Ludzka polityka monetarna

0
137

Mamy do czynienia z patologiczną sytuacją – bank centralny nie ma prawa finansować bezpośrednio rządu, ale wpompowywać pieniądze do sektora finansowego – już tak!

W ubiegłotygodniowym felietonie zarysowałem pokrótce koncepcję „luzowania ilościowego dla ludzi” (Quantitative Easing for People) zakładającą, iż pieniądze, które w ramach luzowania ilościowego trafiały dotąd bezproduktywnie do sektora finansowego, napędzając jedynie kolejną falę spekulacji, powinny trafić do gospodarki realnej – w formie inwestycji, bądź bezpośrednio do kieszeni obywateli. Teoretycznie jest to jak najbardziej wykonalne – bo skoro banki centralne tak czy inaczej kreują „z niczego” świeży pieniądz, by za jego pomocą wykupywać obligacje i inne papiery wartościowe, to równie dobrze mogą decydować gdzie ów pieniądz trafi. Byłoby to zresztą w pełni zgodne zarówno z ideą pieniądza suwerennego, jak i Nowoczesną Teorią Monetarną (MMT – Modern Money Theory), które legły u podstaw luzowania ilościowego w jego obecnym kształcie. Na przeszkodzie jednak stoi obecny „ustrój” finansowy, który jest – nie zawaham się tego nazwać wprost – systemem bandyckim.

W czym rzecz? Ano w tym, że we współczesnym świecie standardem jest zakaz finansowania potrzeb budżetowych bezpośrednio przez banki centralne. Przykładowo, art. 123 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (tzw. Traktat Lizboński) głosi, iż „Zakazane jest udzielanie przez Europejski Bank Centralny lub banki centralne Państw Członkowskich, zwane dalej »krajowymi bankami centralnymi«, pożyczek na pokrycie deficytu lub jakichkolwiek innych kredytów instytucjom, organom lub jednostkom organizacyjnym Unii, rządom centralnym, władzom regionalnym, lokalnym lub innym władzom publicznym, innym instytucjom lub przedsiębiorstwom publicznym Państw Członkowskich, jak również nabywanie bezpośrednio od nich przez Europejski Bank Centralny lub krajowe banki centralne ich papierów dłużnych”. Podobny zapis mamy w naszej konstytucji: „Ustawa budżetowa nie może przewidywać pokrywania deficytu budżetowego przez zaciąganie zobowiązania w centralnym banku państwa” (art. 220 p.2).

Cóż to oznacza w praktyce? Otóż zapisy te zmuszają rządy do zadłużania się na rynkach finansowych – krajowych i zagranicznych. Pół biedy, jeśli czynią to we własnej walucie, ale nader często w grę wchodzi również o wiele groźniejsze zadłużenie w walutach obcych. Skutek jest taki, że całe państwa siedzą w kieszeni globalnej oligarchii finansowej, która prawem kaduka zyskała monopol na kredytowanie długu publicznego pod zastaw przyszłych dochodów obywateli (podatków). Jednocześnie rządy i banki centralne mogą skupować obligacje na rynku wtórnym – czyli najczęściej odkupywać je od instytucji finansowych (na tym wszak polega wspomniane luzowanie ilościowe). Mamy zatem do czynienia z patologiczną sytuacją – bank centralny nie ma prawa finansować bezpośrednio rządu, ale wpompowywać pieniądze do sektora finansowego – już tak! Na dodatek, dzięki systemowi rezerwy cząstkowej, banki mogą kreować pieniądze jednym „kliknięciem”, zatem są w stanie kupić w ten sposób praktycznie „bezkosztowo” rządowe obligacje, by potem zarabiać na oprocentowaniu. Czarno na białym wykazał to prof. Richard A. Werner w omawianej na tych łamach pracy „Stracone stulecie w ekonomii. Trzy teorie i niezbity dowód”. Więcej – zagraniczne waluty za które rzekomo „kupiono” obligacje przeważnie nie trafiają fizycznie do krajów przeznaczenia. Stanowią one jedynie wirtualny przelicznik, na podstawie którego kraj „sprzedający” obligacje może wyemitować ich ekwiwalent we własnej walucie. Innymi słowy – rządy poprzez obligacje kupują na rynkach „prawo” do wydrukowania pieniądza. Nota bene, spłata zadłużenia musi nastąpić w walucie w jakiej się pożyczało (np. dolary, euro), co jako żywo przypomina niesławny mechanizm „kredytów” frankowych – tyle, że w megaskali. Paranoja. Nic dziwnego, że George Soros wyznał w przypływie szczerości, że dług publiczny jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych.

Warto przypomnieć, że obecnie to banki komercyjne odpowiadają za kreację przytłaczającej większości pozostającego w obiegu pieniądza, podczas gdy zgodnie z konstytucją jedynym emitentem winien być bank centralny. Krótko mówiąc – banki fałszują pieniądz na masową skalę. Taka „polityka monetarna” jest nieludzka, wtrąca bowiem kolejne pokolenia podatników w spiralę niespłacalnego zadłużenia, czyniąc ich de facto niewolnikami globalnego kapitału. Najlepiej byłoby oczywiście odejść od tego łupieżczego systemu – ale nawet i w jego ramach jest furtka, pozwalająca na wprowadzenie „ludzkiej” polityki monetarnej. Wystarczy, że rząd „obdaruje” obligacjami obywateli – i wtedy bank centralny będzie mógł w majestacie prawa skupić te papiery dłużne z powstałego w ten sposób „rynku wtórnego” za żywą gotówkę, przeprowadzając „luzowanie ilościowe dla ludzi” i wpuszczając pieniądz bezpośrednio do realnej gospodarki. Oczywiście, istnieje ryzyko inflacji – lecz tu wystarczyłoby zastosować progi ostrożnościowe, na wzór tych już obowiązujących w odniesieniu do długu publicznego. Tylko na czym wtedy zarabialiby finansowi grandziarze?

10 lutego 2019

Za: Gadający Grzyb