studia gender budziły wątpliwości środowisk naukowych wiadomo nie od dziś. Nad nowymi kierunkami studiów humanistycznych, szczególnie w Stanach Zjednoczonych roztoczono jednak pewnego rodzaju ideologiczny parasol ochronny, mający na celu nadanie gender studies wyjątkowego znaczenia. Próby podnoszenia jakichkolwiek wątpliwości związanych z warsztatem naukowym publikowanych prac, zderzały się z murem ideologicznych frazesów autorstwa wyznawców gender ideology. W najlepszym przypadku kończyło się na wyzwiskach, w najgorszym – na społecznym ostracyzmie, będącym następstwem oskarżeń o homofobię, rasizm, seksizm itd.

Temu nastawieniu postanowiła sprzeciwić się trójka pracowników naukowych w USA. James A. Lindsay, Peter Boghossian i Helen Pluckrose, niczym trzej muszkieterowie postanowili rzucić wyzwanie ideologicznej hydrze, która zainfekowała (albo stanowiła fundament) szeroko rozumiane studia nad kulturą. „Nauki”, których częścią są tzw. gender studies, swój początek biorą w końcu lat sześćdziesiątych. Szeroko czerpią z postmodernistycznego pojęcia „teorii krytycznej” i zakorzenione są w prądach i ideach napędzających kulturalną i seksualną rewolucję maja ’68 roku.

 Akademicy w celu wykazania ideologizacji i nienaukowości studiów nad płcią w USA, zdecydowali się na dokonanie swoistej prowokacji. Przez rok napisali ponad dwadzieścia całkowicie zmyślonych, tendencyjnych i absurdalnych artykułów zahaczających o tematykę płci, równości, tożsamości czy rasizmu. Projekt, początkowo odbierany w ramach dobrego żartu nabrał powagi kiedy artykuły dotyczące m.in. takich kwestii jak „trenowanie mężczyzn jak psów w celu zapobiegania kulturze gwałtów” czy „zakuwanie białych dzieci w kajdanki jako edukacyjna szansa na przekraczanie swojego uprzywilejowania” opublikowano w najbardziej poczytnych naukowych periodykach zajmujących się tematyką gender. Swój projekt szeroko omówili na łamach magazynu “Areo”, oraz będąc gośćmi w programie znanego youtubera, Joe’a Rogana 

Dla jasności przytoczmy kilka z tytułów opublikowanych w ramach prowokacji prac. Najlepiej ocenioną przez wydawnictwo „Sexuality and Culture” okazała się praca pod tytułem: „Kultura gwałtu i performatywność queer w psich parkach w Portland”. Autorzy udowadniali w niej, że badając reakcje osób wyprowadzających psy na to, w jaki sposób samiec zachowuje się wobec samicy, da się określić czy dana osoba należy do „kultury gwałtu” czy może do „performatywności queer”. Autorzy przedstawili fałszywe badania niemal 10 tys. psich genitaliów, rzekomo przeprowadzonych w parkach Portland. Wynikało z nich, że feminizm powinien „trenować mężczyzn jak psy, by zapobiec kulturze gwałtów”.

Fałszywe wyniki zostały w pełni zaakceptowane przez wydawnictwo. Co ciekawe, artykuł uzyskał specjalną nagrodę, a recenzent podkreślił, że jest to „najlepsza praca jaką czytał od 25 lat”. Kiedy redakcja dowiedziała się, że jest to „podpucha”, materiał usunięto z witryny. – Podawaliśmy im dokładnie to, co chcieli usłyszeć. Najpierw wymyślaliśmy tezę a później dorabialiśmy do tego kupę g…. aby to potwierdzić – zaznaczał James A. Lindsay, jeden z współautorów. 

W kolejnym artykule zatytułowanym „Kultura otyłości”, autorzy przekonywali, że w zawodach kulturystycznych w celu uniknięcia „dyskryminacji” ze względu na otyłość (ang. fat shaming), powinno się uwzględnić kategorię dla… ludzi otyłych. „Grube ciało to wyrzeźbione ciało” – brzmiało jedno ze zdań. Recenzent pracy miał nawet skomentować: „całym sercem się z tym zgadzam”.

Opublikowano także pracę wykazującą, że niemoralne i niewłaściwe jest śmianie się z rzekomych problemów domagających się „sprawiedliwości społecznej”. Praca udowadniała, że moralnie usprawiedliwione jest śmiać się z białych, heteroseksualnych mężczyzn, jednak niewłaściwe jest żartowanie na temat rasy, płci czy lewicowo pojmowanej nierówności społecznej. – Napisaliśmy jak Steven Colbert i John Steward [gospodarze amerykańskich talk-show, prowadzący w swoich programach lewicową narrację – przyp.red.] dobrze to realizują. Odpisali nam, że jednak są to biali mężczyźni, więc musimy to uwzględnić – przedstawiał kolejny z autorów, Peter Boghossian. – To naprawdę zabawne jak bardzo rasistowskim wolno ci być, dopóki jesteś rasistą wobec białych.

Na szczególne uznanie zasługuje praca zawierająca przerobiony na potrzeby feministycznej narracji fragment „Mein Kampf” Hitlera. W miejsce słów „Żydzi” wstawiono „biali mężczyźni” i tak przerobiony fragment zamieszczono w artykule. Dodatkowo, autorzy wzięli rozdział 12. „Mein Kampf”, mówiący o celu i misji NSDAP. Zamiast określenia „nasz ruch” czy „partia” użyto sformułowania „feminizm intersekcjonalny”. Artykuł… zaakceptowano.

W sumie opublikowano cztery prace, zaakceptowano trzy, a publikację kolejnych pięciu w ostatnim momencie wycofano, gdy na jaw wyszła informacja o dokonaniu prowokacji. W trakcie całego procesu, autorzy doszli do wniosku, że tak naprawdę można napisać COKOLWIEK, byle tematyka zahaczała o gender, a konkluzje wynikające z artykułu udowadniały z góry założoną tezę. Autorzy prześcigali się w wymyślaniu coraz bardziej absurdalnej problematyki, badając ile z nich zostanie zaakceptowane przez redaktorów z tytułami naukowymi uzyskanymi po ukończeniu gender studies.

„Coś poszło nie tak na uniwersytetach. Zwłaszcza w dziedzinie nauk humanistycznych. Nauczanie oparte w mniejszym stopniu na znajdowaniu prawdy, a w większym na zajmowaniu się społecznymi żalami, stało się mocno ugruntowane, jeżeli nie w pełni dominujące na kierunkach, gdzie nauczyciele akademiccy poprzez zastraszanie studentów, pracowników administracji i innych wydziałów zmuszali do partycypowania w przyjęciu prezentowanego światopoglądu. Ten światopogląd nie jest ani naukowy ani wnikliwy. Dla wielu stanowiło to wzrastający problem, jednak brakowało mocnych dowodów. Właśnie w tym celu, nasza trójka spędziła cały rok pracując wewnątrz nauczania stanowiącego nieodłączną część problemu” – tłumaczyli.

„Wykładam filozofię na Uniwersytecie w Portland. Spotkałem Jima kilka lat temu i od tamtego czasu współpracowaliśmy wielokrotnie, i w pewnym momencie postanowiliśmy, że po prostu musimy coś z tym zrobić. Zrobiło się zbyt absurdalnie. I zaczęło się to wylewać poza uczelnię” – tłumaczył Peter Boghossian. Zapytany o to, czy istnieje zjawisko otrzymywania autentycznych tytułów naukowych na całkowicie niedorzecznych kierunkach, odpowiedział: „Tak, oczywiście”.

Boghossian jednocześnie wskazał na istotę problemu. Jego zdaniem, na uczelniach istnieją kierunki (np. gender studies), na których wykładają osoby ze stopniami naukowymi, którzy żyjąc w bańkach informacyjnych, tworzą subiektywną i tendencyjną wizję świata. Ich absolwenci idą w świat i „zarażają” nią innych. I to jest niebezpieczne.

Z kolei Lindsay podzielił się informacjami dotyczącymi procesu powstawania artykułów. „To nie jest taki rodzaj artykułu, który publikują w Washington Post czy innej gazecie. To jest coś nad czymś akademicy muszą naprawdę się wysilić. Są w stanie napisać średnio 1-2 takich artykułów rocznie. Naprawdę ciężko je napisać, muszą zawierać solidną podstawę naukową, i zazwyczaj ich opublikowanie wiąże się z dużym ryzykiem odrzucenia przez recenzenta… zatem napisaliśmy 20 takich artykułów w przeciągu dziesięciu miesięcy”.

Bardzo ciekawie Lindsay przedstawił też proces recenzowania prac. Po wprowadzeniu poprawek jakie zasugerowali recenzenci, okazało się, że końcowe wersje artykułów są dużo bardziej ekstremalne i szalone. „Proces recenzowania powinien być rygorystyczny, ponieważ taka publikacja w środowisku naukowym naprawdę się liczy. Za jej pomocą zdobywasz tytuł naukowy, dostajesz się na uczelnię, i masz prawo wykładać głupoty, które później powielają twoi absolwenci” – zaznacza Boghossian.

Fakt, że aż siedem z dwudziestu artykułów, napisanych pod fałszywym nazwiskiem, dotyczących zmyślonych badań dostało się do publikacji, poważnie podważa naukową rzetelność nie tylko recenzentów, ale i całą metodologię, na której oparte są te nauki. Dodajmy, że w argumentacji dotyczącej „badań nad płcią”, także w Polsce, używa się argumentu „najnowszych badań”, najczęściej mających swoje źródło na amerykańskich uniwersytetach. Ileż to razy można było usłyszeć od zwolenników ideologii gender, że ich przeciwnicy nie są zaznajomieni z najnowszym stanem badań nad problematyką płci, tożsamości czy nierówności społecznych.

Jak widzimy, nie wszystko co przedstawia się nam jako naukę może mieć rzeczywiście naukowe podstawy. W świecie gdzie prawda brata się z kłamstwem w podawanym nam codziennie zalewie informacyjnym warto zastanowić się nad rzeczywistym źródłem poznania. Nie dajmy się omamić ludziom powołującym się na frazesy w stylu „w świetle najnowszych badań”, bo może się okazać, że na te „badania” składa się przepisany rozdział „Mein Kampf”, czy zmyślone dane o psich genitaliach. Szczególnie dzisiaj, kiedy toczy się batalia o tożsamość człowieka i jedność rodziny, nie dajmy się zwieść fałszywie pojmowanej naukowości. 

Za: pch24.pl