Rosyjski rewizjonizm historyczny

0
147
„Kiedyś prezydent Rosji Władimir Putin honorował Polskę na Westerplatte i w Katyniu, teraz wyzywa od kolaborantów. Strach pomyśleć jaki będzie kolejny pisowski sukces” – napisał eurodeputowany Platformy Obywatelskiej, były minister spraw zagranicznych w rządzie PO-PSL Radosław Sikorski. Pisowski sukces? Ale przecież to jest także sukces Radosława Sikorskiego.

Przecież w czasie przewrotu kijowskiego w 2014 roku był na Majdanie i patronował tam zawarciu porozumienia pomiędzy Janukowyczem a puczystami, które zostało zaraz zerwane przez tych drugich. Zanim we wrześniu 2014 roku przestał być szefem polskiej dyplomacji, stosunki z Rosją poświęcono już na rzecz „wspierania Ukrainy”. No ale tak to już jest, że klęska jest sierotą, a sukces ma wielu ojców. W tym wypadku ów „sukces” jest klęską, czyli sierotą.

O błędach polskiej polityki wschodniej i polskiej polityki historycznej wobec Rosji pisałem już wielokrotnie. Przyjrzę się więc teraz najnowszej rosyjskiej narracji historycznej. Po 20 grudnia 2019 roku pojawiły się w niej elementy nowe, które uzupełniły elementy dotychczas obecne. Te składniki dotychczas obecne to krytyka układu z Monachium oraz polskiej polityki wobec Czechosłowacji w 1938 roku. Sam wielokrotnie krytykowałem i jedno, i drugie. Podkreślałem, że Monachium oznaczało demontaż porządku wersalskiego, który gwarantował także istnienie Polski. Dlatego przyłączając się do tego demontażu Józef Beck działał przede wszystkim przeciw niepodległości Polski. To była ze strony polskiej polityka bezmyślna i wobec Czechów łajdacka, ale nie może być ona żadnym usprawiedliwieniem dla późniejszej polityki Stalina. W Rosji uważa się, że układ z Monachium usprawiedliwia pakt Ribbentrop-Mołotow, albo że pakt ten w świetle Monachium był bez znaczenia dla wybuchu drugiej wojny światowej. Takie stanowisko jest nie do przyjęcia.

Władimir Putin nie zauważa jednego drobnego szczegółu. Nawet jeżeli przyjmiemy, że pakt Ribbentrop-Mołotow nie był bezpośrednią przyczyną wybuchu drugiej wojny światowej, że bez tego układu Hitler i tak by wojnę wywołał (na co był zdecydowany od kwietnia 1939 roku), to z punktu widzenia prawa międzynarodowego tajny protokół do tego paktu był zbrodnią przeciwko pokojowi oraz niepodległości i integralności terytorialnej sześciu państw. Jest zatem kwestią drugorzędną czy Parlament Europejski i polski Sejm potępiłyby pakt Ribbentrop-Mołotow za to, że miał doprowadzić do wybuchu wojny czy za to, że był zbrodnią przeciwko pokojowi, suwerenności i integralności terytorialnej sześciu państw. To detal. Ponadto – co strona rosyjska przemilcza – realizacja celów strategicznych Moskwy odbywała się stalinowskimi, czyli zbrodniczymi metodami.

Starym elementem rosyjskiej polityki historycznej jest również narracja o „pakcie Piłsudski-Hitler” – jak się tam nazywa polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 roku – oraz „sojuszu polsko-niemieckim” w latach 1934-1939 i mającej z tego wynikać „odpowiedzialności Polski za wybuch wojny”. Najnowszemu wydaniu tej narracji towarzyszą ewidentne kłamstwa o „czystce etnicznej na Zaolziu”, której miała się tam jakoby dopuścić II Rzeczpospolita.

W związku z tym trzeba przypomnieć, że do 1935 roku partie komunistyczne w Europie kierowały się na polecenie Międzynarodówki Komunistycznej (czyli Józefa Stalina) doktryną tzw. „socjalfaszyzmu”. Doktryna ta zakazywała partiom komunistycznym współpracy politycznej z partiami socjaldemokratycznymi (określanymi w tej doktrynie jako „socjalfaszystowskie”). Doktryna „socjalfaszyzmu” doprowadziła do rozbicia wspólnego frontu KPD i SPD przeciw nazizmowi. Była to jedna z najważniejszych bezpośrednich przyczyn dojścia NSDAP do władzy w Niemczech i upadku Republiki Weimarskiej. Dopiero na VII kongresie Kominternu w 1935 roku Międzynarodówka Komunistyczna uznała swoją doktrynę „socjalfaszymu” za błędną.

Rzucono wtedy hasło tworzenia „frontów ludowych” pod przewodnictwem komunistów. Kto zatem zapalił zielone światło Hitlerowi? Nie w 1938 roku, ale w 1924 roku? Wtedy bowiem na polecenie Stalina przyjęto w Kominternie doktrynę „socjalfaszyzmu” i nie wycofano się z niej nawet w obliczu wydarzeń w Niemczech w latach 1930-1933. Trzeba też przypomnieć o niemiecko-radzieckim układzie w Rapallo z 16 kwietnia 1922 roku oraz będącej jego następstwem niemiecko-radzieckiej współpracy wojskowej do roku 1933. Przyszła potęga militarna Niemiec była w tym czasie budowana na radzieckich poligonach i uczelniach wojskowych.

Nowym elementem rosyjskiej polityki historycznej – zaprezentowanym po wystąpieniach prezydenta Rosji z 20-24 grudnia 2019 roku – jest sugerowanie polsko-niemieckiej współpracy w przygotowaniu „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” już przed drugą wojną światową oraz podczas jej trwania. Strona rosyjska – wychodząc z taką narracją – niewątpliwie wykorzystała dwie rzeczy: fakt pogorszenia się stosunków polsko-izraelskich i polsko-żydowskich po nowelizacji ustawy o IPN w styczniu 2018 roku oraz osłabienie pozycji Polski w Unii Europejskiej za rządów PiS. To ma pozbawić Polskę ewentualnych sojuszników. Po wystąpieniu prezydenta Rosji na temat tzw. notatki Lipskiego, podczas którego użył on słów „swołocz” i „antysemicka świnia”, pojawiły się w rosyjskich mediach programy i publikacje na temat polskiego przedwojennego i wojennego antysemityzmu. Nie jest to nowość, ponieważ już w kwietniu 2019 roku znany proputinowski dziennikarz Władimir Sołowiow ogłosił w telewizji Rossija 1, że podczas drugiej wojny światowej Polacy mieli wymordować więcej Żydów niż Niemcy oraz oskarżył Polaków, że nie chcą wypłacić Żydom rekompensat. Już wtedy padły słowa o „polskiej swołoczy” [1].

Nawet rosyjskojęzyczna Wikipedia podaje – omawiając obszernie spotkanie ambasadora Józefa Lipskiego z Hitlerem w Obersalzbergu 20 września 1938 roku – że w tym czasie Hitler był daleki od idei fizycznego unicestwienia Żydów i chodziło o tzw. „afrykański projekt”, który rosyjskojęzyczna Wikipedia definiuje jako „ideę żydowskiego państwa w Afryce”. Zupełnie inaczej niż Władimir Putin, który stwierdził, że chodziło o wysłanie Żydów do Afryki rzekomo na śmierć. Rosyjskojęzyczna Wikipedia cytuje też notatkę Lipskiego na podstawie opracowania Wacława Jędrzejewicza o Lipskim („Józef Lipski. Diplomat in Berlin, 1933-1939. Papers and Memoirs of Józef Lipski, Ambassador of Poland”, pod red. Wacława Jędrzejewicza, New York 1968, s. 679) oraz na podstawie rosyjskiej edycji źródłowej z 1981 roku pt. „Dokumenty i materiały w przededniu drugiej wojny światowej 1937-1939”.

Notatka Lipskiego brzmiała: „Gdyby mocarstwa zachodnie lepiej rozumiały wymagania Niemiec w kwestii kolonialnej, to on, Führer, zapewne zapewniłby w Afryce pewne terytorium, które można by wykorzystać do osiedlenia się nie tylko niemieckich, ale także polskich Żydów”. Było to zgodne z polityką polskiego rządu, który od 1935 roku dyskutował z władzami francuskimi oraz z udziałem palestyńskich syjonistów o planie przesiedlenia polskich Żydów na Madagaskar. Lipski wyraził aprobatę dla słów Hitlera: „… on (Hitler) wpadł na pomysł rozwiązania problemu żydowskiego poprzez emigrację do kolonii w porozumieniu z Polską, Węgrami, a może Rumunią (tutaj odpowiedziałem, że jeśli znajdzie rozwiązanie, to postawimy mu piękny pomnik w Warszawie …)”.

Nie chodziło zatem o mordowanie kogokolwiek, ani o wypędzanie kogokolwiek, tylko o uzyskanie od zachodnich mocarstw kolonialnych terenu osadniczego dla Żydów w Afryce (syjoniści postulowali wtedy Palestynę, gdzie 10 lat później rzeczywiście powstał Izrael). Na podstawie tej notatki nie można wyciągnąć takich wniosków, jakie wyciągnął prezydent Rosji (także odnośnie domniemanego antysemityzmu Lipskiego). Żaden historyk, cytujący notatkę Lipskiego, na taką narrację jak Putin nie poszedł. Nawet David Irving.

Każdy kto chce wiedzieć jak było z tzw. „planem Madagaskar” powinien przeczytać wydaną w 2019 roku przez Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie książkę Zofii Trębacz pt. „Nie tylko Palestyna. Polskie plany emigracji wobec Żydów 1935-1939”. Autorka pisze: „Wszystko wskazuje na to, że rozmowy prowadzone między przedstawicielami żydowskich organizacji a dyplomatami kolonialnego mocarstwa [czyli Francji – uzup. BP] okazały się owocne, gdyż na początku 1937 roku rząd polski rozpoczął w tej sprawie konkretne rozmowy z francuskimi politykami – premierem Leonem Blumem i ministrem kolonii Mariusem Moutetem. Obaj zaakceptowali plan w ogólnym zarysie i zasugerowali przeprowadzenie badań, które mogłyby dostarczyć więcej szczegółów. Moutet zaproponował nawet pomoc specjalistów”. W konsekwencji na Madagaskar udała się polska komisja, w której pracach brał udział m.in. Arkady Fiedler.

Jeśli Władimir Putin chce rozliczać Polskę z przedwojennego antysemityzmu, to powinien sobie uświadomić, że Rosja w dziedzinie antysemityzmu ma znacznie większe osiągnięcia niż Polska
. Wydane w 1903 roku w Petersburgu „Protokoły mędrców Syjonu” (biblia antysemityzmu) zostały spreparowane przez rosyjską Ochranę. Na przełomie XIX i XX wieku miały też miejsce w Imperium Rosyjskim masowe mordy na Żydach, inspirowane m.in. przez carską Ochranę. W latach 1881-1884 doszło w Rosji do około 250 pogromów na Żydach (od 224 do 284), zaś w okresie 1903-1906 pogromy Żydów miały miejsce w 64 miastach i 626 miasteczkach oraz wsiach.

To były tysiące ofiar. „Plan Madagaskar” jako pierwsza też zrealizowała Rosja wysiedlając Żydów z zachodnich guberni (tzw. litewskich, stąd nazywano ich Litwakami) do Priwislinskiego Kraju – jak po powstaniu styczniowym nazywano Królestwo Polskie. Pojawienie się w Królestwie Polskim mas Litwaków – obcych polskiej kulturze, nie znających języka polskiego i niechętnych do integracji z Polakami – miało w intencji władz carskich wywołać antysemityzm wśród Polaków oraz zastąpić konflikt polsko-rosyjski konfliktem polsko-żydowskim. Litwacy propagowali wśród polskich Żydów separatyzm, a zwalczali asymilację narodową i kulturową. Byli też w rękach caratu narzędziem rusyfikacji.

Z kolei Józef Stalin swój Madagaskar dla Żydów utworzył w latach 1928-1934 na Dalekim Wschodzie (Żydowski Obwód Autonomiczny w Kraju Chabarowskim nad Amurem).
Celem tego posunięcia Stalina było przeciwdziałanie szerzącemu się w ZSRR ruchowi syjonistycznemu. Zatem jedynym państwem, które w latach 30-tych XX wieku zrealizowało „plan Madagaskar” był tak naprawdę Związek Radziecki. W ogóle polityka narodowościowa II Rzeczypospolitej a polityka narodowościowa Stalina w ZSRR, to są dwa odrębne światy.

Po wystąpieniach Putina z 20-24 grudnia 2019 roku nie uruchomiono w Moskwie zwykle stojącego w takiej sytuacji na posterunku pana Władimira Żyrinowskiego. Uruchomiono natomiast pana Wiaczesława Nikonowa – wnuka Wiaczesława Mołotowa i syna nie mniej zasłużonego dla ZSRR Aleksieja Nikonowa – by ogłosił, światu że „Warszawa przebija dno, broniąc znanego antysemity!”, czyli ambasadora Lipskiego [2]. Taka wypowiedź wyraźnie koresponduje z wypowiedzią jego dziadka o Polsce jako „pokracznym bękarcie traktatu wersalskiego”. Notabene babka tego pana – czyli żona Mołotowa Polina Żemczużyna – została skazana w 1949 roku na 5 lat łagru za rzekome „szpiegostwo na rzecz syjonistów”. Czy nie był to przejaw antysemityzmu Stalina, którego broni pan Nikonow? Był to początek antyżydowskiej czystki w ZSRR, której Stalin nie zdołał już sfinalizować przed śmiercią. Nie zmienia tego fakt, że towarzyszka Żemczużyna do śmierci w 1970 roku pozostała fanatyczną zwolenniczką Stalina i w takim też duchu wychowała swoją jedyną córkę, a matkę pana Wiaczesława Nikonowa. Zabawy z historią PiS w Polsce bledną na tle takich zabaw z historią.

Z kolei pan senator Oleg Morozow (w latach 80-tych XX wieku zastępca szefa wydziału propagandy Komitetu Centralnego KPZR, później jeden z głównych ideologów Jednej Rosji i doradca Putina ds. polityki wewnętrznej) pozwolił sobie na stwierdzenia, że „Polska oficjalnie staje w jednym szeregu z nazistami i osobami zaangażowanymi w masową eksterminację Żydów” oraz że „współczesna Polska nie chce uznać zbrodni nazizmu przeciwko ludzkości i przeciwko Żydom”. Powodem takich opinii Morozowa stało się to, że prezydent Andrzej Duda postawił jako warunek swojego udziału w Międzynarodowym Forum Holocaustu w Izraelu możliwość publicznego udzielenia odpowiedzi na planowane tam wystąpienie Putina. Swoje oskarżenia Morozow uzupełnił stwierdzeniem, że Rosja (nie ZSRR, ale Rosja!) „uratowała naród żydowski od zagłady” (a pozostali alianci nic w tej sprawie nie zrobili?) [3].

Najnowsza narracja kremlowska o tym, że Rosja „uratowała naród żydowski od zagłady” jest co najwyżej półprawdą. Niemcy hitlerowskie dokonały zagłady Żydów europejskich w latach 1941-1944. Zginęło wtedy m.in. ponad 90 % Żydów polskich, zamordowanych w większości do połowy 1943 roku. W roku 1945 większość europejskich Żydów była już zamordowana i Armia Czerwona przed niczym ich nie ocaliła. Zasługą Armii Czerwonej – której kwestionować nie można – było natomiast wyzwolenie części niemieckich obozów koncentracyjnych. Spośród 13 znaczących niemieckich obozów koncentracyjnych 7 wyzwolili Amerykanie i Brytyjczycy, a 6 Armia Czerwona. Jeśli jednak mówimy o tej niekwestionowanej zasłudze Armii Czerwonej, to trzeba też powiedzieć o tym, że na miejscu wyzwolonych przez czerwonoarmistów hitlerowskich obozów koncentracyjnych natychmiast powstawały obozy NKWD. Na terenie wyzwolonego KL Auschwitz powstały dwa obozy NKWD i jeden obóz UB, które istniały do 1946 roku. To samo było na Majdanku, na Zamku Lubelskim i w innych katowniach gestapo, zamienianych natychmiast na katownie NKWD i UB. Oczywiście fakt powstania obozów NKWD na miejscu obozów hitlerowskich nie przekreśla ofiary czerwonoarmistów – jak tego chce polska polityka historyczna, ale też ofiara czerwonoarmistów nie może rozgrzeszać zbrodni stalinowskich – jak tego chce rosyjska polityka historyczna [pogr. red. PP].

Z kolei 10 stycznia proputinowska „Rossijskaja Gazieta” napisała: „W jakiejkolwiek paralelnej rzeczywistości istniałby pan Duda, jak bardzo by kipieli oburzeniem polscy politycy i politolodzy niezadowoleni z tego, że kolejny raz pokazano im prawdę, trudno spierać się z tym, co mówią dokumenty. A one dobitne potwierdzają, że znaczna część społeczeństwa polskiego bezpośrednio uczestniczyła w zagładzie mieszkających w kraju Żydów”. Jakoś to do złudzenia koresponduje z tym co pisali dotychczas niektórzy autorzy (nie będę wymieniał nazwisk) i niektóre niszowe media na Zachodzie, czy mówili niektórzy drugoplanowi politycy izraelscy, jak Jair Lapid i Naftali Benett.

„Rossijskaja Gezieta” napisała też, że „po wojnie Polska przywłaszczyła sobie majątek Żydów, którzy zginęli w Holokauście” (notabene Związek Radziecki też to zrobił) i dalej, że „na każdego biorącego w zagładzie ludności żydowskiej niemieckiego oprawcę przypadało 10-15 dobrowolnych pomocników spośród miejscowych mieszkańców”, a Polacy obojętnie patrzyli na sytuację ludzi w warszawskim getcie, łupili sąsiadów, mordowali ich lub wydawali Niemcom. To już też słyszeliśmy z wieloletniego przekazu niektórych ośrodków na Zachodzie. Artykuł, w którym pojawiły się takie oskarżenia zatytułowano „Czego boi się Polska”, a jego autorem jest Jewgienij Szestakow. O martyrologii Polaków podczas drugiej wojny światowej Szestakow napisał z pogardą „Polokaust”. Jego zdaniem polskiej martyrologii nie było [4].

Po publikacji „Rossijskoj Geziety” (jedno z najważniejszych mediów kremlowskich) mniej więcej wiemy, w jakim kierunku może pójść wystąpienie Putina w Yad Vashem 23 stycznia. W kierunku, że Polska była sprawcą wybuchu wojny, a Polacy współpracowali z Niemcami w zagładzie Żydów, którą ambasador Lipski planował razem z Hitlerem już w 1938 roku.

Należy postawić tutaj pytanie, czy polska polityka historyczna – z gruntu błędna i chyba inspirowana w jakiejś mierze przez USA – jest jedynym czynnikiem, który sprowokował ze strony rosyjskiej to z czym mamy teraz do czynienia. Do postawienia takiego pytania skłania chociażby reakcja rosyjska na podpisanie przez prezydenta Czech Milosza Zemana ustawy ustanawiającej Dzień Pamięci o Inwazji 1968 roku i Późniejszej Okupacji Wojsk Układu Warszawskiego. Prezydent Zeman uchodził dotąd za jednego z bardziej prorosyjskich polityków w Europie. Teraz krytykujące go stanowisko rosyjskiego MSZ Zeman określił jako „absolutnie bezczelne”5. Rosyjska polityka historyczna w zasadzie nie odbiega daleko od ukraińskiej. W pierwszej mitem założycielskim jest mit Armii Czerwonej jako największego zwycięzcy nad faszyzmem, w drugiej fałszywy mit UPA jako „ruchu wyzwoleńczego”. Problem w tym, że tak sformułowany mit Armii Czerwonej – usuwający z pola widzenia politykę Stalina przed wybuchem wojny, w czasie wojny i po wojnie – musi prowadzić, jeśli nie do rehabilitacji, to do wybielenia stalinizmu.

Zwalczałem politykę antyrosyjską ekip postsolidarnościowych, ponieważ była częścią polityki amerykańskiej i narażała bezpieczeństwo Polski. Do tego towarzyszyło jej odkurzenie takich szkodliwych archaizmów politycznych jak prometeizm i Międzymorze, w imię których wspierano historycznie skrajnie antypolską orientację polityczną na Ukrainie. Nie mam jednak wątpliwości, że stosunki z Rosją muszą być oparte na Realpolitik, która uwzględnia polski i rosyjski potencjał, ale także polską rację stanu. Tą racją stanu jest mieć dobre stosunki z Rosją i unikać z nią konfliktów, zwłaszcza w obcym interesie. Ale nie za cenę przyjmowania narracji rosyjskiej w jakiejkolwiek sprawie i uwzględniania interesów polityki rosyjskiej. To już było i się nie sprawdziło.

Krytykowałem i krytykuję ukraińską i polską politykę historyczną. Z tych samych powodów krytykuję też rosyjską. Zwłaszcza tę, która pokazała swoje oblicze na przełomie 2019 i 2020 roku. Polityka historyczna a historia to są dwie rzeczywistości nie mające ze sobą wiele wspólnego. Historia nigdy nie jest czarno-biała. Zawsze jest skomplikowana i wielowątkowa. Polityka historyczna nigdy tego nie uwzględni. Zawsze będzie z wielowątkowej mozaiki wybierać pojedyncze obrazy i budować na nich przekaz propagandowy.

Ale nie o politykę historyczną w tym wszystkim chodzi. Ona jest tylko małym trybikiem w wielkiej maszynie. Oto co napisał na Facebooku 7 stycznia 2020 roku były pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji, funkcjonujący nadal w rosyjskim establishmencie politycznym:

„W Warszawie byli bardzo poważnie przestraszeni. Ponieważ zdali sobie sprawę, że tocząca się historyczna dyskusja na temat czasu wybuchu wojny może doprowadzić do zmiany statusu Polski, która może zasłużenie stać się krajem agresorem i inicjatorem (wraz z Niemcami) drugiej wojny światowej. A strach jest złym doradcą. Partia rządząca nie wymyśliła nic lepszego niż sporządzenie projektu ustawy chroniącej polską wizję historii [chodzi zapewne o nowelizację ustawy o IPN z 2018 roku – uwaga BP]. I więcej. Fakt, że druga wojna światowa rozpoczęła się w 1938 roku. Pisałem [o tym – uzup. BP] na długo przed Władimirem Putinem. Więc teraz nie bronię stanowiska Władimira Putina, ale mojego. Chociaż tak, cieszę się, że Władimir Putin był solidarny z tym stanowiskiem”.

Dalej ten autor pisze: „Polska ryzykuje, że stanie się krajem wyrzutkiem. Polski prezydent postanowił odmówić wyjazdu do Izraela na Światowe Forum Holokaustu, rzekomo z powodu planowanej obecności tam Władimira Putina. Prawdę mówiąc, trudniej wymyślić śmieszniejszy powód. Nie chodzi o Władimira Putina, ale o kompleksowe relacje polsko-izraelskie. I rzeczywiście Duda próbuje zwalić wszystko z chorej głowy na zdrową, czyli Władimira Putina. Tymczasem Warszawa ma niezwykle trudne relacje z Brukselą. Prawicowa Polska najwyraźniej nie dotrzymuje kroku Unii Europejskiej. Warszawa nie ma sojuszu regionalnego, wszyscy sąsiedzi Polski unikają. W przypadku Rosji sytuacja stała się ślepą uliczką. Zostają Stany Zjednoczone, jak uważają w Warszawie. Ale w USA lobby izraelskie jest wyjątkowo silne. A z odszkodowaniem za własność ofiar Holokaustu wszystko wygląda katastrofalnie. Tak oto Polska ryzykuje, że zostanie krajem wyrzutkiem. Prawicowa Polska”.

Do tego co napisał ten przedstawiciel rosyjskiej elity – były pracownik dyplomacji rosyjskiej, publicysta i czołowy działacz Euroazjatyckiego Frontu Ludowego – którego nazwiska nie będę ujawniał, nic dodawać już nie muszę. Tak wygląda teraz rosyjska polityka wobec Polski. Nie tylko historyczna. Taki jest jej charakter i takie są jej cele.

A z czym mamy do czynienia ze strony polskiej? Marszałek Senatu z PO spotkał się 16 grudnia 2019 roku z ambasadorem Rosji m.in. po to, by – jak sam powiedział – żądać „opuszczenia Ukrainy” przez Rosję (zapewne chodziło o Krym i Donbas). To jakaś choroba z tą Ukrainą. Naiwna wiara, że Ukraina będzie propolska i spełni rolę antyrosyjskiego „kordonu sanitarnego”. Nic w tym myśleniu nie zmieniło się od wyprawy kijowskiej Piłsudskiego w 1920 roku. Bezpieczeństwo Polski gwarantują NATO i UE. Po cóż więc jeszcze dodawać do tego tzw. Międzymorze vel Trójmorze? Te polityczne marzenia zostały po raz kolejny zweryfikowane 8 stycznia 2020 roku, kiedy ambasador Polski w Kijowie Bartosz Cichocki został wezwany na rozmowę do ukraińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tematem spotkania było niedawne wspólne oświadczenie ambasadorów Polski i Izraela w sprawie czczenia na Ukrainie osób związanych z nacjonalizmem ukraińskim. Jak napisano w komunikacie ukraińskiego MSZ ambasador Polski usłyszał, że jego niedawne wspólne oświadczenie z ambasadorem Joelem Lionem było kontrproduktywne i miało cechy publicznej dyskusji na temat wewnętrznej polityki ukraińskiej [6].

Na prowadzenie takiej polityki wschodniej, jakiej chcą PiS i PO, Polska po pierwsze nie ma potencjału. Ten brak własnego potencjału skazuje na uzależnienie się w tej sytuacji od potencjału amerykańskiego, a tym samym od celów politycznych USA. I uwaga ta nie dotyczy tylko polityki wschodniej. Po drugie – polityka taka zawsze będzie prowadzić do konfrontacji z Rosją. Nie można więc twierdzić, że jest podyktowana troską o bezpieczeństwo geopolityczne Polski. Właśnie powoduje dla tego bezpieczeństwa zagrożenie. Polityka realna polegałaby na utrzymywaniu równoległych stosunków z Moskwą, Kijowem i Mińskiem oraz unikaniu wchodzenia na Wschodzie w jakiekolwiek konflikty z kimkolwiek. Polegałaby też na współpracy z wschodnimi sąsiadami tam, gdzie jest to możliwe i ewentualnie korzystne. Niestety, czas na prowadzenie takiej Realpolitik się skończył. Teraz trzeba się bronić przed uczynieniem z Polski „kraju wyrzutka”, co stało się celem polityki rosyjskiej.

Bohdan Piętka
Fot. Siergiej Iwanow, wicepremier rządu, na wystawie „Żydzi w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej”.

[1] W rosyjskiej telewizji oskarżono Polaków, że wymordowali więcej Żydów niż Niemcy i wzywano do czytania książek Grossa, www.kresy.pl, 5.04.2019.
[2] Wnuk Mołotowa dołącza do ataku na Polskę. „Warszawa przebija dno!”, www.natemat.pl, 29.12.2019.
[3] Rosyjski senator atakuje Andrzeja Dudę. „Polska staje w jednym szeregu z nazistami”, www.wiadomosci.wp.pl, 4.01.2020.
[4] „Rossijskaja Gezieta” oskarża Polaków o udział w Holokauście. Uderza też w prezydenta Dudę, www.wprost.pl, 10.01.2020.
[5] Czechy. Prezydent Zeman o reakcji Rosji: Absolutna bezczelność, www.wiadomosci.wp.pl, 28.12.2019.
[6] Ukraińskie MSZ wezwało polskiego ambasadora z powodu wypowiedzi na temat OUN-UPA, www.kresy.pl, 8.01.2020.

za: mysl-polska.pl