Lewicki: Komisja Wyborcza, czyli „dowieraj, no prowieraj”

0
54
Jak już pisałem, pełniłem obowiązki członka komisji wyborczej w tych wyborach. W poniedziałek tygodnia poprzedzającego wybory było szkolenie. Pani Koordynator ds. Wyborów mówiła przez około półtorej godziny o ogólnych zasadach dotyczących organizacji wyborów, o tym, jaki głos jest ważny, a jaki nieważny i co to jest karta nieważna. Komu było mało, to może sobie resztę doczytać ma stronach internetowych PKW.

W sobotę o godzinie 13 spotkanie w lokalu i przejęcie przesyłki z kartami i materiałami wyborczymi. Należy policzyć liczbę dostarczonych kart i przygotować finalnie sam lokal wyborczy, stanowiska pracy, jak i uzgodnić grafik, czyli kto przychodzi w niedzielę od szóstej, a kto później, i kiedy będą przydzielone przerwy dla członków komisji. Średnio wypada dla każdego 4,5 godziny przerwy, ale musi być tak, że zawsze jest w lokalu obecne 2/3 składu komisji, czyli 6 osób.

Ja zgodziłem się być od 6 do 15.30 i od 20 do zakończenia pracy komisji. Podczas mojej nieobecności jest drugi członek zgłoszony przez nasz komitet wyborczy, tak, że zawsze mamy całość na oku.

W niedzielę startujemy od godziny 6, a od 7 mogą już obywatele głosować. Ta godzina przed otwarciem lokalu jest potrzebna na ostateczne przygotowanie lokalu i ponowne przeliczenie tych wszystkich kart, oraz dzielenie ich na pakiety po 50 sztuk. Ponoć tak ma być lepiej i potem się okazało, że to prawda.

O godzinie 7 otwieramy lokal i wpuszczamy pierwszych głosujących. Kilku czekało już w kolejce. Każdego trzeba poprosić o dokument tożsamości i podanie adresu, Potem znaleźć go w spisie wyborców i wskazać pozycję do podpisu, zakrywając jednocześnie inne pozycje na tej stronie listy za pomocą szablonu z wyciętymi okienkami dla jednej linijki zapisu. Następnie trzeba wydać dwie karty do głosowania.

Cały czas trzeba przekładać te listy ze spisami, ale po jakimś czasie działa się odruchowo, już nawet się nie zastanawiając nad tym, co się robi.

Incydentów w zasadzie nie było. Pojawił się jeden mężczyzna, który chciał głosować, ale nie było go w spisie. Biuro meldunkowe, które wspiera nas na telefon, podało, że nie ma on praw wyborczych. Najpewniej, jak to się często zdarza, mieszka za granicą, i nie dopełnił formalności by móc głosować w Polsce, a przyjechał do rodziny i chciał sobie zagłosować. Mężczyzna nie protestuje, po prostu wychodzi.

Drugi przypadek wzbudził już pewne emocje. Przychodzi kobieta, której także nie ma w spisie wyborców. Okazuje się, że niedawno wypisała się ze szpitala bo chciała zagłosować właśnie w naszej komisji, ale także nie dopełniła formalności urzędowych. Tym razem nie daje za wygraną i aż dwa razy powraca domagając się kart do głosowania. Na odmowę reaguje emocjonalnie, nazywa przewodniczącą komisji arogancką, nieuprzejmą i głupią. O mało nie została wezwana policja. W końcu jednak ostatecznie wychodzi strasząc, że się z nami jeszcze rozliczy.

Frekwencja bardzo duża, 70 procent. Zauważa się kilka fal napływających po zakończonej mszy w parafialnym kościele.

W końcu o 21 zamykamy lokal i przystępujemy do liczenia. Przewodnicząca ma zalecenia, co powinno być wykonywane w jakiej kolejności.

Najpierw liczymy karty niewykorzystane. Potem otwieramy urnę i wyciągamy głosy dzieląc je na dwie osobne części, te do Sejmu i Senatu. Trwa to długo, bo karty do Sejmu to bardzo wielkie płachty, często pozwijane. Trzeba je wyciągać ostrożnie, żeby nie przedrzeć.

Gdy już mamy Sejm i Senat osobno, dzielmy to dalej na komitety. Bierzemy każdy komitet i już na stołach rozkładamy na poszczególnych kandydatów. To męcząca praca. Trzeba ciągle chodzić, tam i z powrotem, wzdłuż kilku zestawionych stołów i rozkładać karty nawet na 20 różnych pozycji.

Panie w większości pozdejmowały buty, bo tak jest im lżej i szybciej.

Każdy widzi, jak karty są sortowane, i tu możliwość pomyłki jest minimalna. Następnie następuje liczenie i jeszcze raz karty są oglądane, czy nie mamy do czynienia z głosem nieważnym.

Stos kart, dla każdego kandydata, jest liczony co najmniej dwukrotnie i przez dwie różne osoby. Jeśli pojawi się różnica, najczęściej jest to o jeden, liczy jeszcze raz inna osoba.

I tak, na przykład, kolega policzył głosy do Senatu na kandydata z Konfederacji. Wyszło mu 90. Potem liczyłem ja i otrzymałem wynik 91. Następna osoba policzyła i jej też wyszło 91. Taka też liczba jest zapisywana w materiałach roboczych wykorzystywanych potem do sporządzania protokołu z wynikami wyborów w obwodzie.

W końcu wszystkie karty, podzielone już na kandydatów, zostały policzone i to, jak zaznaczyłem, wielokrotnie. Teraz jest ważny moment, gdyż następuje zsumowanie wszystkiego i porównanie, czy liczba kart wydanych równa się liczbie kart wyjętych z urny, oraz czy ich suma z liczbą kart niewykorzystanych równa się ogólnej liczbie kart dostarczonych ko komisji.

Gdyby był jakikolwiek błąd w liczeniu bądź też, któryś z głosujących wyniósłby kartę z lokalu, zamiast wrzucić ją do urny, to wtedy zgodności by nie było i trzeba by liczyć wszystko jeszcze raz.

Jest już po północy, poniedziałek, i wszyscy są już porządnie zmęczeni. Niektórzy pójdą jeszcze tego dnia do pracy.

Wielkie szczęście, ale wszystko się zgadza co do jednego głosu. Teraz przewodnicząca przystępuje do sporządzania protokołu z głosowania oraz całej masy innych dokumentów, które razem ze spakowanymi, według odpowiedniej instrukcji, głosami i materiałami, ona wraz z zastępczynią zawiozą do Komisji Okręgowej. Jeśli tam coś nie będzie pasować, mogą to cofnąć i zażądać ponownego zebrania komisji i powtórnego liczenia głosów.

Nasza przewodnicząca działa trochę powoli co budzi irytację wiceprzewodniczącej, które chce już przygotowywać pakiety do wysyłki ale nie ma na to zgody przed wstępnym zaakceptowaniem danych z protokołu roboczego przez obsługującego nas informatyka. Jest to tylko sprawdzenie poprawności liczenia. Po kwadransie wraca z wydrukowanymi protokołami. Teraz dopiero przystępujemy do pakowania kart i materiałów oraz podpisywania każdego protokołu i każdej jego strony.

Nareszcie finał! Jest godzina 1.30, wychodzimy z lokalu zabierając ze sobą worki z materiałami, które razem z przewodniczącą i zastępczynią pojadą taksówką do Komisji Okręgowej. Jak długo tam będą czekać na przyjęcie i obsługę. nie wiadomo. Może to być kilka godzin bo w mieście jest ponad 200 komisji obwodowych.

Ja mam najlepiej, bo mieszkam 100 metrów od siedziby komisji i za chwilę jestem w domu.

Jeśli ktoś uważa, że praca w komisji to takie miłe zajęcie i okazja do zarobienia paru groszy, to się mocno myli. To wyczerpująca, także fizycznie, praca pod presją, na dodatek słabo wynagradzana.

Jeśli liczyć wszystkie spotkania, szkolenia, i samo głosowanie oraz liczenie głosów, to jest to równowartość trzech dniówek, za które można otrzymać zapłatę nieodbiegającą od stawki godzinowej minimalnego wynagrodzenia.

Nie poszedłem tam by coś zarobić, ale zobaczyć jak to wygląda z drugiej strony, czy wszystko przebiega uczciwie i nie ma możliwości manipulacji.

Stwierdzam, że praktycznie nie ma w komisji możliwości do tego by ustawiać wybory.
Być może, w jakiejś małej komisji na wsi, gdzie wójt wyznacza członków, to coś takiego mogłoby się ewentualnie dziać, ale i to tylko podczas wyborów samorządowych, gdzie o wyborze radnego decyduje kilka głosów.

W dużych komisjach, w miastach, gdzie są członkowie zgłoszeni przez różne komitety, jest to praktycznie niemożliwe.

Choć mam też parę uwag. Po pierwsze, nie ma jasnej instrukcji jak należy liczyć głosy, co może być źródłem dowolności i wprowadzenia, przez przewodniczącego, metody liczenia, która może skutkować większą ilością błędów, które nie będą zweryfikowane.

Po drugie, jest taki moment w pracy komisji, kiedy, po zliczeniu głosów, przewodniczący i zastępca przystępują do sporządzania protokołu finalnego, i jeśli członkowie nie zadbają o to by sprawdzać, czy wprowadzają oni tam ilości jakie faktycznie zostały zliczone i zapisane w materiałach roboczych, to może być różnie.

Dlatego komitety wyborcze powinny uczulić swoich członków komisji aby ci zapisali sobie ilości głosów ustalone podczas liczenia i porównali to z tym co zobaczą na protokole, który potem podpisują.

Ostatecznie jednak, wszystko opiera się, w takich sytuacjach, na zaufaniu.

Właściwych wskazówek, jak postępować w takich przypadkach, dostarczyli nam tez wielcy politycy głoszący regułę – ufaj, ale sprawdzaj.

W Polsce przyjęło się uważać, że głównym propagatorem tej zasady był Lenin, Stalin, lub Dzierżyński. Tymczasem, nic bardziej błędnego. Pierwszym, który użył tych słów, i to po rosyjsku (“Доверяй, но проверяй”), był … Ronald Reagan. Tak zwracał się on do Gorbaczowa na konferencji w Genewie i Rejkiawiku. To dobra zasada i bardzo przydatna w wielu dziedzinach życia, a szczególnie podczas wyborów.

Stanisław Lewicki