Protestancka reformacja cz.4

0
312

Protestancka reformacja przyniosła rewolucyjne zmiany nie tylko na gruncie teologicznym czy eklezjalnym. Podobny zakres zmian wywołała ona również na gruncie politycznym – poprzez uwypuklenie roli państwa.

Co z tym papiestwem?

Początkowo Marcin Luter zachowywał wstrzemięźliwość w swoich poglądach o papiestwie. Nawet w swych głośnych 95 tezach z 1517 r. nie kwestionował prawa papieża do udzielania odpustów. Pod koniec życia, tonem samokrytyki, przyznawał:

„byłem fanatycznym mnichem i całkiem bezsensownym papistą” oraz „mógłbym zabić każdego, kto choćby na jedną sylabę odmówiłby papieżowi posłuszeństwa”.

Jednak krótko po 1517 r. stosunek niemieckiego reformatora do następcy św. Piotra uległ radykalnej zmianie.

Przede wszystkim dlatego, że Stolica Apostolska nie tylko nie chciała w całości zaakceptować programu „uzdrowienia” Kościoła, który kreślił Luter, ale wzywała go również do podporządkowania się swoim zwierzchnikom oraz Urzędowi Nauczycielskiemu. A przecież twórca niemieckiej reformacji pisał o sobie samym w jednym z listów:

„Nie godzę się, aby nauka moja mogła podlegać czyjemukolwiek osądowi, nawet anielskiemu. Kto nie przyjmuje mojej nauki, nie może dojść do zbawienia”.

Nic więc dziwnego, że w obliczu takiej – nazwijmy to – dyspozycji duchowej Marcina Lutra płynące z Rzymu wezwania do pokory wywoływały u niego zgoła odmienną reakcję.

Jeszcze przed swą oficjalną ekskomuniką, w 1519 r., twórca reformacji pisał o papieżu jako o „zwierzęciu, antychryście” (to ostatnie określenie Luter stosował ze szczególnym upodobaniem w odniesieniu do kolejnych papieży).

W 1520 r. nazywał Kościół rzymski założony przez Chrystusa na skale Piotrowej „synagogą szatana”.

W 1521 r. stało się to, na co Marcin Luter ciężko pracował od 1517 r. Po wcześniejszym wezwaniu Lutra do odwołania swych poglądów uderzających w prawdy wiary oraz w Kościół papież Leon X ekskomunikował niemieckiego księdza. W odpowiedzi na tę decyzję następcy św. Piotra Marcin Luter publicznie spalił „bullę ostatniego antychrysta”, jak nazwał papieski dokument.

W kolejnych latach pisma niemieckiego reformatora (z traktatem Przeciwko papiestwu ufundowanemu przez diabła na czele) wprost ociekają nienawiścią do papiestwa. Roi się w nich od określeń typu:

„diabelskie papiestwo”,

„mieszkanie diabła”

czy „morderca dusz”.

Cesarza i książąt niemieckich Luter wzywał natomiast do fizycznej rozprawy z papieżem. Pisał bowiem, że po skonfiskowaniu majątków kościelnych

„powinno się jego samego, papieża i kardynałów, i co jest służbą jego bezbożnictwa, wziąć i jako bluźniercom Boga powyrywać język z gardła i jednego po drugim przygwoździć do szubienicy”.

Wezwanie do przemocy

W naszych czasach zacytowane przed chwilą słowa Marcina Lutra – a pełno ich w jego pismach – kwalifikowane są jako „mowa nienawiści”. Nieraz mogliśmy się przekonać, że temperament polemiczny (mówiąc eufemistycznie) niemieckiego reformatora był rzeczywiście nadzwyczajny.

Luter m.in. nie stronił od używania wulgaryzmów. Swój gwałtowny charakter przelewał na papier, niejednokrotnie wzywając do przemocy wobec tych, którzy „ośmielą się” nie przyjąć jego nauki.

W 1520 r. w polemicznym druku skierowanym przeciw dominikaninowi Sylwestrowi Prierasowi Marcin Luter przedstawiał swoją wizję „dialogu” z tymi, którzy nie zgadzali się z jego poglądami:

„jeżeli nie zamilknie wściekłość stronników Rzymu, to zdaje mi się, że nie pozostanie inny środek, jak ten, aby cesarzowie, królowie i książęta użyli gwałtu, aby pochwycili za oręż, aby uderzyli na tę morową zarazę i żeby ją nie słowami, lecz żelazem wyrżnęli. Bo jeżeli karzemy złodziei szubienicą, rozbójników mieczem, heretyków ogniem, dlaczegóż nie mielibyśmy tych biskupów, tych kardynałów i to całe rojowisko rzymskiej Sodomy, która zatruwa Kościół Boży, wyniszczyć wszelaką katuszą i umyć nasze ręce w jej krwi”.

W innym ze swoich listów Marcin Luter pisał:

„Lepiej jest, żeby wszystkich biskupów wymordowano, wszystkie zakony i klasztory z gruntu wykorzeniono, niż żeby jedna dusza miała zaginąć. Bo jeżeli nie chcą słuchać słowa Bożego, tylko oddają się szaleństwu i wściekliźnie, to cóż sprawiedliwszego może ich spotkać, jeśli nie bunt gwałtowny, który ich całkiem wykorzeni? A my będziemy się od śmiechu zanosili, gdy się to dziać będzie”.

Państwo zyskuje

Protestancka reformacja przyniosła rewolucyjne zmiany nie tylko na gruncie teologicznym czy eklezjalnym. Podobny zakres zmian wywołała również na gruncie politycznym poprzez uwypuklenie roli państwa.

W protestanckiej wizji, począwszy od Marcina Lutra, państwo jest wyposażane w kompetencje, które w nauce katolickiej były zastrzeżone dla władzy duchownej.

Widzieliśmy to na przykładzie traktowania przez Lutra małżeństwa jako sprawy całkowicie świeckiej, przynależnej państwu.

I więcej: w każdym kraju, w którym dominującą pozycję zyskała nauka Lutra albo innego protestanckiego reformatora, władca świecki staje się z urzędu, jako summus episcopus, zwierzchnikiem lokalnej wspólnoty protestanckiej (tak było w Prusach do 1918 r., tak jest do dzisiaj w anglikańskiej Wielkiej Brytanii).

Marcin Luter zapoczątkował protestancką wersję teorii „dwóch królestw” – Bożego i ziemskiego. Teoria ta co najmniej od czasów patrystycznych (IV-V wiek) była opracowywana przez doktorów Kościoła.

W największym skrócie głosiła ona, że najpewniejszą drogą do Bożego królestwa jest założony przez Chrystusa Kościół, który głosząc Boże słowo i szafując sakramentami świętymi, już teraz otwiera przed wiernymi podwoje królestwa Bożego.

Królestwem ziemskim zaś jest władza państwowa. Nie jest ona jednak wszechwładna, bo musi się liczyć ze wskazaniami prawa moralnego. Przypomnijmy sobie choćby postać św. Stanisława.

W wersji Lutra wizja ta jest inna. W 1525 r. pisał on bowiem:

„królestwo z tego świata jest królestwem terroru i bezwzględności. Jest tu tylko kara, represje, sądy i potępienie […]. Królestwo ziemskie służy za pomocnika Boskiej wściekłości na podłych i jest przedpokojem piekła niosącym śmierć. Nie można mieć litości, ale trzeba ściśle, surowo i przeraźliwie wypełnić to dzieło i tą powinność. […] Ten, kto łamie prawo, musi umrzeć bez litości”.

Słowa te pochodzą z opublikowanego w 1525 r. traktatu Przeciwko morderczym i zbójeckim bandom chłopskim, w którym Marcin Luter wzywał władców niemieckich do utopienia we krwi wielkiego powstania chłopskiego.

W 390 r. św. Ambroży, biskup Mediolanu, ekskomunikował cesarza Teodozjusza Wielkiego za dokonanie w Tesalonikach rzezi mieszkańców miasta, którzy wcześniej zamordowali cesarskiego urzędnika. Teodozjusz musiał odbyć publiczną pokutę, zanim został dopuszczony do sakramentów. Usłyszał również pouczenia ze strony świątobliwego biskupa:

„Wysokie dostojeństwo, jakie sprawujesz, nie daje ci poznać wielkości grzechu, jakiego się dopuściłeś. Spojrzyj na ziemię, z której wyszliśmy i do której powrócimy. Niechaj cię blask purpury nie czyni ślepym na ułomność ciała nią pokrytego. Jeden jest Panem i Królem nas wszystkich, Bóg, Stwórca świata. Czy ośmielisz się dłonie splugawione krwią złożyć do modlitwy?”.

Tak w praktyce wyglądała katolicka wizja „dwóch królestw”. W 1525 r. Marcin Luter postępował dokładnie odwrotnie. We wspomnianym traktacie nie tylko nie potępiał, ale wręcz nawoływał świeckich władców do krwawego stłumienia chłopskiego powstania:

„książę i pan tu musi pamiętać, że spełnia urząd boży i bożego gniewu jest pachołkiem, któremu powierzono miecz przeciw owym szubrawcom, i wobec Boga tak samo wielce grzeszy, gdy nie karze i nie broni, i swego urzędu nie spełnia, jak ten, który zabija, choć nie jemu miecz został powierzony.

Albowiem jeśli on w mocy jest, ale nie karze, czy to przez zabicie, czy to przez przelew krwi, to będzie on winny wszelkiemu mordowi, złu, które popełnią owi złoczyńcy, ponieważ samowolnie, przez zaniedbanie boskiego nakazu dopuszcza, aby szubrawcy ci swoją złość czynili, a mógł przecież przed tym bronić i jest do tego zobowiązany. Dlatego też teraz należy czuwać. Tu pobłażliwość albo miłosierdzie nie wchodzi w rachubę. Teraz jest czas miecza i gniewu, a nie czas łaski”.

Rozwiązanie kwestii żydowskiej

W oczach Marcina Lutra władza państwowa miała również dużo do zrobienia, gdy chodzi o ułożenie właściwych relacji między społecznością „wiernych Ewangelii” chrześcijan (czyt. protestantów). Przed epoką reformacji nie brakowało wrogich wobec ludności żydowskiej zachowań społeczności chrześcijańskiej.

Za każdym razem antyżydowskie pogromy były piętnowane przez wielkich ludzi Kościoła (jak np. św. Bernard z Clairevaux), a kolejni papieże w swoich dokumentach przestrzegali przed dawaniem posłuchu pogłoskom o porywaniu przez Żydów chrześcijańskich dzieci oraz używaniu ich krwi do sporządzania rytualnych potraw.

Niemal 100 lat przed reformacją, w 1419 r., papież Marcin V pisał w swojej bulli:

„Ponieważ Żydzi stworzeni są na obraz i podobieństwo Boże, a ich potomstwo będzie kiedyś zbawione, postanawiamy tedy, za przykładem naszych poprzedników, aby nie napadano na nich w synagogach, nie naruszano ich praw i zwyczajów, nie wleczono przemocą do chrztu, nie zmuszano do obchodzenia uroczystości chrześcijańskich, do noszenia nowych odznak żydowskich i nie stawiano przeszkód ich stosunkom handlowym z chrześcijanami”.

W 1543 r. Marcin Luter opublikował drukiem traktat O Żydach i o ich kłamstwach, w którym zawarł własny, zdecydowanie odmienny od papieskiego, siedmiopunktowy plan ułożenia relacji chrześcijańsko-żydowskich:

„Po pierwsze, podpalić ich synagogę, czy szkołę, a to, co nie chce spłonąć, zasypać ziemią, aby żaden człowiek nie zobaczył kamienia ani żużlu na wieki. Po drugie, rozbić i zburzyć tak samo ich domy. Bo oni uprawiają w nich to samo co w swoich szkołach. Za to trzeba ich umieścić w jakimś przytułku lub stodole, jak cyganów”.

Kolejny punkt przewidywał konieczność pozbawienia Żydów

„ich modlitewników i Talmudu, bo w nich uczy się bałwochwalstwa, przekleństw i bluźnierstw”.

„Po czwarte, ich rabinom pod karą śmierci zakazać nauczania. Bo ten urząd zupełnie słusznie utracili. Po piąte, znieść całkowicie straż na ulicach dla Żydów, bo oni są niepotrzebni w kraju”.

Punkt szósty przewidywał konfiskatę wszystkich kosztowności posiadanych przez Żydów i zakaz uprawiania przez nich lichwy. Na koniec wreszcie Marcin Luter zachęcał, by

„młodym Żydom i Żydówkom dać do rąk cep, siekierę, motykę, łopatę, kądziel, wrzeciono i kazać im zarabiać na chleb w pocie czoła. Bo słusznie gniew Boży nad nimi jest wielki, przez łagodne miłosierdzie stają się coraz gorsi, a przez surowość staną się trochę lepsi. Dlatego precz z nimi na zawsze”.

Nic dziwnego, że w hitlerowskich Niemczech cytowany traktat Lutra był systematycznie wznawiany, a najważniejsi ideologowie III Rzeszy Niemieckiej (np. A. Rosenberg) nie szczędzili słów pochwały pod adresem reformatora z Wittenbergi za te słowa. Nie tylko oni.

Gdy w 1938 r. doszło do ogólnoniemieckiego pogromu Żydów w ramach tzw. nocy kryształowej (od szkła z wybijanych wystaw sklepowych), luterański biskup krajowy (Landesbischof) Martin Sasse z Eisenach pisał:

„10 listopada 1938 r., w urodziny Lutra, płoną w Niemczech synagogi. Dzięki niemieckiemu narodowi władza Żydów na polu gospodarczym została w nowych Niemczech ostatecznie złamana i w ten sposób została ukoronowana i pobłogosławiona przez Boga walka naszego Führera o wyzwolenie naszego narodu.

W tej godzinie musi rozbrzmieć głos człowieka, który jako niemiecki prorok szesnastego stulecia zaczynał kiedyś jako przyjaciel Żydów, ale kierowany własnym sumieniem, doświadczeniami i rzeczywistością, stał się największym antysemitą swej epoki, tym, który ostrzegał swój naród przed Żydami”.

Z pewnością nie wszyscy protestanci w Niemczech tak myśleli. Niejeden z nich – jak na przykład pastor D. Bonhoffer – był w opozycji do reżimu hitlerowskiego i zapłacił za to najwyższą cenę.

Z drugiej jednak strony, jak od lat wskazują na to badacze zajmujący się dziejami protestantyzmu niemieckiego, to właśnie opracowana przez Lutra teoria „dwóch mieczy”, w rozumieniu dania carte blanche władzy świeckiej na nawet najbardziej okrutne działania, przyczyniła się w dużym stopniu do znacznej akceptacji w środowiskach protestanckich (o wiele większej niż w katolickich) dla narodowosocjalistycznego reżimu i jego polityki.

Znawcy geografii wyborczej w Niemczech w latach 1930-1933 (z J. Falterem na czele) wskazują również na to, że gdyby o wyniku wyborów decydowali tylko katoliccy wyborcy, Hitler nigdy nie wygrałby w Niemczech żadnych wyborów. Lawinowy przyrost głosów dla NSDAP od 1930 do 1933 r. nastąpił przede wszystkim w okręgach zdominowanych przez protestantów.

Wydawca antysemickiej (i antykatolickiej) gadzinówki pod nazwą „Der Stürmer” Julius Streicher był jednym z niemieckich zbrodniarzy sądzonych w 1946 r. w słynnym procesie w Norymberdze. Pytany o podżeganie do przemocy przeciw Żydom odpowiedział:

„Doktor Marcin Luter siedziałby dzisiaj tutaj na moim miejscu na ławie oskarżonych”.

Hitlerowski dygnitarz bronił się jak chciał (i tak nie ominęła go szubienica). Trudno jest „zapisać” Marcina Lutra do NSDAP. Jednak równie trudno jest mówić o historii niemieckiego antysemityzmu bez wspomnienia niechlubnej roli, jaką odegrał w niej twórca reformacji.

Grzegorz Kucharczyk

za: milujciesie.pl