W Polsce potrzeba strategicznego myślenia – prof. Marek J. Chodakiewicz

0
839

W Polsce potrzeba strategicznego myślenia - prof. Marek J. Chodakiewicz 1536150588

Fot. Grzegorz Boguszewski

WIESŁAWA LEWANDOWSKA (Tygodnik Niedziela): – Rozmawiamy w dniu przywrócenia amerykańskich sankcji wobec Iranu. Czy zdaniem Pana Profesora, ta decyzja prezydenta Trumpa przyniesie pożądane konsekwencje geopolityczne?

PROF. MAREK JAN CHODAKIEWICZ: – I jednocześnie zachęcenie przez Waszyngton Teheranu do rozmów. Trudno wymagać natychmiastowych rezultatów. Mimo że sam Donald Trump być może myśli, iż ma „magic touch”, a więc na skutek jego działań wszystko będzie się zmieniać niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Otóż tak się nigdy nie dzieje. Po szczycie w Singapurze – który nie podobał się zarówno wielu konserwatystom, jak i lewicy w Stanach Zjednoczonych – napisałem w swojej analizie, że prezydent Trump uważa się za mistrza w robieniu interesów, a więc w jego mniemaniu wymusił na dyktatorze Korei Północnej przyjście na kolanach i obietnicę rozbrojenia.

W.L. – Amerykański prezydent naprawdę wierzy w tę obietnicę?

M.Ch. – Prezydent Trump jest przekonany, że ma taką intuicję, iż potrafi rozwiązać rzeczy, z którymi inni sobie nie radzą. Na razie więc uważa, że nie ma żadnego powodu, by nie wierzyć koreańskiemu satrapie, bo przecież właśnie tak się gra z ludźmi, z którymi się robi interesy. Według tej wykładni, Waszyngton uważa, że skoro Kim obiecał, to ma wykonać. W dodatku ekipa z Białego Domu pojechała do Singapuru nieprzygotowana merytorycznie. Pozwolono, aby wszystkie techniczne warunki narzucała strona komunistyczna. Ponadto w ogóle nie poruszono problemu praw człowieka, które w Korei są notorycznie łamane, co oburza przeciętnego Amerykanina.

W.L. – Jak Pan sądzi, Panie Profesorze, dlaczego prezydent Trump tego nie zrobił?

M.Ch. – Bo to zbyt trudny temat. A prezydent Trump ma swoją specyficznie prostą taktykę; najpierw wymyślał Kimowi od grubasów, a podczas bezpośredniego spotkania rozmawiał już całkiem przyjemnie, unikał najtrudniejszych tematów. W Singapurze strona amerykańska zgodziła się na sformułowanie „jedna Korea” i nie zwrócono zupełnie uwagi, że jest to przecież hasło komunistyczne i od czasów Stalina oznacza wyrzucenie Amerykanów z Korei Południowej oraz wchłonięcie jej przez komunistyczną Koreę Północną. Nic zatem dziwnego, że Kim Dzong Un chętnie zgodził się na taki zapis, i to w dodatku ku uciesze amerykańskiego prezydenta.

W.L. – Bo amerykański prezydent zakłada, że po tym spotkaniu rzeczywiście powstanie „jedna Korea”, która nie będzie komunistyczna, będzie szanowała prawa człowieka?

M.Ch. – Obawiam się, że dla Trumpa te dwa słowa nie mają wielkiego znaczenia. Uważa, że osiągnął sukces, bo Kim Dzong Un łaskawie zgodził się rozbroić. Podobnie przebiegało spotkanie z Putinem – czego po Singapurze można się było spodziewać – znów było wiele komplementów oraz wiara w zapewnienia rosyjskiego przywódcy, np. o tym, że Rosja nie ingerowała w wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. I nieważne, że przynajmniej od powstania Kominternu w 1919 r. Moskwa prawie zawsze wtrącała się w każde amerykańskie wybory – przecież, jak powiedział Donald Trump, skoro „Putin powiedział, że się nie wtrącała”, to znaczy, że się nie wtrącała.

W.L. – Wygląda to na naiwność, ale o to trudno przecież podejrzewać prezydenta największego światowego mocarstwa…

M.Ch. – Donald Trump jest święcie przekonany, że taka metoda, którą większość uważa za łatwowierność, to dobra metoda uprawiania polityki. Tak samo postępował, gdy budował swoje imperium finansowe i materialne. I przecież odniósł sukces. To jest dość irytujące, bo przecież polityka ma w sobie zawsze element nieracjonalności, czego prezydent Trump, jak widać, jeszcze nie wie, i sprawy wielkiej polityki chce prowadzić podobnie jak swój prywatny biznes. A jako mistrz biznesu uważa, że sam jest w stanie wszystko załatwić. I tak postępuje. Doszło do tego, że po szczytach w Singapurze i Helsinkach szef amerykańskich agencji wywiadowczych oficjalnie wystąpił do Białego Domu z prośbą o informację na temat tego, co się tam wydarzyło. Faktem jest też, że urzędnicy na różnych szczeblach uprawiają sabotaż w stosunku do prezydenta Trumpa, o czym on wie i dlatego im nie ufa. A najbardziej wymownym symbolem tej nieufności jest to, że do drzwi swojej sypialni w Białym Domu założył zamki, co oczywiście spotkało się z protestem ludzi chroniących pana prezydenta. Lubi robić wszystko po swojemu.

W.L. – W Polsce z nadzieją czekaliśmy na to, co się stanie w Helsinkach, i doznaliśmy zawodu, bo prezydent Trump – którego podziwiamy po ubiegłorocznej, niezwykle przyjaznej wizycie w Polsce – w naszym odczuciu zbyt ciepło potraktował Władimira Władimirowicza Putina. Czy po tym spotkaniu powinniśmy się Rosji jeszcze bardziej obawiać?

M.Ch. – Bać się silniejszych powinniśmy zawsze – dopóty, dopóki Polska nie będzie miała elity klasy światowej (nie mylić z elitą globalną), dopóki nie będzie miała elity świadomej swojej odpowiedzialności za Polskę i w dodatku – dopóki nie będzie miała odpowiednich narzędzi, aby ta elita mogła naród obronić. Trzeba się będzie martwić nawet wtedy, gdy Polska już dorobi się takich elit, a nawet broni nuklearnej. Dlatego, że nic nie trwa wiecznie. Dlatego, że w historii faktem znaczącym są imperia, a nie małe lub średnie państewka. Położenie geopolityczne Polski jest fatalne, zwłaszcza gdy jest słaba i biedna. A Polska dopiero teraz zaczyna się powoli odkuwać.

W.L. – Uważa Pan Profesor, że bagatelizujemy zagrożenia, które tkwią głęboko w nas samych, w kompleksach naszych elit?

M.Ch. – Tak. Moim zdaniem, jednym z największych problemów Polski jest to, że ludzie nią rządzący oraz ludzie znajdujący się na kulturowo prominentnych pozycjach są permanentnie na kolanach. Bo tu bito, mordowano i gwałcono przez 300 lat, a najgorsze stało się w czasie II wojny światowej i po niej, gdy zaczął się wielki „szlak” poniżania, pauperyzacji i gnojenia… W związku z tym większość – oprócz największych, najbardziej odważnych „wariatów” – wygenerowała w sobie mentalność niewolnika. Polacy odcięci od wolnego świata zasklepili się w jakimś czarodziejskim pokoju luster, pełnym stereotypów propagandy komunistycznej. I teraz nawet negacja kłamstwa komuny nie daje prawdy, jest jedynie niewiele znaczącym odruchem człowieka bitego i poniżanego.

W.L. – A jednak, może trochę nieudolnie, próbujemy właśnie wstawać z kolan, Panie Profesorze!

M.Ch. – Nie wystarczy o tym mówić, pocieszać się. Bo ciągle widać ten straszliwy kompleks niższości, maskujący się jako kompleks wyższości. Tutaj po prostu wszyscy wszystko wiedzą, a tak naprawdę wiedzą niewiele. Kłopot chyba polega na tym, że nie chcą się uczyć… Oprócz małolatów.

W.L. – Kłopot polega na tym, Panie Profesorze, że my tu, w Polsce, nie potrafimy ze sobą rozmawiać, zwłaszcza jeśli mamy odmienne poglądy, nie ma mowy o rzeczowej dyskusji – jeśli nie liczyć wąskich środowiskowych enklaw – na ważne tematy…

M.Ch. – Proszę się nie martwić, w Tadżykistanie jest gorzej! To nie żart.

W.L. – A już miałam nadzieję, że Pan Profesor powie, iż w Ameryce jest gorzej!

M.Ch. – W Ameryce jest tak, że zwykle rządzi „partia głupich” – nieważne, czy są to Republikanie, czy Demokraci. Wynika to nie z braku wolności, lecz z degeneracji wolności. Tam do władzy prą ludzie, którzy mają czas się spotykać i poznawać podobnych do siebie przeciętniaków. Ktoś, kto dużo czyta, dużo wie, na tyle dużo, by zdawać sobie sprawę z ogromu odpowiedzialności, nie chce być u władzy.

W.L. – W Polsce jest inaczej?

M.Ch. – Chyba jednak tak. Wystarczy popatrzeć na wykształconego i oczytanego premiera Mateusza Morawieckiego, jak sobie z tym usiłuje poradzić. Nie musiał, ale odważnie uznał, że tak trzeba, i w związku z tym jako premier robi, co może… Mój przyjaciel – dr Peter Penherski, ordynator psychiatrii w University of Alabama Hospitals, gdzie leczy się żołnierzy powracających z wojny, uważa, że w Polsce mamy do czynienia ze zbiorowym stresem pourazowym. Polska jest więc w tragicznej sytuacji, bo w krajach naprawdę wolnych ta przypadłość dotyka tylko żołnierzy po ciężkich wojennych przeżyciach. Przykro mi, że opisując sytuację psychospołeczną w Polsce, musimy sięgać do aż tak drastycznych porównań, ale naprawdę chodzi tu o zjawisko bardzo głęboko umiejscowione w psychice ludzi.

W.L. – Nieomal genetyczne?

M.Ch. – Tak, bo przecież przez prawie pół wieku PRL-u przejęci strachem rodzice uczyli dzieci, żeby się nie wychylać, nie mówiło się więc o Katyniu, Kołymie…

W.L. – Na obecną sytuację w Polsce wciąż mocno rzutuje ten właśnie strach?

M.Ch. – Wciąż bardzo obezwładnia… Ale mimo to przecież Polska jest w najlepszej sytuacji w bloku postkomunistycznym, bo ma Kościół, który jest prawdą, bo przez całą komunę przechowano własność prywatną – rolników i małych przedsiębiorców. To sprawia, że ta zbiorowa patologia jest w Polsce jednak mniej silna niż np. w Rosji, gdzie bolszewicy rozstrzelali niemal wszystkich „kulturnych”… Chcę tu powiedzieć, że bez zrozumienia, co nas toczy, bez zdiagnozowania choroby nie wyjdziemy z niej nigdy. Trzeba ten strach wreszcie ujawnić, by się go ostatecznie pozbyć.

W.L. – Obecny rząd próbuje coś leczyć, coś naprawiać, przywracać Polakom godność…

M.Ch. – Tego się nie da zrobić politycznymi metodami, bo to jest sprawa kultury i duszy. Potrzebne jest zrozumienie tego zasadniczego problemu przez samych Polaków, by naprawdę coś mogło się zmienić. A tego zrozumienia, jak mi się wydaje, nie ma. Dopiero po trzydziestu latach słyszę tu i ówdzie w Polsce samokrytyczne pytanie: dlaczego wciąż jesteśmy tacy kiepscy…? Trzeba się gorąco modlić, aby Polakom nie wystarczyło już zwyczajowe machnięcie ręką, aby nadal siłą inercji nie zachowywali się tak, jak zachowują się od 1989 roku…

W.L. – Czyli jak?

M.Ch. – Chodzi właśnie o to, że Polacy nie mają zwyczaju – może wciąż się boją? – otwarcie rozmawiać o sprawach ważnych dla dobra wspólnego. Pocieszające jest to, że przynajmniej polska młodzież zaczyna szukać tego dobra i bohaterów pozytywnych. Czy mamy jeszcze czas, czy coś z tego wyjdzie – to inna sprawa. Problem tkwi w tym, że polski rząd nie ma odpowiedniej komórki strategicznej, która by działała na tym zaniedbanym terenie naprawy polskiej duszy i pracy u podstaw. I to mnie najbardziej niepokoi.

W.L. – Polska „dobra zmiana” może się więc potknąć o własne nogi?

M.Ch. – Obawiam się, że tak. Zachowano stare struktury w rozmaitych instytucjach państwowych, nadal ci sami lub bardzo podobni ludzie robią to samo, co przedtem, np. dają krocie pieniędzy na szkalowanie Polski, fundusze na badania Holokaustu dostaje od państwa polskiego zawsze ta sama nieprzychylna Polsce „grossjada”…

W.L. – Jak Pan Profesor odebrał tę ostatnią światową aferę wokół Polski w związku z nowelizacją ustawy o IPN? Czy nie wynikła ona właśnie z naszych polskich zaniedbań w badaniu i prezentowaniu własnej historii?

M.Ch. – Polakom długo mówiono: wybierzcie przyszłość, bo nie można żyć historią… Rzeczywiście, nie można, ale historycy powinni ją pracowicie badać, co w Polsce, jak się zdaje, w sprawie Holokaustu z jakichś powodów po prostu zaniedbano. Dlatego strona polska była zupełnie merytorycznie nieprzygotowana do sporu, który obudziła ustawą o IPN, i miała niewiele do powiedzenia na własną obronę. Niestety, zbyt często polscy politycy o istotnych problemach kraju dowiadują się z prasy…

W.L. – I jak zwykle budzą się za późno?

M.Ch. – Niestety, tak. Właśnie na tym przykładzie doskonale widać, jak bardzo na pracy rządu ciąży brak specjalnej komórki strategicznej, która by uprzedzająco kontrolowała sytuację i umożliwiała szybką oraz rzeczową reakcję zwrotną na wszelkie zaczepki. A poza tym w tym przypadku postąpiono wbrew tradycji starej Rzeczypospolitej, która jest oparta na wolności, za to zgodnie z tradycją Unii Europejskiej, gdzie się penalizuje mowę nienawiści. Osobiście nie wierzę, że za pomocą ustawy można sprawić, iż mowa nienawiści zniknie. Również rozwiązanie tego sporu było – moim zdaniem – bardzo niewłaściwe. Radziłem, żeby prezydent, nie podpisawszy tej ustawy, odesłał ją do Trybunału Konstytucyjnego, który by zapewne uznał jej wadliwość – chodzi o możliwe ograniczenie wolności słowa – a tym samym uwiarygodniłby się w oczach dotychczasowych krytyków, dając dowód, że jest wolny i niezależny. Sprawa byłaby więc załatwiona bez długotrwałego rozgłosu i wewnątrz Polski, i nie trzeba byłoby jeździć na jakieś tajne rozmowy do Izraela. Zupełnie niepotrzebnie.

W.L. – Nie odnosi Pan Profesor wrażenia, że polscy politycy są głusi na dobre rady?

M.Ch. – Ależ tak! I to nie tylko polscy, podobne doświadczenia mam w Ameryce. Co do polskich polityków, to odnoszę wrażenie, że siedzą zbyt cicho i boją się odważniej działać, bo panicznie obawiają się jakiejś wpadki, krytyki, nie daj Boże z zagranicy.

 

II CZĘŚĆ WYWIADU:

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Polscy politycy od dawna pocieszają Polaków i siebie samych, że nikt nam nic nie zrobi, bo z nami jest Ameryka…

PROF. MAREK JAN CHODAKIEWICZ:Ci politycy albo są demagogami, albo są infantylni. Na Stanach Zjednoczonych nie można polegać, bo też są infantylne. To nie jest imperium zła, lecz imperium głupoty. Tak, my, Amerykanie, popełniamy grzech głupoty!

W.L. – I mówi to waszyngtoński konserwatysta, a nie lewacki demokrata?!

M.Ch. – Absolutnie tak! Stałym kłopotem Amerykanów jest to, że często zapominają, porzucają jakieś sprawy… Wietnamczycy Południowi byli przekonani, że ponieważ prawie 60 tys. Amerykanów zginęło w Wietnamie i miliardy dolarów poszły na pomoc dla tego kraju, to oni sami już nie muszą się o nic starać, bo zawsze będzie ta amerykańska pomoc. A gdy nadeszła kontrkultura i lewactwo dostało się do amerykańskiego Kongresu – wszystko obcięto, porzucono Wietnam Południowy. Stany Zjednoczone, podobnie jak Polska, nie mają – choć wielu tak myśli – stałej i długofalowej strategii. Pytanie, czy taka strategia jest w ogóle możliwa w demokracji.

W.L. – Nie jest?

M.Ch. – Jeśli nawet nie jest możliwa, to jest niezbędna, dlatego też w niektórych krajach w tej mierze działają instytucje pozademokratyczne, w ramach wywiadu cywilnego i wojskowego. Np. we Francji tego rodzaju instytucje wprost ignorują cywilną władzę polityczną, uważając, że są to zdrajcy, złodzieje i lewacy. Francuskie wojsko po prostu robi swoje, do tego stopnia, że na poziomie praktycznym nie funkcjonuje tam tzw. nadzór cywilny ani nad wojskiem, ani nad służbami specjalnymi. Gdy w parlamencie chciano wzmocnić tenże nadzór, to nagle w tabloidach pokazały się zdjęcia bratanka prezydenta republiki – który wtedy był ministrem kultury – w domu publicznym w Tajlandii z małymi chłopcami. I dyskusja w parlamencie się skończyła… Tak się to załatwia, jeśli nie ma innego wyjścia.

W.L. – Co pewien czas pojawiają się pomysły – których główną orędowniczką jest właśnie Francja – o konieczności utworzenia armii europejskiej. Co Pan Profesor na to?

M.Ch. – Ostatnio usłyszałem to od Viktora Orbána. Powiedział nam wprost: przedtem nas oskarżano, że mamy pomysły nierealistyczne, teraz będziemy robić rzeczy niemożliwe, czyli np. tworzyć armię europejską, bo amerykański parasol nie powinien być jedyny. Orbán jest pewny siebie. Ja uważam, że takie żarty można sobie robić, gdy ten amerykański parasol jeszcze istnieje… Na moje pytanie, kto będzie dowodził armią europejską, węgierski premier odpowiedział, wskazując na siebie: my! Dosyć dobrze zna ograniczenia europejskich polityków i doszedł do wniosku, że bez większego trudu można by przejąć ten cały interes…

W.L. – Samodzielnie, czy może jednak w ramach projektu Międzymorza?

M.Ch. – Jak najbardziej samodzielnie. Według niego, Węgry nie są takie jak Polska czy państwa bałtyckie, które – jego zdaniem – przesadnie kierują się fobią antyrosyjską. Oczywiście, rozumie zaszłości historyczne i często powtarza: „Polska to nasz przyjaciel”, ale podkreśla, że bliżej mu choćby do Czechów z powodu podobnego podejścia do Rosji. I nie chodzi tu już li tylko o sprawę energii, lecz o wybór geopolityczny. Dla Węgier ważne jest przede wszystkim to, że Rosja, nie będąc komuną, nie stanowi już zagrożenia ideowego. A zatem, wobec nieporadności europejskich polityków, premier Orbán uważa, że może śmiało zaproponować węgierskie przywództwo Europy.

W.L. – Czy w takim razie pomysł stworzenia wzmacniającego Europę i chroniącego kraje środkowoeuropejskie Międzymorza, tworzenia mocnej osi północ-południe – na realizacji którego tak bardzo zależy Polsce – nie staje się mało realny?

M.Ch. – Niekoniecznie. Siłą inercji Węgry zaczynają już tworzyć pewne zręby infrastrukturalne Międzymorza. W Siedmiogrodzie do tamtejszych górali premier Orbán powiedział: Bukareszt ma was w nosie, to my wam zbudujemy drogi, koleje, szkoły… To jest właśnie to, o czym już dawno temu pisałem, że trzeba budować wokół granic. Orbán, mimo że nie jest wielkim fanem idei Międzymorza, to zamierza je jednak po swojemu tworzyć. Ale przede wszystkim chce budować wielkie Węgry, korzystając z europejskiej próżni. W pewnym sensie jest nacjonalistą i myśli sobie, że na europejskim bezrybiu jest rekinem, ale tak naprawdę to przecież zaledwie zwinna płotka.

W.L. – A zatem Polska przesadnie liczy na węgierskich bratanków?

M.Ch.Polska w każdej sytuacji powinna liczyć przede wszystkim na siebie. I – do znudzenia będę to powtarzał – przede wszystkim trzeba wygenerować odpowiednie elity polityczne, bo jeden Jarosław Kaczyński nie wystarczy!

W.L. – A tymczasem tym chyba najmniej się martwimy… Niedawno jeden z polskich emerytowanych generałów zagrzmiał, że jeżeli Polacy nie wyrzucą rządu PiS, to niechybnie grozi nam wojna z Rosją.

M.Ch. – Ta rosyjska wojna przecież już się toczy, choć tego nie widać, bo jej głównym teatrem są media i cyberprzestrzeń. Nie tylko Polacy nie chcą jej dostrzec, także większość amerykańskiej elity nie wierzy, że coś takiego się dzieje. Wyjątkiem tutaj jest tylko lewicowa narracja, że Władimir Putin zrobił Donalda Trumpa prezydentem, co jest bezsensem. Ale ta niewidoczna wojna jest prowadzona dosłownie na każdym poziomie – finansowym, kulturowym, informacyjnym. Nie potrzeba już konwencjonalnych działań wojskowych, by choćby za pomocą umiejętnej dezinformacji skutecznie osłabić przeciwnika. Dlatego np. przebiegli Chińczycy już nie starają się budować armii konwencjonalnej, lecz robią wszystko, by asymetrycznie, po partyzancku przezwyciężyć Amerykanów.

W.L. – I w ten sposób mogą rzeczywiście wygrać?

M.Ch. – Wygląda na to, że tak. Wszystkie ćwiczenia konwencjonalne prowadzone przez Amerykę, tzw. gry wojenne, pokazują, że to my wygrywamy, natomiast oni zdecydowanie zwyciężają w wojnie asymetrycznej, partyzanckiej… A zatem – wcale nie trzeba rozbudowywać kosztownej armii konwencjonalnej, lecz należy tworzyć tylko te struktury armijne, które w obecnych warunkach – czyli w świecie zdominowanym przez cybertechnologie – mogą dać rzeczywistą przewagę. Jeżeli postsowiecki helikopter kosztuje 100 mln zł, to z pewnością lepiej zainwestować w znacznie mniej kosztowną broń elektroniczną, która z łatwością pokona taki helikopter… Ale, oczywiście, zawsze dobrze byłoby mieć jakąś rezerwę, którą można szybko rozbudować, przystosować do działań wojennych. Budujmy więc w Polsce solidne traktory Ursus na eksport, choćby do Arabii Saudyjskiej, a jak zajdzie potrzeba, przerabiajmy je szybko na czołgi. Ale tu znowu potrzeba strategicznego myślenia, którego tak bardzo w Polsce brakuje.

W.L. – W Polsce bardzo boimy się rosyjskich czołgów, za to zupełnie bagatelizujemy prowadzoną przez Rosję cyberwojnę, w której Rosjanie są ponoć mistrzami świata.

M.Ch. – Prawdą jest, że Polska bagatelizuje cyberwojnę, natomiast Rosjanie wcale nie są w niej najlepsi; z pewnością są gorsi od Chińczyków, ale rzeczywiście lepsi od wszystkich innych. Rosjanie są dobrzy przede wszystkim w tym, co się nazywa otumanianiem innych, dezinformacją. Widać wyraźnie, że w tej wojnie już osiągają pożądane efekty.

W.L. – Z kolei Niemcy zwijają swoją armię i nie chcą płacić więcej na NATO. W Polsce nie wiemy, co o tym myśleć, czy się martwić, czy może cieszyć…

M.Ch. – To jest najwyraźniej antyamerykańska prowokacja. Bundeswehra ćwiczy dziś z miotłami, bo jej czołgi i łodzie podwodne są w bardzo kiepskim stanie. Nie dlatego, że Niemcy mają imigrantów i nie starcza im pieniędzy. Tak nie jest. Postępują tak z premedytacją. Niedawno zadzwoniła do mnie niemiecka telewizja z pytaniem, kiedy prezydent Trump rozwiąże NATO. Odpowiedziałem, że oczywiście, prezydent Trump tego nie zrobi i że to same Niemcy chcą się uwolnić od tej NATO-wskiej czapki, która je najwyraźniej krępuje. W związku z tym mamy teraz cały szereg rozmaitych prowokacji. Niepłacenie na NATO jest najważniejszą z nich, bo denerwuje Biały Dom.

W.L. – Może jednak powinniśmy się cieszyć z tego militarnego samoosłabiania się Niemców?

M.Ch. – Bynajmniej! Przypomnijmy sobie, że Hitler w ciągu kilku lat osłabione Niemcy wywindował na sam szczyt. Obecny potencjał gospodarczy Niemiec tym bardziej pozwala na taką sztuczkę.

W.L. – Na terenie naszego kraju mamy dziś wojska NATO funkcjonujące w trybie rotacyjnym, jednak w obliczu narastającego różnorakiego zagrożenia ze strony sąsiedzkich potęg Polska nalega na zainstalowanie stałych amerykańskich baz wojskowych na swoim terenie. Czy istotnie zwiększyłoby to nasze bezpieczeństwo?

M.Ch. – Tak, bo rzecz polega na tym, że stałe bazy wojskowe oznaczają obecność żołnierzy wraz z rodzinami. W razie ataku – nie tylko na amerykańskich żołnierzy, ale przede wszystkim na amerykańskich cywilów – amerykańskie społeczeństwo bardzo by się zdenerwowało i domagało zdecydowanej reakcji Waszyngtonu.

W.L. – Niektórzy powiadają, że najprościej było przenieść stałe bazy z Niemiec do Polski.

M.Ch. – Do tego w żadnym razie nie można dopuścić! Stany Zjednoczone przez 70 lat łożą wielkie pieniądze na infrastrukturę, technologię i personel swoich niemieckich baz wojskowych. To wszystko można by przenieść do Polski, być może nawet ku zadowoleniu Niemców, których coraz bardziej uwiera amerykańska obecność. I właśnie dlatego nie należy tego robić. Niemcy muszą wiedzieć, że przegrały wojnę. Trzeba im o tym nadal przypominać, bo robią wszystko i wszelkimi sposobami, by wyzwolić się z konsekwencji II wojny światowej. Permanentna amerykańska obecność w Niemczech jest wciąż nieodzowna. A poza tym na pewno nie da się przenieść tamtejszej amerykańskiej bazy medycznej, gdyż jej odtworzenie w Polsce zabrałoby co najmniej kilkadziesiąt lat.

W.L. – Stałe amerykańskie bazy w Polsce muszą więc raczej pozostać polską mrzonką?

M.Ch. – Niekoniecznie. Bo nawet jeśli takie rozwiązanie jest mało możliwe, to nie trzeba aż tak bardzo się tym martwić. Wojska rotacyjne wraz z szerokim zapleczem logistycznym (a więc dużą liczbą cywilnych pracowników amerykańskich sił zbrojnych) stanowią już dostateczną ochronę. A poza tym, aby w Polsce mogły być zainstalowane na stałe amerykańskie bazy wojskowe, Ameryka musi mieć w tym jakiś istotny interes.

W.L. – A Ameryce w tej chwili na Polsce aż tak nie zależy? Jak Polska jest widziana z perspektywy Waszyngtonu?

M.Ch. – Im mniej jest widziana, tym lepiej. Niestety, oprócz tego, że postrzega się ją jako miejsce „polskich obozów koncentracyjnych”, miejsce, w którym panoszą się „polscy naziści”, niewiele się wie o Polsce w USA. Wciąż wypomina się antysemityzm, nadal dominuje taka sama – nieżyczliwa narracja na temat Polski.

W.L. – Co Polska mogłaby zrobić, by ją przełamać?

M.Ch. – Chciałbym wreszcie zobaczyć polskich polityków, którzy potrafiliby wyzyskać choćby sentyment prezydenta Trumpa wobec proamerykańskiej Polski. Za czasów Baracka Obamy było to trudne, prawie niemożliwe. Gdy prezydent Andrzej Duda w czasie pobytu w Stanach Zjednoczonych odwiedził nasz Institute of World Politics, dostał radę: Polska powinna zjednoczyć Międzymorze i w ten sposób pomóc Ameryce. Ponadto Polska, jako koordynator tegoż projektowanego Międzymorza, powinna jak najszybciej zorganizować „nową Norymbergę” – nasz instytut mógłby tu służyć organizacyjną pomocą – czyli wielki cyrk medialny pod hasłem „sąd nad komuną”. Pomogłoby to nie tylko Polsce w odkłamaniu jej wizerunku, ale także owładniętej przez lewactwo Ameryce, gdzie 85 proc. studentów chce, żeby był socjalizm, a większość uczniów myśli, że George Bush zabił więcej ludzi niż Józef Stalin! Niestety, ku naszemu zdumieniu, polski prezydent nie podchwycił tej myśli.

 

Prof. Marek Jan Chodakiewicz
Amerykański historyk polskiego pochodzenia, kierownik Katedry Studiów Polskich im. Tadeusza Kościuszki w waszyngtońskim Instytucie Polityki Międzynarodowej. Specjalizuje się w badaniu stosunków polsko-żydowskich i Holokaustu oraz historii Europy Środkowej i Wschodniej XIX i XX wieku. Jest autorem ponad 20 książek w języku polskim i angielskim oraz setek materiałów naukowych.

Za: niedziela.pl (cz.1)

niedziela.pl (cz. 2)