G.K. Chesterton: Wina i kara

0
823

Znakomity pisarz, pan Arnold Bennett, w jednej ze swoich żartobliwych literackich dykteryjek wezwał niedawno do większej wyobraźni w stosunkach międzyludzkich i większego zrozumienia dla bliźnich. W tym apelu, ze wszech miar słusznym, posunął się jednak nieco za daleko. Oświadczył mianowicie, że nigdy nie powinniśmy nikogo osądzać. Nie należy bowiem potępiać ludzi, dokonując moralnych ocen.

Jakiś czas temu pan Bennett dowiódł, że jego miłosierdzie i wielkoduszność zaiste zasługują na miano cnót heroicznych, bo nie tylko zrecenzował moją książkę, ale napisał o niej sporo ciepłych słów. Co prawda, wyraził jednocześnie wątpliwość, czy da się pogodzić prawdziwą inteligencję z akceptacją jakiegokolwiek dogmatu. Tymczasem w gruncie rzeczy istnieją tylko dwa rodzaje ludzi: ci, którzy akceptują dogmaty i wiedzą o tym, oraz ci, którzy akceptują dogmaty i nie zdają sobie z tego sprawy. Jedyna moja przewaga nad panem Bennettem polega na tym, że należę do pierwszej z tych dwóch grup. Podejrzewam, że ów zdolny pisarz do tego stopnia nie uświadamia sobie własnego dogmatyzmu, że nie jest nawet świadom, co znaczy słowo „dogmat”. Jeśli używa tego słowa w potocznym znaczeniu, to przecież samo twierdzenie o niezgodności dogmatu z inteligencją brzmi już cokolwiek dogmatycznie. To samo dotyczy jego własnego zakazu potępiania innych ludzi. W gruncie rzeczy jest to bowiem dogmatyczny zakaz zakazywania.

Pan Arnold Bennett nie zaciemnia kwestii żadną koszmarną metafizyką determinizmu; jest na to autorem zbyt błyskotliwym i sprawnym. Odwołuje się do naszego współczucia, ba, do naszych uczuć chrześcijańskich, i na tym właśnie opiera koncepcję, że nie wolno nigdy osądzać ludzi, a nawet w ogóle ich obwiniać. Podobnie jak każdy, kto tak twierdzi, wyobraża sobie, że działa w imię miłosierdzia i humanizmu. I podobnie jak każdy, kto tak twierdzi, robi coś dokładnie przeciwnego.

Idea, że nie wolno osądzać ludzi oznacza tak naprawdę, że wolno ich wieszać bez sądu. Osądzanie zostaje w praktyce zastąpione nie przez miłosierdzie, ale przez coś, co mocno przypomina morderstwo. Albowiem tok rozumowania podąża zawsze wedle tej samej logiki, którą obserwowałem już w setkach dyskusji o przeznaczeniu i wolnej woli. Najpierw ktoś apeluje, jak pan Bennett: „Bądźmy bardziej wyrozumiali dla naszych bliźnich, nie wińmy ich za występki, bo nie do nas należy, żeby ich osądzać”. Potem jakaś druga osoba, obdarzona zdrowym rozsądkiem, pyta: „Więc naprawdę dałby się pan okraść albo zabić bez żadnego oporu?”. Na co rozmówca odpowiada, również jak pan Bennett: „Co to, to nie. Ukarałbym przestępcę, żeby ochronić siebie i  społeczeństwo, ale nie winiłbym go, bo nie podejmuję się ferować wyroków”. Gdzieś po drodze naszemu filozofowi zupełnie wyleciało z głowy, że chciał być bardziej wyrozumiały dla zabójców i kieszonkowców. Samo choćby poczucie humoru powinno mu podpowiedzieć, że kieszonkowiec wolałby, żeby ktoś go winił, niż żeby ktoś go posyłał do więzienia dla ochrony społeczeństwa.

Patrząc na problem od mistycznej, głęboko moralnej strony, pan Bennett rzecz jasna ma rację. Nie wiemy, co Pan Bóg jeden wie o zasługach danej osoby. Nie wiemy też, co Pan Bóg myśli o potrzebach społeczeństwa. Osobnik, który truje swoją małą siostrzenicę, żeby odziedziczyć po niej majątek, może kierować się tajemnymi motywami, których nie znamy. Może też wypełniać jakieś zapotrzebowanie społeczne. Nie jesteśmy nieomylni, kiedy karzemy przestępców – i nie jesteśmy nieomylni, gdy podejmujemy działania dla ochrony społeczeństwa. Czy kijem go, czy pałką – nie zdołamy uniknąć błędów płynących z niewiedzy. Jednak nawet pogrążeni w niewiedzy widzimy coś, co jaskrawo rzuca się w oczy: to właśnie rozwiązanie pana Bennetta jest mniej miłosierne. Twierdzenie, że możemy karać ludzi, lecz nie powinniśmy ich obwiniać oznacza, ni mniej ni więcej, że mamy prawo być dla nich okrutni, lecz nie mamy prawa być łagodni.

Gdyż, bądź co bądź, wina sama w sobie stanowi komplement.Stanowi zaś komplement, ponieważ w potępieniu zawiera się apel – apel do człowieka jako do twórczego artysty, rzeźbiącego własną duszę. Jeśli powiecie do kogoś w waszym zwykłym otoczeniu „ty łobuzie!” albo „ty niegodziwcu!”, wyda się to cokolwiek bezceremonialne, ale w istocie będzie stanowić skrót myślowy. Jest to streszczenie, ujmujące w dwóch słowach subtelną moralną antyfonę, której nie macie czasu wygłosić, będąc towarzysko rozrywani i ogólnie zalatani. Gdy na proszonym obiedzie w Mayfair spotykacie milionera, monopolistę wielu rynków, i z typową dla was szlachetną szczerością informujecie go: „Jesteś łajdakiem!”, skracacie po prostu dla wygody pewną dłuższą wypowiedź, która w całości brzmi mniej więcej tak: „Człowieku obdarzony boskim duchem, zdolnym wzlecieć wyżej niźli aniołowie – jakże ty mogłeś unurzać ducha swego w cuchnącym moralnym bagnie, które sprawiło, że jesteś łajdakiem?”. Gdy na przyjęciu zostajecie przedstawieni ministrowi, biorącemu łapówki przy rządowych kontraktach, i z miejsca mówicie mu, jak to ogólnie przyjęte: „Jest pan kanalią”, wasze słowa stanowią po prostu ostatni fragment następującej analizy o charakterze etycznym: „Cóż za żałosne widowisko robi pan z siebie, panie ministrze! Będąc stworzony na Boży obraz i podobieństwo, powinien pan stanowić odbicie niebiańskiej chwały. Pan jednak do tego stopnia pofolgował swym niskim instynktom, że obecnie jest pan kanalią”. Końcówka wypowiedzi zastępuje całość; całkiem jakbyśmy powiedzieli „bus” zamiast „autobus”. A jeszcze bardziej przypomina to sytuację siedemnastowiecznego purytanina, który mógł nosić imię: „Gdyby-Jezus-Chrystus-Nie-Umarł-Za-Ciebie-Byłbyś-Przeklęty” i nazwisko „Higgins”, ale o którym dla powszechnej wygody mówiono po prostu „Przeklęty Higgins”. Tak czy owak, jest oczywiste, że ilekroć nazywamy człowieka tchórzem, apelujemy do niego, pytając, jak może być tchórzem, skoro mógłby być bohaterem. Ilekroć robimy wyrzuty grzesznikowi, implikujemy, że leży w jego mocy zostać świętym.

Ale karanie kogoś tylko dla ochrony społeczeństwa oznacza brak szacunku i jakichkolwiek względów. Oznacza również brak hamulców i proporcji w tym, co wyrządzamy sprawcy. Istnieją pewne granice kary, na jaką, zdaniem zwyczajnego człowieka, zasługuje wina innego zwyczajnego człowieka. Potrzeby społeczeństwa nie znają jednak granic. Nawet gdybyśmy mieli możność, nie gotowalibyśmy milionera we wrzącym oleju ani nie obdarlibyśmy żywcem ze skóry jakiegoś nędznego małego polityka, bo nie uważamy, że człowiek zasługuje, by obdzierać go żywcem ze skóry za to, że bierze procent od zamówień rządowych. Wcale jednak nie wiadomo, czy obdarcie go ze skóry nie posłużyłoby ochronie społeczeństwa. Korupcja może zniszczyć państwo, a tortury działają odstraszająco. W każdym razie, bezsens tortur w takiej sytuacji nie jest oczywisty, choć oczywista jest ich niesprawiedliwość i mściwość. Jeśli nie stosujemy takich szalonych kar, to przede wszystkim dlatego, że kieruje nami idea kary adekwatnej do przestępstwa, a nie kary adekwatnej do potrzeb społecznych. Dopiero gdy jedyną racją staje się racja stanu, można z góry przewidzieć, że rozpęta się okrucieństwo.

I rzeczywiście, doświadczenie uczy, że ilekroć brano pod uwagę tylko interes państwa ludzie robili się dużo okrutniejsi. A działo się tak, bo pozbywali się wszelkiej odpowiedzialności, związanej z winą czy niewinnością jednostki. Z tego co wiem, w pogańskim Rzymie – tym modelowym ustroju opartym w całości na świeckiej, obywatelskiej lojalności wobec państwa – zgodnie z prawem brano na tortury niewolników z każdego domu, którego dotyczyło urzędowe śledztwo. I gdyby ktoś zaprotestował, mówiąc, że niewolnikom nie zarzuca się przecież żadnego przestępstwa, państwo odpowiedziałoby na nowoczesną modłę: „Nie wymierzamy kary za przestępstwo; chronimy tylko porządek społeczny”.

Ten przykład w dzisiejszych czasach odnosi się co najmniej do jednej istotnej sprawy. Oczywiście, nie chcę tu powiedzieć, że wszystkie okrucieństwa w historii uzasadniano interesem państwa; bywało różnie. Takie jednak uzasadnienie miał despotyzm w świecie pogańskim. A świat współczesny, pod tym względem i wieloma innymi, upodabnia się do świata pogańskiego. Dzisiejszy despotyzm wzoruje się na owym rzymskim obyczaju, i to pod dwoma zasadniczymi względami. Po pierwsze, wrócił do pogańskiej hierarchii wartości, kładąc nacisk na skutki społeczne, nie na sprawiedliwość dla pojedynczego człowieka. Po drugie, tak samo jak poganie, w pierwszym rzędzie stosuje to podejście do podporządkowanych i zależnych warstw społecznych – niewolników oraz tych, którzy niewiele się od niewolników różnią.

Państwo pogańskie z natury jest państwem niewolniczym – i na tej dokładnie idei opiera się dzisiejszy socjalizm, wprowadzając zależność ludzi od państwa. A nikt nie jest o tym przekonany bardziej niż socjaliści. Polityk laburzystowski pierwszy powie, w teorii, że kara powinna być nie zadośćuczynieniem moralnym, lecz tylko metodą społecznej regulacji. I on też pierwszy sprawi, w praktyce, aby regulacji podlegali ludzie prości i ubodzy. Oczywiście, podleganie regulacjom to jedno, a podleganie torturom to drugie. Jednak wystarczy, że zasada zostanie powszechnie zaakceptowana, a droga postępu może szybko skręcić w stronę tortur. W sferze psychologicznej sytuacja już teraz wygląda niewesoło. Lewicowy humanitarysta zapewne przyjmie to ze zdumieniem, niemniej jest prawdą, że kiedy państwo pod przymusem odbiera matce dzieci, matka może to odczuwać jako okrutną udrękę. Odbieranie dzieci rodzicom stało się już tak pospolite, że nie zwraca niczyjej uwagi. Rzuca to jednak pewne światło na argument pana Bennetta. Nikt nie zdoła udawać, że uboga, kochająca matka  zapóźnionego w rozwoju dziecka zasługuje na to, by odebrać jej jedyne szczęście w życiu. Każdy jednak może udawać, że jest to działanie konieczne dla dobra społeczeństwa. Nikt nie powie, że miłość do dziecka stanowi zbrodnię, która powinna zostać ukarana. Ale bez trudu można powiedzieć, że odebranie dziecka posłuży jakimś dalekosiężnym społecznym celom. I tak oto eliminacja kar oznacza rozrost tyranii. Ludzie nigdy by nie gnębili innych w taki sposób, gdyby chodziło tylko o wymierzenie kary.

Dopiero kiedy całkowicie oczyścimy karę z elementów odwetu staje się ona do tego stopnia nikczemna.

Ta tyrania wciąż się szerzy. I nie będzie nadziei na wolność i demokrację, dopóki znów wielkim głosem nie zaczniemy się domagać prawa do winy. Nie poczujemy się jak wolni ludzie, póki na powrót nie wywalczymy świętego przywileju kary. Ilekroć potępiamy człowieka za coś, co zdecydował się zrobić, stwierdzamy tym samym, że on sam podjął decyzję. Twierdzenie, że nie był zdolny zachować się inaczej uwłacza jego ludzkiej godności. Jeśli się z tym nie zgadzamy, jedyna alternatywna teoria brzmi, że nie panujemy nad własnym postępowaniem. Skoro tak, nasi władcy mogą używać dowolnych metod, żeby nas trzymać w ryzach. Doprawdy, byłoby już lepiej, gdyby rozszalały motłoch wzniecił zamieszki w całej Anglii, gromko żądając prawa, by pójść na szubienicę.

 


Eseje G.K. Chestertona publikowane były w latach 1920-1930.

Felieton ukazał się w tomiku “Obrona wiary”, Wyd. Fronda, 2012 rok.