Wyprawa kijowska i jej mitologia (3)

0
229

Lektura wydanych przez Polski Instytut Spraw Międzynarodowych „Polskich dokumentów dyplomatycznych 1919. Czerwiec-grudzień” [1], skłania do wniosku, że kwestia Rosji, a nie „federacji” Polski z Litwą i Ukrainą, była osią przewodnią nie tylko polityki wschodniej Zachodu, ale i ówczesnej polityki polskiego MSZ.

W niemal wszystkich raportach i meldunkach polskiej dyplomacji dotyczących „białego generała” Antona Denikina podkreślano, że jest on do Polski nastawiony przychylnie, a poza tym jest antyniemiecki i słowianofilski. Pisali to nawet ludzie Piłsudskiego.

Piłsudskiemu całkowicie podlegała grupa dyplomatów, którzy byli lojalni wobec niego, a nie kierownictwa MSZ (Leon Wasilewski, Eustachy Sapieha, Michał Sokolnicki). Dzięki nim naczelnik państwa prowadził własną grę polityczną, która o mało nie zakończyła się katastrofą Polski w sierpniu 1920 r. Grupa piłsudczykowska w MSZ nie ukrywała satysfakcji z upadku białej Rosji. Satysfakcji tej towarzyszyło jednocześnie lekkomyślne lekceważenie bolszewików. Skutkowało to odrzuceniem wszelkich sugestii o możliwości zawarcia z nimi pokoju na korzystnych terytorialnie warunkach. Dokumenty polskiego MSZ z drugiej połowy 1919 r. wyjaśniają dobitnie to, co stało się latem 1920 r.

Także gen. Tadeusz Rozwadowski (1866-1928) wypowiedział się jednoznacznie o błędnej strategii Piłsudskiego z kwietnia 1920 r. Nawiązując do operacji państw centralnych w roku 1914 (dowodził wtedy XII Brygadą Artylerii w 12. Dywizji Piechoty c. k. armii) gen. Rozwadowski napisał:

„Tylko że o ile wykonanie takiej akcji w roku 1914 było pomimo licznych błędów austriackich ze strony Niemców wprost znakomitym, o tyle ta sama myśl, zdrowa w zasadzie, została u nas w kwietniu 1920 r. od razu spaczoną różnymi zamierzeniami natury politycznej, a wojskowo niestety tak nieudolnie przeprowadzoną, że to uprzedzające polskie natarcie na Kijów, mimo początkowych sukcesów, zakończyło się rezultatem wprost negatywnym. A bylibyśmy bez wątpienia osiągnęli korzyści na przyszłość wręcz decydujące, gdybyśmy się byli ograniczyli do celów czysto wojskowych, bez różnych ubocznych względów na Petlurę i wyimaginowaną przez niego państwowość, a równocześnie byli umieli należycie przeprowadzić samą akcję posiadającą tak niezmiernie wielką doniosłość” [2].

Politykiem, który szybko zdał sobie sprawę z niebezpieczeństwa działań Piłsudskiego był Stanisław Grabski (1871-1949) – wówczas jeden z liderów Związku Ludowo-Narodowego, a w 1921 r. jeden z negocjatorów traktatu ryskiego. Tak o tym pisał w swoich „Pamiętnikach”:

„Wtedy Piłsudski [w lutym 1920 r.] otwarcie już zapowiedział mi odepchnięcie Rosji poza Dniepr i utworzenie stolicy »samoistnej Ukrainy« w Kijowie. W odpowiedzi tłumaczyłem mu, że choć nie jestem strategiem, ale wiem, że zajmując militarnie Ukrainę po Dniepr – trzeba ją zająć i po Czarne Morze, bo nie ma innej naturalnej tam granicy od południa, a na zajęcie tak olbrzymiego terytorium 300 000 żołnierzy, których w tej chwili posiadamy, to stanowczo za mało. »Gdy utworzycie tak olbrzymi front – mówiłem mu – będzie to cieniutka niteczka, łatwa do przerwania, a co gorsze nie będziecie mieli zupełnie rezerw«.

Na to Piłsudski się uniósł:

»Złapię armię bolszewicką i utopię ją w Dnieprze«.

Ja znów replikowałem:

»Nikt nigdy nie złapał armii rosyjskiej, ani Napoleon w 1812 r., ani Mackensen w wojnie ostatniej, umie się ona cofać nie gorzej od dawnych hord tatarskich i Wy jej też nie złapiecie, nie Wy ją wrzucicie do Dniepru, ale ona Was do niego wciągnie, a potem gdzieś go w najmniej spodziewanym miejscu przekroczy«.

Piłsudskiego takie kwestionowanie przeze mnie, cywila, jego geniuszu militarnego doprowadziło do pasji.

»Nikt – zawołał – z dotychczasowych przeciwników Rosji nie umiał prowadzić wojny stepowej, ale ja pokażę, jak ją prowadzić należy«. »Szaleństwo pychy« – powiedziałem sobie – tak, »szaleństwo pychy«, prawdziwa była przestroga” [3].

Takie były kategorie myślenia Józefa Piłsudskiego w 1920 r. Tego nigdy nie przyznają jego epigoni, którzy dzisiaj faszerują fałszywą historią kolejne pokolenie Polaków, by wykorzenić w nich jakikolwiek odruch myślenia realnego. Prawdopodobnie im się to udało. W 1920 r. Roman Dmowski i jego obóz polityczny uważali, że powstanie niepodległej (czyli proniemieckiej) Litwy, a tym bardziej Ukrainy, będzie dla Polski szkodliwe. Natomiast po przewrocie na Majdanie w 2014 r. nie było wśród polskiej „klasy politycznej” już nikogo, kogo by nie ogarnął amok „gorączki ukraińskiej”.

„To wyjątkowa akcja! W Kijowie i Warszawie zabrzmią dzwony dla bohaterów 1920 roku. 9 maja kulminacyjny moment multimedialnej akcji Bobołowicza i Antoniuka, dziennikarzy Radia Wnet i Kuriera Galicyjskiego ze Lwowa, podróżujących już przez ponad tysiąc kilometrów przez Ukrainę. O 11 polskiego czasu zabrzmią dzwony w kijowskiej katedrze św. Aleksandra oraz w wielu kościołach z miejsc, gdzie zostały upamiętnione walki z 1920 roku. Również 9 maja w Kijowie, Paweł Bobołowicz wraz z Dmitriem Antoniukiem założą mundury żołnierzy Ukraińskiej Republiki Ludowej i Wojska Polskiego z 1920 r. oraz odbędą honorowy patrol ulicami Kijowa”

– można było przeczytać 9 maja br., w setną rocznicę defilady polsko-ukraińskiej w Kijowie, na portalu „Kuriera Galicyjskiego” [4].

Mitologia wyprawy kijowskiej po upływie 100 lat od 1920 r. ma się dobrze jak nigdy dotąd. Jednym z najważniejszych elementów tej mitologii jest teza, że w 1919 r. nie było możliwe współdziałanie polsko-rosyjskie (czyli z białogwardzistami) przeciwko bolszewikom. Na pytanie red. A. Zechenter, czy próby porozumienia się Piłsudskiego z rosyjskimi antykomunistami, w tym z Borysem Sawinkowem (1879-1925), stanowiły alternatywę dla projektu federacyjnego – prof. A. Nowak odpowiada:

„Trzeba było przekonać Zachód do szerszych granic Polski na wschodzie. Mocarstwa zachodnie mogłyby je zaakceptować, gdyby jacyś przedstawiciele Rosji – teraz na emigracji – wyrazili na to zgodę. Musieli to jednak być emigranci uznawani politycznie na zachodnich salonach dyplomatycznych. W kilkuosobowym rosyjskim komitecie politycznym na konferencji w Paryżu większość stanowili zaciekli wrogowie porozumienia z Polską. Akceptował taką możliwość tylko jeden jego członek, Borys Sawinkow – ongiś terrorysta, znany pisarz, uznawany przez Rosjan reprezentant Rządu Tymczasowego – bo ów paryski komitet polityczny był w pewnym sensie dyplomatyczną kontynuacją Rządu Tymczasowego, uznawanego wcześniej przez mocarstwa zachodnie”.

To Sawinkowa – eserowca i zwolennika wojny chłopskiej – prof. A. Nowak uważa za najpoważniejszego „białego” Rosjanina, z którym należało rozmawiać i omawia kontakty pomiędzy nim a Piłsudskim w 1920 r. Jednakże warunkiem jakiegokolwiek porozumienia z antykomunistami rosyjskimi miało być utrzymanie przez Ukrainę „niepodległości”. Tak o tym mówi prof. A. Nowak:

„To jest punkt pierwszy i zasadniczy: najważniejsza geopolitycznie jest Ukraina. Rosja bez ukraińskiego zboża i przemysłu nie przetrwa jako agresywne imperium – takie było założenie. Jeśli Ukraina utrzyma się jako niepodległe państwo, związane układem geopolitycznym, który czyniłby z niej bufor Polski – bo taka była istota układu z kwietnia 1920 r. – można uczynić krok następny, czyli myśleć o zmianach w samej Rosji, o wejściu na scenę Sawinkowa. Wtedy też uda się, jak zapewne sądził Piłsudski, rozwiązać problem litewsko-białoruski przy użyciu siły”.

Warunkiem polskiego porozumienia z białą Rosją było więc – tak zresztą jak jest nim obecnie w rozumieniu epigonów piłsudczyzny – oderwanie od Rosji Ukrainy. Mamy zatem już wyjaśnione dlaczego nie powiodła się współpraca Piłsudskiego z „białymi” Rosjanami i jaki był w istocie charakter jego koncepcji „federacyjnej”. Nawet propiłsudczykowski prof. A. Nowak nie kryje, że „niepodległa Ukraina” miała być „buforem Polski”, a Litwa i Białoruś miały być włączone do „federacji” z Polską „przy użyciu siły”. Żeby jednak nie było wątpliwości, posłuchajmy dalej prof. A. Nowaka.

Mówi on:

„Michał Römer w znakomitym szkicu analizującym politykę wschodnią napisał, że Piłsudski wyobrażał sobie przyszłość Polski jako swoistego imperium dominiów czy też polskiego imperium wschodniego [podkr. moje – BP], składającego się z trzech lub czterech części: Polski właściwej, Ukrainy i Litwy połączonej z Białorusią albo Litwy i Białorusi – każdej jako odrębnego członu”.

Czy trzeba dodawać coś więcej? Sen o szpadzie, sen o potędze. Polskie sarmackie imperium na Wschodzie, ale nie żadna „federacja”. Realizacja romantycznej wizji imperialnej Polski. „Imperium dominiów”. Wielka Brytania miała swoje dominia w Indiach i Kanadzie, Polska miała je mieć na Litwie, Białorusi i Ukrainie. Tak to miało wyglądać.

Prof. A. Nowak nie ukrywa, że „nieuznawany przez nikogo rząd białoruski” reprezentował „szczupłą garstkę nauczycielskiej elity białoruskiej”, a podwładni Piłsudskiego prowadzili w 1919 r. rozmowy z tym „rządem” tylko o autonomii kulturalnej. Nie wiadomo zatem dlaczego profesor wyciąga wniosek, że „Białorusini mogli stać się wehikułem odbudowy Wielkiego Księstwa Litewskiego w ramach tego imperium wschodniego”. Z dalszego wywodu A. Nowaka dowiadujemy się, że tym „wehikułem” miał być tak naprawdę tylko Stanisław Bułak-Bałachowicz (1883-1940). Sam prof. A. Nowak nazywa go „watażką”. Faktycznie był watażką i to niewiele znaczącym. Tak jak i Petlura.

Jedyną naprawdę realną siłę, z którą Piłsudski powinien związać się przeciw bolszewikom, reprezentował „biały” gen. Anton Denikin (1872-1947). Zaprzepaszczenie szansy tego sojuszu przez Piłsudskiego uważał za poważny błąd m.in. Józef Mackiewicz (1902-1985). Co ma o tym do powiedzenia prof. A. Nowak? Oddajmy mu głos:

„Denikin, stający się w 1919 r. głównym graczem po stronie »białych« Rosjan, wyraźnie mówił, podobnie jak jego poprzednik adm. Kołczak, że nie tylko Wilno ma być rosyjskim miastem, lecz i Lwów (…). Takie warunki wykluczały porozumienie z jakąkolwiek siłą polityczną w Polsce, bo nikt nie zaakceptowałby wieszania dwugłowych orłów we Lwowie lub w Wilnie przez Wojsko Polskie. Podczas rozmów w lipcu 1919 r. w Taganrogu, mających doprowadzić do porozumienia między Warszawą a Denikinem, generał nie chciał ustąpić nawet o centymetr (…). Zarzucanie Piłsudskiemu, że nie pomógł Denikinowi w sierpniu i we wrześniu 1919 r., kiedy ofensywa »białych« była 300 kilometrów na południe od Moskwy, wydaje mi się nieporozumieniem, nawiązane wówczas poufne rozmowy między przedstawicielami Piłsudskiego a reprezentantem Lenina, Julianem Marchlewskim, doprowadziły bowiem wyłącznie do przejściowego zawieszenia broni. Bolszewicy rzeczywiście zdjęli z frontu walk przeciwko Polsce 40 tys. żołnierzy. W tamtym momencie Armia Czerwona liczyła 3,5 mln żołnierzy, a wszystkie armie »białych« – 550 tys. Można sobie zadać pytanie, czy przy takiej proporcji sił 40 tys. rzucone przeciw Denikinowi mogło zaważyć na losach frontu. Przypomnijmy też, że we wrześniu 1919 r. Piłsudski polecił premierowi Ignacemu Paderewskiemu, by sprawdził w Paryżu, czy mocarstwa zachodnie poprą finansowo polską akcję militarną na wielką skalę przeciw bolszewikom – akcję, która mogłaby pomóc Denikinowi. Paderewski spotkał się w Paryżu z lodowatym przyjęciem (…). Wyprawa na Moskwę nie rokowała chyba wielkich szans, nawet gdyby ententa dała na nią pieniądze”.

Nie ulega wątpliwości, że do współdziałania polskiego z Denikinem nie doszło z powodu „federacyjnego” planu Piłsudskiego. To była główna przeszkoda. Warunkiem współdziałania z »białą« Rosją – ale szczerze mówiąc z każdą Rosją – była rezygnacja przez Polskę z wielowiekowych pretensji do panowania nad Rusią (Ukrainą i Białorusią), czyli zgoda na wschodnią granicę na Bugu. To było dla Piłsudskiego nie do przyjęcia i nie do pomyślenia. Kres wielowiekowym zmaganiom polsko-rosyjskim o Ruś położył dopiero rok 1945. Wtedy nastąpił koniec państwa „okopanego” na Kresach, czyli Polski Jagiellońskiej. W jej miejsce wróciła Polska Piastowska. Ceną tego było znalezienie się w radzieckiej „strefie wpływów”. Wydaje się, że w 1919 r. cena byłaby mniejsza – byłoby nią ułożenie stosunków z białą Rosją na zasadach partnersko-sojuszniczych. Dla Piłsudskiego jednak partnerstwo z jakąkolwiek Rosją było nie do przyjęcia i jest nie do przyjęcia dla jego współczesnych epigonów. W rezygnacji Polski Ludowej z pretensji do panowania nad Rusią należy też upatrywać głównej przyczyny jej wszechstronnej delegitymizacji przez establishment III RP. Po 1989 r. epigoni piłsudczyzny różnych nurtów politycznych spowodowali bowiem powrót w zmienionej formule geopolitycznej do polsko-rosyjskich zmagań o Ruś, czyli do mitu Polski Jagiellońskiej.

Bohdan Piętka
fot. Wojska wielkopolskiej 15. Dywizji Piechoty na przedmieściach Kijowa. Koloryzacja Mirosław Szponar

[1] S. Dębski (red.), „Polskie dokumenty dyplomatyczne 1919. Czerwiec-grudzień”, Warszawa 2019.
[2] T. Rozwadowski, „Wspomnienia Wielkiej Wojny”, Warszawa 2015, s. 467-468.
[3] S. Grabski, „Pamiętniki”, t. II, Warszawa 1989, s. 139.
[4] www.kuriergalicyjski,com, 9.05.2020.

za: mysl-polska.pl

Poprzedni odcinek – LINK