Rosja i Bliski Wschód

0
465

Prof. Stanisław Bieleń

 

Zawsze gdy dochodzi do jakichś dramatycznych wydarzeń w stosunkach międzynarodowych, pojawiają się przypuszczenia na temat ich konsekwencji dla światowego układu sił. Ten ostatni nie zmienia się tak szybko, jak szybko pojawiają się różne spektakularne incydenty. Tym razem jednak szok po paryskim zamachu terrorystycznym jest spotęgowany masowymi „wędrówkami ludów” z państw Bliskiego Wschodu, Afryki i Azji do Europy, a także eskalacją wojny syryjskiej. „Rewolucyjna” zmiana w pojmowaniu światowej geopolityki polega na tym, że na naszych oczach kruszy się dominacja Zachodu nad resztą świata. Okazuje się, że inicjatywę w kształtowaniu ładu międzynarodowego przejmują nowe siły, do których należą Chiny, Indie czy Rosja, ale także Iran, Turcja czy Arabia Saudyjska. Pojawiają się ponadto hybrydalne twory niepaństwowe lub parapaństwowe, których najbardziej jaskrawym przykładem jest tzw. Państwo Islamskie, z agresywną ideologią i mesjanistyczną krucjatą. Z tych powodów potrzebna jest uczciwa diagnoza źródeł zagrożeń  na Bliskim Wschodzie. Krzyżują się tam bowiem interesy konserwatywnych i reakcyjnych państw arabskich, ambitnego Iranu, wojowniczej Turcji i żyjącego w poczuciu oblężenia Izraela, które są sojusznikami Stanów Zjednoczonych (poza Teheranem). Gdyby nie miały one tak możnego patrona i protektora, ich polityka nie byłaby zapewne tak agresywna i pewna siebie. Jest to obszar, z którego pochodzi blisko 40% światowej produkcji ropy naftowej. Z mocarstw zewnętrznych od dawna obecne są tam Francja i Wielka Brytania, a po II wojnie światowej także Stany Zjednoczone, ZSRR i obecnie Rosja. Podziały polityczne nakładają się na podziały ideologiczne, religijne i etniczne. Animozje sięgają często struktur klanowo-plemiennych, które stanowią trudną do rozwikłania zagadkę dla zewnętrznych obserwatorów. Można obrazowo powiedzieć, że obszar Bliskiego Wschodu to nie jest jeden czytelny konflikt, to raczej pandemonium konfliktów o podłożu historycznym,  geopolitycznym, konfesyjnym i psychologicznym. Na takim tle należy diagnozować obecny kryzys bliskowschodni, związany z rozprzestrzenianiem się radykalizmów, których źródeł trzeba także upatrywać w ich antyzachodniej obsesji i swoistym „odwecie” cywilizacyjnym.  Zachód, a zwłaszcza Stany Zjednoczone kolejny raz stanęły przed wyzwaniem, któremu same nie są w stanie sprostać. Okazało się, że „demokratyczne przebudzenie” narodów arabskich z udziałem pomocy zachodniej to mrzonka. Mentalnie i strukturalnie nie pasują one do żadnych wzorów wypracowanych przez cywilizację zachodnią. Wydaje się, że Rosjanie bardziej rozumieją tę złożoność i nie pretendując obecnie do misyjności ideologicznej realizują chłodno swoje geopolityczne interesy.

Federacja Rosyjska odziedziczyła po ZSRR rolę jednego z patronów w bliskowschodnim procesie pokojowym. Związek Radziecki traktował ten region jako ważny bufor i atut w konfrontacji zimnowojennej z Zachodem. Jego rola polegała głównie na udzielaniu militarnego wsparcia państwom bliskowschodnim (Egiptowi, Irakowi, Syrii) poprzez dostawy broni, przysyłanie doradców, budowę baz wojskowych. Rosja pod rządami Borysa Jelcyna nie była w stanie sprostać przewadze Stanów Zjednoczonych i co najwyżej mogła pełnić rolę wspierającego je moderatora.  W czasie interwencji wojskowej USA w Iraku jej pozycja w regionie uległa marginalizacji. Pod kierunkiem Władimira Putina Moskwa podjęła jednak próbę odzyskania wpływów w procesie bliskowschodnim. Potwierdzeniem tego była demonstracja woli politycznej podczas historycznej wizyty rosyjskiego prezydenta w Izraelu, Autonomii Palestyńskiej i w Egipcie w kwietniu 2005 roku. Rosjanie udzielając pomocy wojskowej Palestyńczykom, sprzedając broń rakietową Syrii i wspierając rozwój technologii jądrowych w Iranie demonstrują swoje ambicje, pokazując, że są jednym z głównych rozgrywających. Ich pozycję umocniło porozumienie z USA we wrześniu 2013 roku w sprawie syryjskiej broni chemicznej, co uchroniło syryjskiego dyktatora Baszara al-Asada przed amerykańskim atakiem.

Wybuch rewolty w świecie arabskim w 2011 roku, nazwanej „arabską wiosną” zachwiał stabilnością całego regionu. Znowu okazało się, że w rozwiązywaniu dramatycznych problemów potrzebny jest udział wszystkich wielkich mocarstw. Rosja dystansowała się wobec zachodniego „eksportu demokracji” do świata muzułmańskiego, wskazując na negatywne doświadczenia  irackie. Po upadku dyktatur w Tunezji, Egipcie i krwawym rozprawieniu się z reżimem Muammara Kaddafiego w Libii, Rosja zdecydowanie stanęła po stronie Damaszku. Gdy zaczęła się „arabska wiosna” Rosja zaproponowała wszystkim zaangażowanym państwom na Bliskim Wschodzie podjęcie wspólnych działań na podstawie wzajemnie uzgodnionych zasad. Zdecydowana walka z terroryzmem była punktem wyjścia tych inicjatyw.  Zachód w odpowiedzi deklarował dobre intencje, ale w rzeczywistości prowadził własną politykę, przystępując do rozprawiania się z dyktatorskimi  acz legalnymi reżimami, z którymi do niedawna załatwiał  intratne interesy. Amerykanie i ich poplecznicy byli gotowi na układanie się ze wszystkimi oponentami legalnych  władz, byle tylko obalić dyktatorów – tak jak wcześniej Husajna, a następnie Ben Alego, Mubaraka czy Kaddafiego. Nie trzeba dowodzić, że była to nad wyraz krótkowzroczna polityka. Wśród oponentów oficjalnych dyktatorów nie brakowało bowiem wszelkiej maści ekstremistów – fundamentalistów islamskich i terrorystów, z których wyrosła hybryda Państwa Islamskiego. Strukturę tę znaną wcześniej jako Państwo Islamskie Iraku i Lewantu poparli Amerykanie i niektórzy Europejczycy, uznając, że walczy ona ze znienawidzonym reżimem  Baszara al-Asada. Lekcja naiwnego poparcia dla mudżahedinów w Afganistanie, z których wyrósł ekstremizm Al. Kaidy poszła całkowicie w zapomnienie.

 

Dalsza część artykułu dostępna w nr.8 Polityki Polskiej.