Dezinformacja zawsze czyni z nas ofiary i zamienia człowieka w bezwolne “zombi”

Aleksander Ścios

Walka z fałszywymi wiadomościami („fake news”) wydaje się stosunkowo prosta. Solidna weryfikacja źródeł i ocena faktów, dokonywana przez kompetentne osoby lub instytucje, może rozbroić nawet najbardziej złożone „fałszywki” i jest działaniem dostępnym dla większości państw i rządów. Trzeba nakładu środków, woli politycznej i determinacji.

Inaczej rzecz ma się z dezinformacją. Walka z tym zagrożeniem, a w szczególności – z systemem podstępu i dezinformacji w wydaniu rosyjskim, jest nieosiągalna dla państw Europy i stanowi wyzwanie, któremu współczesny „świat” nie zdołał sprostać.

Z dużą irytacją przeczytałem doniesienie, jakoby Ministerstwo Cyfryzacji III RP miało „plan walki z dezinformacją i fake newsami”. W ramach tego planu, MC zapowiada stworzenie „specjalnego narzędzia, które pomoże administracji publicznej w rozpoznawaniu fałszywych informacji inspirowanych przez środowiska antypolskie”. Działania te mają być prowadzone wspólnie z Komisją Europejską, która również „wypowiedziała wojnę fake newsom i rosyjskiej dezinformacji”. Odpowiedzią KE na tę ostatnią ma być „system szybkiego ostrzegania, kodeksy postępowania mediów społecznościowych, edukacja” itp. „środki miękkie”.

Powodem irytacji jest świadomość, iż rozgłaszając podobne „rewelacje”, rząd III RP dopuszcza się dwóch rzeczy wyjątkowo nagannych: trwoni publiczne pieniądze na działania pozorowane, kompletnie nonsensowne i nieadekwatne oraz oszukuje mieszkańców Polski wizją efektów, które nigdy nie nastąpią.

Już tylko fakt, iż w tego rodzaju doniesieniach, „fake news” i dezinformacja są wymieniane łącznie, a nawet traktowane zamiennie, dowodzi potężnej ignorancji i niezrozumienia istoty zagrożeń.

Kłamstwo – choćby najlepiej zamaskowane, służy „zaledwie” wprowadzeniu w błąd, ma cele krótkotrwałe i upada z chwilą konfrontacji z prawdą – co zwykle szybko następuje. Może poruszać emocje, a nawet fałszować osąd rzeczywistości, nie ma jednak wpływu na nasze decyzje i dokonywane wybory.

Dezinformacja jest natomiast trucizną o długotrwałym, systematycznym działaniu. Atakuje nie tylko procesy poznawcze, ale godzi w wolę człowieka, wymusza określone zachowania i kształtuje sądy o rzeczywistości. Pozostający pod jej wpływem błądzi, ale też działa i postępuje tak, jak życzy sobie tego nieprzyjaciel.

Kłamstwo (jak kto woli „fake news”) może z nas uczynić błaznów lub głupców.

Dezinformacja zawsze czyni z nas ofiary i zamienia człowieka w bezwolne „zombi”.

Próba zestawienia tych dwóch narzędzi – w sposób, jaki robi się to obecnie, przypomina zamysł zrównania kataru z chorobą nowotworową, zaś poszukiwanie wspólnego „lekarstwa”, jest oszustwem i szarlatanerią.

Zwracam uwagę na komunikaty dotyczące „walki z dezinformacją i fake newsami”, ponieważ to zagrożenie uważam za największe wyzwanie w czekającym nas okresie. Jak zaznaczyłem na wstępie – wyzwanie, któremu ani III RP, ani Europa i Ameryka, nie zdołają sprostać. Ponieważ przedstawienie tematu w tak szerokim spectrum, byłoby niemożliwe w tekście blogowym, skoncentruję się na naszym, polskim przykładzie. Wymaga to pewnej retrospekcji i dostrzeżenia obecnego statusu służb specjalnych III RP.

Wielokrotnie przypominałem na blogu słowa doskonałego znawcy Rosji, Włodzimierza Bączkowskiego, który w szkicu „Uwagi o istocie siły rosyjskiej” z roku 1938, pisał: „Głównym rodzajem broni rosyjskiej, decydującym o dotychczasowej trwałości Rosji, jej sile i ewentualnych przyszłych zwycięstwach, nie jest normalny w warunkach europejskich czynnik siły militarnej, lecz głęboka akcja polityczna, nacechowana treścią dywersyjną, rozkładową i propagandową.”

Świadomość tego stanu kształtowała politykę II Rzeczpospolitej i jej stosunek do Rosji Sowieckiej, miała wpływ na decyzje dotyczące polityki zagranicznej, pracę instytucji państwowych i służb specjalnych. Doceniając znaczenie „treści dywersyjnej”, wolna Rzeczpospolita prowadziła szereg samodzielnych operacji dezinformacyjnych, wykorzystując w tym celu kanały tajne, ale też media krajowe i zagraniczne. W tekście „Dezinformacja”, Rafał Brzeski podaje, że: „operacje dezinformacyjne polskich służb prowadziła specjalna komórka w Referacie C Oddziału II Sztabu Głównego występująca w dokumentach pod nazwami Ekspozytura Lotna, L.VI oraz Referat I.

W latach 1926-1930 komórki dezinformacyjne Oddziału II przygotowały ponad 430 spreparowanych dokumentów. Co najmniej 176 podsunięto wywiadowi niemieckiemu, około 120 sowieckiemu, 10 brytyjskiemu, 2 litewskiemu i jeden wywiadowi łotewskiemu. Dane te są najprawdopodobniej zaniżone, gdyż na wielu materiałach dezinformacyjnych brak adnotacji o ich wykorzystaniu.” Autor przytacza też opinię płk. Tadeusza Pełczyńskiego z roku 1936, w której Szef Oddziału II Sztabu Generalnego jasno sprecyzował cele Rosji:

Armia Czerwona skorzysta z pierwszej nadarzającej się okazji, żeby wtargnąć do Polski i pozostać w niej. To, czego chce Rosja, to zupełne zniknięcie państwa polskiego; czerwoni zostawiliby nam może nazwę i nasz język, ale z punktu widzenia duchowego bylibyśmy całkowicie wchłonięci”.

Trzeba przypomnieć, że cała historia myśli politycznej II Rzeczypospolitej, była w znacznej mierze kształtowana przez antykomunizm, a on sam, był czymś znacznie ważniejszym niż prostą, propagandową odpowiedzią na sowieckie zagrożenie. „Bardzo dalecy jesteśmy od bolszewizmu– mógł powiedzieć Józef Piłsudski, w maju 1919 roku – „Widząc spustoszenie, dokonane przez ustrój komunistyczny, nie rozumiem, jak mogą istnieć w Europie socjaliści, odnoszący się do niego przychylnie”.

Ta wartość – antykomunizmu, wynikająca z dogłębnego rozpoznania bolszewickiej zarazy, odróżniała polską myśl polityczną od błędnych, a często infantylnych wizji komunizmu funkcjonujących wśród społeczeństw Europy Zachodniej.

Tradycja, o której tu wspominam, broń antykomunizmu, jak i zdrowy stosunek do Rosji i jej najgroźniejszej broni – dezinformacji, są całkowicie obce realiom III RP.

Państwo powstałe na pakcie moskiewskich namiestników ze zdrajcami, nie mogło i nigdy nie chciało czerpać z doświadczeń Niepodległej. Stworzono tu wprawdzie instytucje imitujące wolną państwowość, zaś formacjom okupacyjnym nadano nazwy polskich służb specjalnych, to żaden z zabiegów maskujących sukcesję komunistyczną, nie miał wpływu na przywrócenie historycznych tradycji II Rzeczpospolitej.

Szczególnie w kwestii tak zasadniczej dla zachowania polskiej racji stanu (bezpieczeństwa narodowego), jak relacje z Rosją i działalność służb specjalnych na odcinku rosyjskim. W kontekście walki z dezinformacją, która jest jednym z kluczowych elementów wojny hybrydowej, prowadzonej przez Rosję od wielu lat, ta zdolność nabiera zasadniczego znaczenia.

Rzeczywistą kondycję służb III RP, można prześledzić na przykładzie tragedii smoleńskiej. Jest ona, nie tylko miarą suwerenności tego państwa, ale probierzem kompetencji i reakcji służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo.

Warto zauważyć, że wydarzenia z 10 kwietnia 2010 roku poprzedziły rozliczne czystki personalne i demontaż mechanizmów ochrony państwa. Nastąpił powrót do koncepcji „zbrojnego ramienia grupy rządzącej”, doszło do zablokowania procesu weryfikacji WSI i odbudowy wpływów tego środowiska, pojawiły się wielowątkowe kombinacje operacyjne, mające na celu inwigilację prezydenta oraz pozbawienie go buforów bezpieczeństwa; osłabiono system kontroli służb i notorycznie ignorowano zagrożenia ze strony rosyjskiej agentury.

Jeśli nawet decydenci tych procesów nie planowali zastawienia pułapki smoleńskiej – zdarzenie z 10 kwietnia, było logiczną kulminacją rządów reżimu PO-PSL i wynikało z pragmatyki dokonywanych wówczas wyborów.

W tym kontekście, tzw. służbom specjalnym należałoby przypisać rolę tych, którzy pierwsi wywiesili białą flagę i ponieśli najbardziej spektakularną klęskę.

Stało się to na długo przed Smoleńskiem, gdy III RP znalazła się w centrum zainteresowania rosyjskiego wywiadu, a w życiu publicznym zaczęły dominować postaci forsujące ideę „pojednania” z reżimem Putina. Nie ma dziś wątpliwości, że w przypadku tragedii smoleńskiej mieliśmy do czynienia ze złożoną operacją służb rosyjskich, prowadzoną w warunkach pełnej akceptacji ze strony establishmentu III RP. Byłaby to największa i najpoważniejsza tego typu operacja w historii służb specjalnych. Jej wagi nie da się zestawić z żadną znaną ingerencją.

Katastrofa w Gibraltarze, zabójstwo Kennedy’ego czy zamach na Jana Pawła II – nie mogą być porównywalne z wydarzeniem, w którym ginie urzędujący prezydent, grupa najwyższych rangą dowódców wojskowych NATO i elita państwowych oficjeli. [a co z WTC z 2001 roku ? – przyp. red.]

Wobec zamysłów, skutków i dalekosiężnych celów tej operacji, służby III RP okazały całkowitą bezsilność. Nie rozpoznano rosyjskiej gry i zignorowano dziesiątki niepokojących sygnałów. W żaden sposób nie zareagowano na rozliczne kampanie dezinformacji, prowadzone przez Rosjan przed i po zamachu smoleńskim. Pozwolono, by ośrodki propagandy brały udział w tych kampaniach, a czołowi przedstawiciele państwa i mediów, pełnili rolę agentów i „pudeł rezonansowych”.

W wydanej w roku 2012 książce „Smoleńsk. Pułapka Tajnych Służb?”, zastanawiałem się nad hipotezą czynnego uczestnictwa służb III RP w zastawieniu pułapki smoleńskiej. Niezależnie – jak wygląda prawda: była to tylko nieudolność, czy spisek i celowe działanie – obie wersje są bezwzględnie kompromitujące i druzgoczące dla tych formacji.

Nowe rozdanie polityczne z roku 2015, zainicjowane pod nazwą „dobra zmiana”, nigdy nie odniosło się do tej zasadniczej kwestii bezpieczeństwa narodowego. W żaden sposób nie próbowano rozpoznać ani zdefiniować roli służb specjalnych w kontekście Smoleńska, nie przeprowadzono odpowiednich analiz oraz nie podjęto jedynej, sensownej decyzji – wprowadzenia „opcji zerowej” i odbudowy służb od podstaw.

Już w październiku 2015 roku, premier Beata Szydło, na zakończenie odprawy służb specjalnych, publicznie zapewniła: „Polacy mogą się czuć bezpiecznie”, zaś nowy szef MSWiA oświadczył, iż „polskie służby są przygotowane do tego, by sprostać wyzwaniom i zapewnić bezpieczeństwo Polakom”

Nigdy nie padło pytanie– jak to możliwe, że podczas jednego tygodnia od objęcia rządów przez PiS, dokonała się tak znacząca sanacja służb specjalnych? Kto i jakimi metodami sprawił, że funkcjonariusze tych służb, obciążeni skrajną nieudolnością, hańbą Smoleńska i wieloletnią rolą „zbrojnego ramienia” reżimu PO-PSL, stali się nagle gwarantami bezpieczeństwa Polaków?

Szybko się okazało, że zmiany personalne, dokonane przez rząd PiS w obszarze służb specjalnych, mają wyłącznie walor renowacji kosmetycznych i pozostają bez wpływu na kondycję tych formacji.

Kolejne miesiące przyniosły wydarzenia, które powinny wstrząsnąć opinią publiczną i wywołać uzasadnione obawy o stan bezpieczeństwa. Kombinacja związana z odwołaniem komendanta głównego policji, incydent z uszkodzoną oponą w samochodzie prezydenckim, samobójstwo płk. Berdychowskiego, próby organizowania zamachów terrorystycznych, cyberataki na polskie banki i urzędy, policyjna prowokacja podczas manifestacji w Gdańsku, podłożenie ładunku wybuchowego we Wrocławiu, liczne alarmy bombowe w ministerstwach i instytucjach państwowych, samobójstwo wysokiego oficera SKW – to tylko najbardziej spektakularne przykłady z pierwszych miesięcy rządów „dobrej zmiany”. Przykłady o różnej wadze i różnych okolicznościach, dowodzące jednak, że służby ochrony państwa nadal działały na poziomie wytyczonym przez poprzedników.

Analiza poszczególnych wydarzeń z ostatnich trzech lat dowodzi natomiast, że w wielu przypadkach mamy do czynienia z elementami wojny hybrydowej o charakterze niemilitarnym, w której działania dezintegrujące podejmuje środowisko ulokowane wewnątrz atakowanego państwa. Świadczą o tym m. in. próby antypaństwowego puczu, podczas których testowano reakcje służb (np. w związku z problemami w funkcjonowaniu sieci przesyłowych) oraz kampanie dezinformacyjne rozgrywane przez obce agendy. W każdym, tego rodzaju przypadku, powtarza się podobny schemat: poczynając od akcji propagandowych i dezinformacyjnych (z wykorzystaniem ośrodków medialnych), poprzez generowanie sztucznych problemów i konfliktów, po działania polityczno-dywersyjne, podejmowane przez partie i środowiska określane mianem „opozycji”. Nietrudno też zauważyć ścisłą korelację wydarzeń inspirowanych przez agenturę wewnętrzną, z reakcjami ośrodków zagranicznych oraz współdziałanie na poziomie medialnym czy politycznym.

Od roku 2015 nie powstrzymano żadnej operacji dywersyjnej agentury wewnętrznej, nie przeszkodzono również służbom innych państw w prowadzeniu antypolskich gier i kombinacji.

W pierwszym zakresie, do znamiennych przykładów można zaliczyć dywersję polityczną w przeddzień warszawskiego szczytu NATO, gdy przy udziale agentury wpływu, poprzez kampanię oszczerstw i tworzenie fałszywych zarzutów, doprowadzono do sformułowania wniosku o odwołanie ówczesnego szefa MON. Jeśli w przeddzień historycznego wydarzenia, mającego decydować o statusie bezpieczeństwa III RP, odbywała się sejmowa debata nad odwołaniem ministra obrony narodowej było to rzeczą tyleż bezprecedensową w skali cywilizowanych państw, jak kompromitującą dla służb ochrony państwa.

W drugim zakresie – swobody działania obcych służb, można wymienić kombinację związaną ze zmianą prawodawstwa III RP, pod wpływem dyktatu Izraela i środowisk żydowskich. Ta operacja (opisana przeze mnie w tekście „Przepaść” z lutego 2018r.) miała wszelkie cechy ingerencji przedstawicieli obcego wywiadu i może być uznana za wzorcowy dowód nieudolności służb.

O rzeczywistej pozycji tych formacji, świadczy również sytuacja związana z wydaleniem z Polski Ludmiły Kozłowskiej oraz wydaniem przez ABW zakazu (zastrzeżenia) wjazdu tej osoby na teren państw UE. Skoro zakaz ten jest ostentacyjnie ignorowany przez szereg państw unijnych, wolno w tym upatrywać, nie tylko wyraz słabości państwa „dobrej zmiany”, ale dowód wyjątkowo marnej pozycji służb III RP w hierarchii europejskiej.

Dla pełnego obrazu, można wskazać przykłady mniej spektakularne, co nie znaczy – mniej ważne dla kwestii bezpieczeństwa. Mam na myśli, np. współuczestnictwo rządowych mediów w niemiecko-rosyjskiej kombinacji dezinformacyjnej, związanej z książką Jurgena Rotha, czy przyjęcie przez prokuraturę III RP zaproszenia Rosjan do dokonania „oględzin” w Smoleńsku.

W pierwszym przypadku – efektem kampanii dezinformacyjnej było sfabrykowanie kolejnej smoleńskiej „wrzutki”: rosyjski generał i zwerbowana przezeń na Ukrainie „grupa specjalna”, dokonali zamachu w Smoleńsku, działając na zlecenie polskiego polityka. Miało to zdezawuować ustalenia podkomisji smoleńskiej i wprowadzić pożądany „szum informacyjny”.

W drugim przypadku – wejście strony polskiej w obcą kombinację, spowodowało (korzystne dla Putina) efekty propagandowe, których wydźwięk miał wyprzedzić skutki rezolucji Rady Europejskiej w sprawie Smoleńska.

Tego rodzaju sytuacje nie miałyby miejsca, gdyby służby III RP potrafiły rozpoznać intencje przeciwnika i prowadziły realną walkę z dezinformacją.

Wszystkie z przywołanych tu przykładów, łączy bowiem wspólny mianownik: wydarzenia te były poprzedzane lub osłaniane operacjami dezinformującymi. Jeśli wydarzenia zaistniały i przyniosły skutki niekorzystne dla naszych interesów, dowodzi to klęski w walce z dezinformacją i obciąża służby zarządzane przez Prawo i Sprawiedliwość.

To ważna konkluzja, bo nie można poważnie dywagować o „walce z dezinformacją i fake newsami”, nie mając ku temu najważniejszego narzędzia – sprawnych i kompetentnych służb ochrony państwa. III RP nigdy takich służb nie posiadała, zaś rządząca obecnie „dobra zmiana” próbuje rekompensować ten brak prymitywną propagandą i parcianą retoryką. Tworzy to sytuację niezwykle groźną, bo usypiając w ten sposób uwagę społeczeństwa i ignorując poważne niebezpieczeństwa, naraża się Polaków na bolesne zderzenie z rzeczywistością.

Wina rządzących jest tym większa, że to właśnie za rządów partii Kaczyńskiego dano służbom specjalnym instrument, który miał szansę zmienić niekorzystny bilans kampanii dezinformacyjnych i wyśmienicie uzbroić służby w walce z rosyjską dezinformacją.

W roku 2007, za czasów „pierwszych” rządów PiS, w okresie budowania przez Antoniego Macierewicza nowej formacji specjalnej, nakładem Służby Kontrwywiadu Wojskowego wydano niewielką książkę Anatolija Golicyna, zatytułowaną „Nowe kłamstwa w miejsce starych, komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji”. We wstępie do tej publikacji, ówczesny szef SKW, Antonii Macierewicz napisał, że “powinna stać się obowiązkowym podręcznikiem polskich służb specjalnych“.

Co wyjątkowego zawiera książka byłego agenta KGB, że zasłużyła na miano „obowiązkowego podręcznika służb specjalnych”, a jej wydanie wywołało wściekłość wewnętrznej agentury i było przedmiotem rozlicznych ataków i oszczerstw?

A jeśli zawiera rzeczy tak wyjątkowe, dlaczego zostało to zapomniane i odrzucone w roku 2015, gdy partia Kaczyńskiego uzyskała wpływ na wszystkie obszary życia publicznego i mogła uzbroić służby do skutecznej walki?

Cdn.

========================

”Doceniając znaczenie treści dywersyjnej, wolna Rzeczpospolita prowadziła szereg samodzielnych operacji dezinformacyjnych, wykorzystując w tym celu kanały tajne, ale też media krajowe i zagraniczne”. (Ścios}.

Oto przykład (antyprzykład):

Tadeusz Mieczysław Kobylański (ur. 11 listopada 1895, zm. 1967 w Rio de Janeiro)  podpułkownik dyplomowany kawalerii Wojska Polskiego, oficer II Oddziału Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, dyplomata II Rzeczypospolitej, ostatecznie jako wicedyrektor Departamentu Polityczno-Ekonomicznego i jednocześnie naczelnik Wydziału Wschodniego  Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP. Bliski współpracownik ministra Józefa Becka.

Pochodził z rodziny ziemiańskiej, służył w Armii Imperium Rosyjskiego. Od odzyskania niepodległości w Wojsku Polskim. W latach 1920-1922 studiował na École Supérieure de Guerre w Paryżu.

Według profesora Pawła Piotra Wieczorkiewicza, był co najmniej do roku 1937 płatnym agentem sowieckiego Razwiedupru, zwerbowanym osobiście przez Artura Artuzowa.

Kobylański wprowadzał rząd polski w błąd co do intencji sowieckich, w szczególności co do radzieckiego ewentualnego ataku na Polskę.

Artuzow pozyskał np. attaché polskiego poselstwa, majora Sztabu Generalnego, zausznika marszałka Piłsudskiego.  Ostatnio wyjaśniło się, że był nim Tadeusz Kobylański. służył w Moskwie w latach 1925-1928. Zwrócił tam na siebie uwagę jako karciarz, wielbiciel hulanek i spekulant. Zdrada nastąpiła jednak nie tylko na tle finansowym, ale i homoseksualnym.

Kobylański, jako sowicie opłacany agent, dostarczał, co najmniej do roku 1937, kompletnych informacji we wszystkich interesujących Sowietów zakresach. Ponieważ był funkcjonariuszem II Oddziału Sztabu Głównego, a następnie wicedyrektorem Departamentu Polityczno-Ekonomicznego i zarazem naczelnikiem Wydziału Wschodniego MSZ, spowinowaconym i zaprzyjaźnionym do tego blisko z rodziną prezydenta Mościckiego, działania dwójki i polityka Becka nie miały odtąd przed Moskwą żadnych tajemnic.

Za: https://bezdekretu.blogspot.com/2018/12/dezinformacja-studium-bezsilnosci-1.html

Udostępnij przez:

Średnia ocen
0 z 0 głosów.

Dodaj komentarz