Nie mógł znaleźć pracy. Żył, gdy robił to, co kochał. Przyjaciele o Wiktorze Baterze

0
691

Dziennikarze, reporterzy, korespondenci – wszyscy są zdruzgotani tragiczną śmiercią wieloletniego korespondenta, Wiktora Batera. To dla nich 53-letni dziennikarz był wzorem do naśladowania i mentorem. Bater przez całe życie współpracował z różnymi redakcjami, ale w ostatnim czasie nie potrafił znaleźć stałego zatrudnienia.

– Był człowiekiem usilnie szukającym swojego miejsca, to miejsce było związane z pracą – mówi „Super Expressowi” Kuba Wątły, szef programowy Halo Radia, w którym w ostatnich miesiącach współpracował korespondent.

Współpracownicy i przyjaciele Wiktora Batera nie wierzą w to, co się stało. Nagła śmierć dziennikarza załamała jego koleżanki i kolegów z Halo Radia, medium obywatelskiego, z którym Bater był związany.

– Rozmawialiśmy jeszcze 1,5 tygodnia temu, opowiadał mi o swoich planach w radiu, bo miał w środy zacząć prowadzić poranki – wspomina Radosław Gruca, dziennikarz śledczy.

– Jestem pozamiatany, przecież rozmawiałem z nim dwa tygodnie temu – wtóruje Grucy  Mariusz Gzyl.

– Ostatnio kontaktowałem go z osobami zajmującymi się tematami bliskimi jego sercu – Wschodowi. Cieszył się, planował, ale wybuchła epidemia i musiał odwołać wszystkie spotkania – dodaje Gzyl.

Bater był dla wszystkich wzorem do naśladowania. Jak wspominają dziennikarze, cechowała go nieprawdopodobna rzetelność dziennikarska, był merytoryczny, profesjonalny, co chwilę realizował kolejny temat.

– Witek to bez dwóch zdań człowiek ze starej szkoły dziennikarstwa. Był samograjem, miał całą masę tematów, nie musiał do nikogo dzwonić, zawsze wiedział, co jest ważne, o czym warto mówić. Trzymał rękę na pulsie i żył tym wszystkim. Był pasjonatem tego, co robił. Związał swoje życie z regionem wschodnim. Miał ogromną wiedzę o krajach b. Związku Radzieckiego, mało kto czuł tak Rosję, jak on – wspomina Gzyl, który z Baterem współpracował również w latach 90. na antenie Polskiego Radia.

– Dzięki niemu zostałem dziennikarzem – mówi wprost Gruca. – Moja mama pracowała z nim w Polskim Radiu i zawsze mi powtarzała, że to najwybitniejszy dziennikarz. Byłem dzieckiem, a mama opowiadała mi o jego sukcesach, porażkach, była z niego zawsze dumna i zawsze mu kibicowała. Zbliżyliśmy się, gdy zmarła, ja do niego napisałem, mówiliśmy do siebie per „bracie” – dodaje.

Wiktor Bater jako dziennikarz przejechał najtrudniejsze rejony – od Bałkanów, po Kaukaz, Czeczenię, Afganistan, Izrael, Irak i Bliski Wschód, widział rzezie na ludności cywilnej oraz najgłośniejsze konflikty zbrojne. Relacjonował wydarzenia z Biesłanu czy podał jako pierwszy wiadomość o katastrofie prezydenckiego samolotu w Smoleńsku.

Jego śmierć wstrząsnęła jego przyjaciółmi, z którymi wspólnie relacjonował wojenną rzeczywistość. – To był od początku bohaterski człowiek, takich ludzi prawie nie ma – wspomina korespondenta jeden z jego najbliższych przyjaciół, dziennikarz Radosław Kietliński. – Nigdy nie zapomnę, jak Wiktor razem z Arturem Łukaszewiczem, wrocławskim operatorem TVN-u, jechali do Bagdadu w trakcie wojny. Po drodze do Kurdystanu zgubili urządzenie do montażu telewizyjnego, które rozpadło się na kawałki, ale okazało się, że działa. Wiktor powiedział wtedy jedno zdanie: „Radek, nasza robota jest tak ważna dla odbiorców, że bez względu na to, co się popsuje, to wszystko będzie działać”. Był dla mnie jak brat – kończy Kietliński.

Niektórzy poznali go dopiero w rozgłośni. – Szczyciłem się nie tylko tym, że jestem w obywatelskim radiu, ale że pracuje w nim taka postać, jak Wiktor Bater – wspomina Tomasz Konca, dziennikarz muzyczny. – Był jedną z nielicznych osób w tym zawodzie, które uważałem za 100-procentowego dziennikarza. Miał taką cechę, której wielu brakuje – był blisko ziemi, blisko ludzi, potrafił rozmawiać z każdym, miał zdolność przenikania w różne środowiska. Nie bał się iść do sklepu w jakiejś szemranej dzielnicy, umiał rozmawiać z każdym. Wszystko, co wiem o Rosji, wiem od niego. Oglądając reportaż z Osetii, czułem się jakbym tam był z nim – zauważa Konca.

Dodatkowo był serdecznym kolegą, który pomógł każdemu, kto znalazł się w kłopocie lub potrzebował wsparcia. – Wiktor był naszym przyjacielem, spotykaliśmy się z nim w Moskwie – wspomina Irina Novokhatko-Kowalczyk . – Kiedy tam mieszkał, zostawiał klucze do swojego mieszkania, kiedy z przesiadką jechaliśmy do Nowosybirska – dodaje dziennikarka.

Sam jednak na to wsparcie i pomoc nie zawsze mógł liczyć.

za: se.pl