Westerplatte – Piotrowi Semce do sztambucha…

0
125
A jak było? Ano nie tak, jak o tym pisze w swoim artykule pan redaktor Piotr Semka („Jak to z Westerplatte było”, „Do Rzeczy” nr 35(337), 26 sierpnia – 1 września 2019, s. 18-19). Podstawowa teza tego tekstu brzmi:

„Władze PRL miały z Westerplatte kłopot. Bohaterska obrona półwyspu heroizowała (jakiś bezsensowny neologizm panie redaktorze – przyp. A.K.) przedwojenne „burżuazyjne” Wojsko Polskie, ale po mit ten sięgnęła komunistyczna armia Zygmunta Berlinga, tworząc 1. Warszawską Brygadę Pancerna im. Bohaterów Westerplatte, która szturmowała Gdańsk w 1945 r.”

Jestem gdańszczaninem, urodzonym w Sopocie, który znaczącą część życia spędził w Gdańsku, łącznie ze studiami historii na UG. A więc sprawy, o których tu piszę znam z autopsji. Temat ten z racji wykonywanego zawodu muzealnika, jest mi szczególnie bliski.

Nigdy nie było problemu z „przedwojennym, burżuazyjnym Wojskiem Polskim” jak to pan redaktor raczył określić. Chodząc do szkoły, (a czas ten przypadał na lata 60. i połowę 70. XX w.) wielokrotnie – czy chcieliśmy, czy nie, przy różnych okazjach jeździliśmy na Westerplatte. Pamiętam to miejsce jeszcze sprzed roku 1966, gdy był to naprawdę teren nieuporządkowany, gdzie chodziło się dosłownie leśnymi duktami. Dopiero połowa lat 60. XX w. przyniosła zmiany. Architektoniczną koncepcję zagospodarowania terenu opracował prof. Politechniki Gdańskiej – Adam Haupt.

Kulminacją tej koncepcji jest kopiec, na którym stanął pomnik. Czy wie pan, skąd wzięła się ziemia na jego usypanie? Nie liczę na odpowiedź z pana strony. A więc informuję, że wykorzystano tu ziemię wydobytą z „Zakrętu Pięciu Gwizdków” Kanału Portowego. Nota bene, to właśnie w owym przewężeniu cumował niemiecki pancernik szkolny „Schleswig-Holstein” w czasie ostrzeliwania terenu Westerplatte. Prace na kanale były związane również z budową nowego nabrzeża w Porcie Gdańskim przeznaczonego dla Bazy Przeładunku Siarki „Siarkopol” i fosforów.

Aby zachować jedyną istniejącą niemal w nienaruszonym stanie Wartownię Nr 1, trzeba było ją, przesunąć przy wykorzystaniu doświadczeń zdobytych podczas odbudowy warszawskiej starówki. Dzięki tej kosztownej i trudnej technicznie operacji, wartownię udało się zachować. Wróćmy jednak do pomnika. Jego autorami są artyści Franciszek Duszeńko i Henryk Kitowski. Oczywiście znajdują się tam treści, o których wspomina pan redaktor Semka. Tylko chyba nie doczytał dokładnie, że są tam również wymienione inne punkty oporu z września ‘39 roku: Poczta Polska w Gdańsku, Hel i Kępa Oksywska. Ale są też jeszcze inne – Tobruk, Narwik czy Monte Cassino (“burżuazyjne” Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie A. D. 1940-1945). Nie wiem też, czy autor wie, że u stóp kopca znajduje się siedem zniczy w kształcie łusek artyleryjskich. W dniach od 1 do 7 września, codziennie rozpalano jeden, jako upamiętnienie kolejnego dnia obrony. Siódmy znicz zapalano ostatniego dnia, po czym równocześnie wszystkie wygaszano.

pomnik_1.jpg

Z pomnikiem wiąże się jeszcze jedna tradycja a w zasadzie obowiązek. Otóż od chwili odsłonięcia pomnika, czyli roku 1966 do Locji – opisu szlaku wodnego wejścia do portu gdańskiego – wpisany został nakaz oddawania honoru temu miejscu. Każda wchodząca lub wychodząca z portu jednostka musi oddać salut banderą poprzez opuszczenie tejże do połowy masztu. Dla nieobeznanych z ceremoniałem morskim, należy dodać, że taki sposób honorowania na morzu, to (po salucie artyleryjskim), dowód najwyższego szacunku i uznania. I z całą mocą pragnę podkreślić, że nakaz ten był przez wszystkie bandery (jednostki były czasami bardzo egzotyczne) na tym szlaku żeglugowym bardzo ściśle przestrzegany, czego wielokrotnie byłem świadkiem. Było to więc uhonorowanie bohaterstwa obrońców przez światową społeczność morską. Ale by w ten sposób można było uhonorować bohaterów, oficjalne władze państwowe (PRL-u) musiały na forum międzynarodowym, na szczeblu narodowych Biur Hydrograficznych takie działanie spowodować. Jak widać zrobiły to skutecznie…

Po kapitulacji, wbrew poecie, żołnierze morskiego batalionu nie szli czwórkami do nieba, a do Oflagów i Stalagów. Część z nich powróciła do kraju. Major Henryk Sucharski powrócił symbolicznie. W 1971 roku zostały sprowadzone jego prochy, które w uroczysty sposób spoczęły wśród innych pochowanych tam obrońców. Uroczystości odbyły się zgodnie z ceremoniałem wojskowym, a jej zwieńczeniem było pośmiertne odznaczenie mjr. Sucharskiego Krzyżem Orderu Virturi Militarii…

sucharski_0.jpg
Szef MON – gen. Wojciech Jaruzelski na pogrzebie mjra Henryka Sucharskiego.

Tyle jeśli chodzi o sam teren Westerplatte. Ale ten mit swoją pamięć utrwalił jeszcze na wiele innych sposobów. Wystarczy tu wspomnieć o umieszczeniu tej nazwy na jednej z tablic Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Już ten fakt stanowi najwyższe uhonorowanie tych wydarzeń. Ale są i kolejne. Wiele ulic w polskich miastach nosi nazwy związane z obroną w 1939 r. W samym Gdańsku, w Starej Oliwie, „od zawsze” była ulica Obrońców Westerplatte. Od roku 1971, trasa wiodąca z miasta, przez Wisłoujście, Port Północny na Westerplatte, nosi miano Trasy Majora Henryka Sucharskiego. Z tymi nazwami spotkamy się również w Warszawie. Oto na Osiedlu Boernerowo jest ulica Westerplatte, w dzielnicy Bemowo ulica Sucharskiego…

Postać dowódcy obrony stała się również patronem statku – drobnicowca Polskich Linii Oceanicznych, który pod nazwą „Major Sucharski” w latach 1974 – 1994 pływał pod polską banderą.

Na przekór postawionej przez pana redaktora Semkę tezie, pozwalam sobie zwrócić uwagę, że w samym Gdańsku, od czasów „owego PRL-u” istnieje znacznie więcej miejsc, uwieczniających te wydarzenia.

Zostały one również utrwalone w literaturze i filmie. Wystarczy tu wspomnieć choćby książkę „Westerplatte”, która wyszła spod pióra Melchiora Wańkowicza. A autora tego trudno nazwać pupilem tamtej władzy. W 1967 r. wszedł na ekrany film fabularny „Westerplatte” w Reżyserii Stanisława Różewicza z udziałem wielu doskonałych aktorów polskich, z Zygmuntem Hübnerem w roli mjr Sucharskiego na czele. Jakże wymowną jest jedna z pierwszych scen w tym filmie. Jest to spotkanie „w cztery oczy” mjr Sucharskiego z przedstawicielem wywiadu polskiego w Wolnym Mieście Gdańsku o sytuacji w razie wybuchu wojny. Na postawę i zachowanie dowódcy, należy patrzeć m. in. przez pryzmat tej rozmowy.

I jeszcze jedna refleksja w tym miejscu. Czy był pan redaktor kiedykolwiek na Westerplatte 1 września o godzinie 4.45? A może w „Topolówce” (popularne określenie III LO im. Bohaterów Westerplatte we Wrzeszczu przy ul. Topolowej) nie było takiej tradycji? Bo wówczas zrozumiałby pan redaktor czym to miejsce jest dla współczesnych gdańszczan, również młodego pokolenia. Patriotyzm lokalny powodował, że bez szumnych zapowiedzi, bez umawiania się za pośrednictwem internetu czy telefonów komórkowych – których przecież w latach 70. nie było, zjawiało się w tym miejscu wielu mieszkańców, w różnym wieku, niektórzy nawet ze zniczami, tylko po to, by z własnej, nieprzymuszonej instytucjonalnie woli, swoją obecnością oddać hołd obrońcom tego miejsca. Był to za razem hołd oddany tym wszystkim, którzy walczyli w II wojnie światowej, bez względu na to czy było to na wschodzie czy zachodzie… To trzeba było zobaczyć i przeżyć, by teraz móc oceniać problem Westerplatte.

By zakończyć cały ten blok tematyczny „Westerplatte”, trzeba uświadomić sobie jeszcze jeden szkopuł, może niewielki, ale jakże istotny w kompleksie tych spraw. Otóż przez cały okres powojenny nie cały teren Westerplatte był ogólnodostępny. Zbudowany przed wojną przez Rząd Rzeczypospolitej basen portowy, nabrzeże i jego infrastruktura przeładunkowa, łącznie z ocalałą elektrownią obsługującą Składnicę był zamknięty. Znajdowała się tam baza Morskiego Oddziału Wojsk Obrony Pogranicza (WOP) a następnie Straży Granicznej. Tak więc jakakolwiek działalność inwestycyjna na tym terenie była z tego względu mocno ograniczona. To również – co pozwalam sobie jeszcze raz podkreślić – miało wpływ na to, co działo się na tym terenie.

Wróćmy do 1939 roku. Równolegle z obroną Westerplatte, od wczesnych godzin porannych, trwała obrona Poczty Polskiej w Gdańsku. Los jej obrońców był tragiczniejszy, gdyż po kapitulacji nie traktowano ich jak żołnierzy. A więc nie przysługiwał im status jeńców wojennych, przez co zostali rozstrzelani na mocy „prawomocnego wyroku skazującego”. Ten czyn po długich latach zmagań prawnych uznany za „mord sądowy”. Miejsce, czyli budynek Poczty Polskiej przetrwał wojnę. W 1979 roku utworzono w nim Muzeum Poczty Polskiej jako oddział Muzeum Poczty i Telekomunikacji we Wrocławiu, a od 2003 r. przejęty przez Muzeum Historyczne Miasta Gdańska. Jednocześnie na placu przed budynkiem odsłonięto pomnik Pocztowców autorstwa rzeźbiarzy Krystyny Hajdo-Kućma i Wincentego Kućmy. Uroczystość odbyła się 1 września 1979, w 40 rocznicę obrony. W tym miejscu warto też nadmienić, iż Pocztowcy Gdańscy są patronami nabrzeża w Porcie Gdańskim, o którego budowie była mowa powyżej.

Z wydarzeniami 1 września 1939 r. jest ściśle związany budynek „Victoriaschule”. Jest to miejsce, gdzie od świtu tego dnia przewożono aresztowanych na terenie Wolnego Miasta Polaków – mieszkańców. A stamtąd przewożono ich do obozu w Stutthofie, utworzonego już w dniu 2 września. Na budynku, w którym mieści się dziś jeden z wydziałów Uniwersytetu Gdańskiego, “od zawsze” znajduje się tablica upamiętniająca te tragiczne wydarzenia.

Kolejnym łącznikiem wymienionych miejsc i wydarzeń jest Cmentarz na Zaspie przy ul. Chrobrego między Wrzeszczem a Brzeźnem. Tam byli chowani więźniowie jednego z podobozów Stuthofu, działającego na terenie Nowego Portu. Pochowano tu również pomordowanych działaczy Polonii Gdańskiej, z druhem Alfem Liczmańskim, organizatorem harcerstwa, zamordowanym w Granicznej Wsi (podobóz Stutthofu). Postać ta ma również swoja ulicę w Starej Oliwie – ulicę na której mieszkał przed wojną. Tutaj też spoczęli kolejarze i celnicy z Szymankowa, którzy przez skierowanie niemieckiego pociągu pancernego na boczny tor, uchronili węzeł kolejowy w Tczewie przed opanowaniem przez oddziały niemieckie. Ten Cmentarz od zakończenia II wojny światowej był Miejscem Pamięci Narodowej.

Istotną rolę w życiu społeczności polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku odgrywał Kościół katolicki i jego duszpasterze. Zapłacili za to życiem. Władze kościelne i świeckie, nie zapomniały o nich. Przykładem jest błogosławiony ks. Rogaczewski. Ze strony władz kościelnych, jako męczennik został zaliczony w poczet błogosławionych. Władze świeckie uhonorowały go nadaniem imienia ulicy, przy której znajduje się Kościół p. w. Chrystusa Króla, zbudowany z jego inicjatywy dla Polaków – katolików.

Czy był kłopot „z burżuazyjnym Wojskiem Polskim” w czasach PRL-u? Podane powyżej przykłady obalają tezę pana Semki. Bo na tej tradycji wychowywano młodzież, która brała udział w różnych uroczystościach na Westerplatte, przy Poczcie Polskiej czy na Cmentarzu na Zaspie. A jeśli do tego dodamy Piaśnicę i Szpęgawsk, Kocborowo i wiele innych tego typu miejsc na terenie Pomorza, to pana teza nie ma racji bytu. Wszystkie te działania sprowadzają pan do jednego wymiaru – propagandy i działania „pod publiczkę”. Oczywiście można je tak interpretować, ale tak na prawdę wszystko można w ten sposób deprecjonować. Również dzisiejsze zabiegi wokół Muzeum II Wojny Światowej, wokół Westerplatte, wokół wielu innych faktów z naszej przeszłości. Działania także można uznać za propagandę podbudowaną szczytnymi hasłami patriotyzmu i przywracania „prawdy historycznej”, hasłem “wstawania z kolan”. Tylko to nie jest droga prowadząca do rzetelnego przekazu, często w mniejszy lub większy sposób rozmijającego się z prawdą historyczną.

Wszystkim, których zainteresował przedstawiony temat polecam rzetelne opracowanie prof. Andrzeja Drzycimskiego na temat Westerplatte. Proponuję poświęcić się tej lekturze z dwóch chociażby powodów. Po pierwsze, można tam znaleźć porcję rzeczowego wykładu historycznego. Po drugie, jest to przykład prawidłowego warsztatu historycznego opartego na krytycznej pracy ze źródłem historycznym i literaturą przedmiotu.

O tych kwestiach warsztatowych niestety wielu dzisiejszych historyków nie pamięta. Zapoznanie się z tym warsztatem, będzie pomocne przy czytaniu i pisaniu wszelkiego rodzaju kontrowersyjnych tekstów historycznych, których publikowanie w ostatnim czasie stało się bardzo popularne. Czy robi się to po to, by podnieść naród „z kolan”, by promować swoje poglądy, wzbudzać sensację i niezdrowe emocje, czy może fałszować historię – ocenę pozostawiam czytelnikom.

Andrzej Kotecki
Gdańszczanin

Za: mysl-polska.pl