Zenderowski: Kultura dyskusji politycznej wczoraj i dziś

0
23
Przypominam sobie moje czasy studenckie, gdy jesienią 1994 roku zaczynałem w Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie studia na kierunku Chrześcijańskie Nauki Społeczne. Było to coś w rodzaju “przedsionka” do “rasowej” politologii, która objawiła się nam kilka lat później. Na roku jakieś 40-50 osób. Niemal każdy z innej bajki. Ideowo i ideologicznie od marksistów i trockistów, przez socjaldemokratów, chadeków, po liberalnych-konserwatystów i monarchistów. Ja na pierwszym roku byłem w skrzydle monarchistycznym, porzuciwszy wcześniej swoje sympatie do UPR.

Przez lata toczyliśmy ze sobą zażarte spory ideowe, nierzadko w okolicach MarcPola, w którym nabywaliśmy piwo Królewskie i piliśmy je pod murkiem, który stał dokładnie w tym miejscu, w którym obecnie na kampusie stoi kaplica. Żarliśmy się przeokrutnie, ale nigdy, przenigdy nikt nikogo nie obraził personalnie, nie zmieszał z błotem, nie odsądził od czci i wiary. Nigdy między nami nie było nienawiści i złości. Po prostu, zgodnie uznaliśmy, że mamy odmienne poglądy i mamy do nich prawo. I dyskutowaliśmy, często do białego rana… Jarosław Hebel pamiętasz?

Z czasem to wszystko powoli dziadziało. Widziałem to, bo ze studenta stałem się akademikiem prowadzącym zajęcia ze studentami. Mniej więcej do połowy pierwszej dekady XXI wieku było jeszcze normalnie, tzn. istniała kultura dyskusji. Ludzie sprzeczali się, ale wiedzieli, że polityka to nie wszystko.

Potem zaczęło się lawinowo psuć. Podziały się pogłębiały, ludzie się do siebie nie odzywali, zaczęły tworzyć się paralelne światy – obozy prawdziwych tych, tamtych i owamtych. Komunikacja powoli ustawała i zaczęła ograniczać się do wymiany ciosów. Nie było już picia Królewskiego z lewakiem/prawakiem pod MarcPolem. Każdy obóz spotykał się w innym miejscu.

Tak oto przez lata przygotowywano grunt pod dzisiejsze walki plemienne. Pod polskie Hutu i Tutsi. Ale ja się na to nie zgadzam. Nie zgadzam się na plucie na kolegów, bo mają inne poglądy. Nie zgadzam się na język pogardy, nienawiści i lekceważenia, który stał się standardem w polskiej polityce. Nie zgadzam się wreszcie na to, że źródłem tego zwyrodnienia jest język, odmienne interesy polityczne czy ekonomiczne. Uważam bowiem, że źródłem tego zła jest zwyczajny brak dobrego wychowania i totalna niekompetencja w sferze tzw. umiejętności komunikacyjnych. Gdyby ludzie przynajmniej tyle słuchali innych niż sami mówią, nie byłoby takich problemów.

Ludzi trzeba na nowo uczyć ze sobą rozmawiać. Czem prędzej, bo już jest chyba trochę za późno.

Radosław Zenderowski

Za: konserwatyzm.pl