G. K. Chesterton: Ku lepszemu

0
333
Pewien profesor, natchniony duchem proroczym, wygłosił przepowiednię na temat przyszłości. Nie wiem, czego był profesorem – może profetyzmu. Należał w każdym razie do tych entuzjastów ewolucji, którzy robią wrażenie, jakby znali przyszłość lepiej niż teraźniejszość, o przeszłości nie wspominając. Gardził bowiem przeszłością tak samo jak teraźniejszością. Jak stwierdził, my wszyscy, którzy należymy do gatunku ludzkiego, jesteśmy jeszcze surowizną, istotami wymagającymi obróbki i nie do końca uformowanymi. No cóż; wszyscy jak wszyscy, ale na pewno dotyczy to niektórych profesorów. Żaden taki filozof nie odpowiedział dotąd na pytanie, które nasuwa się wielu ludziom i które ja sam, daleko nie szukając, też często stawiałem: skoro wszystko się zmienia, łącznie z ludzkim umysłem, to skąd możemy wiedzieć, czy są to zmiany na lepsze?

Weźmy prosty, by nie rzec prościutki przykład. Jakiś wyznawca postępu, powiedzmy pan Bernard Shaw, stwierdza, że odmawia jedzenia zwierzęcego mięsa, bo osiąga w ten sposób nowy, wyższy poziom etyczny. Ale jego wegetariańska etyka opiera się przecież tylko na tym, że zachował dawny ideał miłosierdzia. Inny postępowiec równie dobrze mógłby oświadczyć, że osiągnął nowy, wyższy poziom etyczny i zerwał pęta zahamowań, bo jada mięso ludzkie. A przecież on tylko by wypaczył dawny ideał wolności. Łatwo by dowiódł, zgodnie z najlepszymi nowoczesnymi wzorcami, że cała dotychczasowa groza wobec ludożerstwa to przesąd i tabu, irracjonalne ograniczenie ludzkiego wyboru. Bądź co bądź, jesteśmy jeszcze surowizną. Zaiste, cóż za uroczo trafna metafora. Możliwe, że profesor, o którym była mowa wyżej, z utęsknieniem wyczekuje dnia, kiedy owa surowizna zostanie porządnie ugotowana i podana w potrawce.

Otóż, bez stałego etycznego wzorca nikt nie zdoła ocenić, która z tych ewolucyjnych zmian jest zmianą na lepsze. Bez niezmiennej, nigdy nie ewoluującej definicji  miłosierdzia czy wolności nie odróżnimy, czy wyższa etyka naprawdę stoi wyżej albo czy swobodniejsza moralność naprawdę jest bardziej swobodna. Profesor podał kilka niezbornych przykładów. Stwierdził, między innymi, że na pewno zmieniamy się na lepsze, bo trzysta lat temu kobiety bywały palone na stosie. A ja odpowiem, że za trzysta lat kobiety będą poddawane eksperymentom medycznym. Bądź co bądź, mam dokładnie takie samo prawo jak on, by udrapować się w pelerynę wieszcza, wpaść w natchnienie i z rozwianym włosem wygłaszać proroctwa. Wiem o przyszłości dokładnie tyle samo, co ów profesor i każdy inny człowiek – czyli nic. Załóżmy jednak, że naukowcy pewnego dnia rozpoczną eksperymenty nie tylko na zwierzętach, lecz również na ludziach, kierując się tą samą zasadą, co opisany wyżej intelektualista, piewca Nowego Ludożerstwa. Całkiem łatwo można argumentować, jak to się robi od stuleci, że eksperymenty na ludziach są pożyteczne, że ktoś musi cierpieć dla dobra ogółu albo że jest to rodzaj ofiary dla wyższych celów. Ja tylko chciałbym wiedzieć, w jaki sposób zwolennik postępu orzeknie, czy byłby to krok naprzód czy krok wstecz? Na jakiej podstawie to oceni, skoro etyka, jego zdaniem, też podlega ewolucyjnym zmianom? Eksperymentator powie, tak jak dzisiaj, że postęp wymaga przykrych, lecz niezbędnych badań. Jego przeciwnik powie, tak jak dzisiaj, że postęp polega na rosnącej wrażliwości na cierpienie i porzuceniu wszelkiej przemocy. Lecz w jaki sposób nieszczęsny filozof ma rozstrzygnąć, która z tych wersji jest prawdziwie postępowa? Może to zrobić tylko wtedy, jeśli pozostanie mu jakiś wzorzec prawdy, który nigdy nie straci prawdziwości.

Problem w tym, że istotą tych ewolucyjnych teorii jest właśnie założenie, że żadna prawda nie trwa wiecznie. Opinie i poglądy są zmienne i nietrwałe, podobnie jak ciało i umysł. Skoro tak, jedyne, co na pewno da się powiedzieć o przyszłości, to że będzie inaczej niż teraz. Nie da się powiedzieć, czy będzie lepiej. Idea, że dojdzie do zmian na lepsze lub na gorsze zakłada, że my i nasi potomkowie zawsze będziemy mieć coś wspólnego, coś, co wszyscy próbujemy ulepszyć, kierując się tą samą normą. Lecz skoro wszystko się zmienia, czemu ta norma miałaby zostać niezmienna? Czyżby nie podlegała prawom ewolucji? Czyżby została jakoś inaczej stworzona? Może to coś w rodzaju cudu? A może ten wspólny wzorzec sumienia pochodzi od Boga? Przerażający pomysł!

Nie muszę się tutaj zagłębiać w konkretne proroctwa naszego profesora, które  wyglądałyby jak parodia literatury science fiction, gdyby nie to, że żaden szanujący się  autor nie umieściłby takich bzdur w powieści, nawet parodystycznej. Profesor, ma się  rozumieć, tryska postępowym optymizmem. Uważa, że wszystko idzie świetnie, a świat  staje się lepszy z minuty na minutę. Na przykład, ludzie tracą dziś wzrok, słuch, zęby i  włosy w takim tempie, że budzi to radosne nadzieje w sercu humanitarnego miłośnika  ludzkości. Albowiem, jak wyjaśnił profesor, kiedy wreszcie pozbędziemy się tych prymitywnych i zanikających organów dostaniemy ich lepsze, mechaniczne substytuty. Innymi słowy, staniemy się dumnymi posiadaczami sztucznych szczęk, sztucznych oczu, sztucznych uszu oraz zestawu peruk. Będzie to znakomicie współgrać z naszym  sztucznym otoczeniem i sztuczną ideologią.

Profesor nie wyjaśnił niestety, jak szybko nauka wyprodukuje mechaniczny substytut dla pewnego małego, pośledniego organu, który dotąd umykał uwadze dociekliwych techników. Mam na myśli tę część człowieka, która w istocie widzi, słyszy, czuje, mówi i myśli. Zaiste, dziwaczne to i mocno irytujące, lecz gdy zabraknie tego pomniejszego elementu (tak trudnego do zakupienia) zazwyczaj okazuje się, że teleskopy nie mogą same przez siebie patrzeć, telefony nie mogą same się słuchać, a książki nie mogą same się pisać ani czytać. Człowiek nie zdoła nawet mówić na żaden temat, jeśli  kompletnie i całkowicie nic nie myśli.

Chociaż należy przyznać, że czasem prawie mu się udaje.


Eseje G.K. Chestertona publikowane były w latach 1920-1930.

Felieton ukazał się w tomiku “Obrona wiary”, Wyd. Fronda, 2012 rok.