Bieda w Ameryce ?

Po wyborach samorządowych, kiedy już znamy rozstrzygnięcia w wielu gminach, powiatach i województwach, ktokolwiek “zwyciężył” lub “dostał się do władz”, niech zastanawia się, dokąd zmierzamy, jako społeczeństwo. Czy celem jest wzrost PKB (nominalny wzrost produkcji i wolumenu usług) oparty o wzrost zadłużenia na każdym szczeblu, który bardzo często prowadzi do wyprowadzania kapitału z naszego kraju, konieczności wyzbycia się własności i sprowadzania imigrantów (nacisk na niskie płace celem maksymalizacji zysku), czy celem jest rozwój społeczeństwa. Niech przykład “American dream” będzie nam przestrogą. Są dwa sposoby zniewolenia społeczeństwa, miecz i dług. Który nam dziś zagraża ? Nie musimy odpowiadać. Każdy to wie.

 

Małgorzata Sożewska-Wirkus

Oglądam krótki film na YouTube o życiu biednych ludzi w Stanach Zjednoczonych. Przysłał mi go mój znajmy podejrzewając, ze jest to „propagandówka”. Pod spodem dopisane jest jedno zdanie – pytanie „Czy to prawda ?”

Na monitorze komputera para ludzi po pięćdziesiątce, rozwieszająca w lesie świeżo uprane ubrania na sznurach umocowanych miedzy drzewami. Za nimi rozłożony namiot nie pierwszej młodości, w namiocie materace, masa słoików, kuchenka i butla gazowa, sterta koców, mały stolik przed namiotem, dwa ogrodowe krzesełka. Para wygląda jak „dzieci kwiaty” sprzed ponad pół wieku. Podobne ubrania, długie włosy, buty z wydłużonymi czubami, przepaski na czołach, chusteczki na szyjach. Gdyby nie fakt, ze minęło ponad 50 lat od “rewolucji dzieci kwiatów” można by ich oboje przenieść w tamten czas. Rozmawiają o tym, czy starczy im żywności na zimę. Zastanawiają się, kto dołączy do nich, gdy zaczną się deszcze, słota i śniegi. „Może Mike – mówi kobieta – „on zawsze przynosił masę konserw”. „Może Jane ze swoimi kocami i dobrym, nieprzemakalnym namiotem”.

Nagle pokazuje się człowiek niosący ogromny plecak i masę przyczepionych do niego garnków. Pozdrawia parę gestem ręki, zrzuca plecak, siada na ziemi. „Witaj w leśnej osadzie”– mówi kobieta, „skąd przybywasz“?

„Tak naprawdę to z niedaleka, kilka godzin stąd, ale straciłem pracę kilka miesięcy temu, nowej nie mogę znaleźć, bank kazał mi się wynieść i niedługo skończy mi się zapomoga. Słyszałem o tej leśnej osadzie i widzę, ze macie tu wszystko co trzeba.  Mężczyzna rozgląda się wokół – „drzewa wysokie, ptaki i strumyk, dobre miejsce, żeby przetrwać biedę“ – mówi i zaczyna rozbijać namiot.

Nadchodzi zima i leśna osada zaczyna się rozrastać, tak jak wiele innych leśnych osad.

Widziałam je podróżując po Stanach Zjednoczonych w West Virginii, w Luizjanie, w Kalifornii i w Missisipi. Nie zawsze mieszczą się w lasach, często są to stare pojazdy, przyczepy lub duże samochody, niektóre z małymi tarasami, ogródkami, z psami i kotami, czasem można zobaczyć dzieci i bardzo stare osoby. Chyba razem łatwiej jest znieść biedę.

No i jak tu odpowiedzieć znajomemu? Niestety, taka BYWA prawda i składa się na nią wiele przyczyn. Pierwsza, to brak wykształcenia. Dwadzieścia lat temu po skończeniu szkoły podstawowej można było w Stanach znaleźć pracę bez trudu. Zwykle były to prace mało płatne, ale po kilku latach można było stanąć na nogi. W międzyczasie młodzi ludzie dzielili się mieszkaniem lub domem z innymi osobami, można było mieszkać u rodziców lub rodziny, choć w Stanach nie było to dobrze widziane, można też było zapisać się na dodatkowe kursy dokształcające lub zdecydować się na naukę wieczorową w college. Tę drogę wybrało dużo osób i wiele z nich ułożyło sobie całkiem przyzwoite życie równocześnie spłacając swoje pożyczki na naukę czy samochód.

Dziś bez skończenia college przyzwoitą pracę znaleźć jest ciężko. Stanowe college nie są drogie, ale prywatne są coraz bardziej kosztowne. Na najlepsze stać tylko niewielki procent ludności. Dla rodziców college oznacza najczęściej wzięcie pożyczki, którą albo będą spłacać sami, albo przekażą ja do spłaty swoim dzieciom, kreując im pierwszy w ich życiu dług. Nie są to wysoko oprocentowane pożyczki, ale otwierają przed młodym człowiekiem historię kredytu, która będzie mu towarzyszyła przez wiele lat, właściwie aż do śmierci. Będzie także wyznacznikiem ilości zadłużenia, które człowiek będzie w stanie unieść, dostarczy informacje o regularnych spłatach i potknięciach.

Historia kredytu jest jedną z najważniejszych informacji o człowieku żyjącym w USA, o jego preferencjach, upodobaniach i stylu życia. Jest uważnie obserwowana nie tylko przez banki.

Na chcących się uczyć dalej czekają uniwersytety i tutaj zaczynamy mówić o wysokich pożyczkach na naukę, o sumach, które często są spłacane przez wiele lat. Mam przykład koleżanek mojej córki, które do dziś spłacają swoje uniwersyteckie pożyczki dodane do spłat za dom i samochód.

Czy człowiek obwarowany tyloma długami jest człowiekiem wolnym? Czy ma odwagę zmienić pracę? Czy może decydować się na powiększenie rodziny, na urodzenie dziecka, na odpoczynek i wakacje? Są to niewątpliwie pytania do socjologa i psychologa, ale odpowiedź podsuwa zdrowy rozsadek. Amerykanie uczeni są pracy od najmłodszych lat i 14-15 letnie dzieci zwyczajowo pracują w czasie wakacji i często uzupełniają swój budżet pracą na college. College mają specjalne tablice, na których wywieszane są oferty pracy, często jest to praca w bibliotece, porządkowanie zbiorów, udział w doświadczeniach, praca w kafeterii lub barze, porządkowanie terenu wokół szkoły, pomoc innym studentom w nauce itd. Jeśli chcemy mieć dobre wyniki z college, które wpłyną na oferty pracy otrzymane w przyszłości, uczyć się trzeba. Kpiące uśmiechy na twarzach wywołują hollywoodzkie filmiki pokazujące życie w college jako pasmo niekończących się uciech. I jeśli ktoś na początku tak sobie wyobraża naukę w college, to szybko zostanie doprowadzony do pionu przez opiekuna grupy lub dyrektora college. Tak naprawdę to tylko uczniowie z bardzo zamożnych domów mogą sobie pozwolić na zaniedbania w nauce. Ich czesne jest zapłacone przez rodziców, co absolutnie nie znaczy, że rodzice nie obserwują postępów w nauce swoich pociech i zdarza się, że dziecko z bardzo bogatej rodziny za brak przykładania się do nauki zostaje z dnia na dzień zabrane z college i rzucone na głęboką wodę. Dostaje do kieszeni absolutne minimum finansowe i ma czas na nauczenie się życia. Jest dorosłe i tak jak tata i dziadek ma się tej dorosłości nauczyć.

Mam dwa przykłady takiej historii, oba dotyczą inteligentnych młodych ludzi, którzy zawalili uczelnie drogie i elitarne, bo uwierzyli, że są ponad prawami innych studentów. Jeden zupełnie się nie odnalazł i wszedł w świat narkotyków. Niestety już nie żyje i nawet nie podam jego nazwiska, bo jest zbyt znane. Drugi spotkał mądrą dziewczynę, dużo starszą od siebie i ona nauczyła go właściwego stosunku do pracy i ludzi. Uniwersytetu nigdy nie skończył, ale razem z żoną założyli firmę, którą świetnie oboje zarządzają. Ojciec spotkał się z nimi po kilku latach, aby poznać matkę swoich wnucząt. Wszystko skończyło się happy endem i chłopak, a właściwie teraz mężczyzna, wyszedł „na ludzi”. A przecież mógł skończyć w „leśnej osadzie”, palić skręty i przeklinać swój los.

Osoby, które zaczynają pracę szybko zdają sobie sprawę, że z pracą przychodzą dodatkowe koszty i zobowiązania. Podatki federalne i stanowe, ubezpieczenia zdrowotne i ubezpieczenia na życie, dojazdy do miejsca pracy, czasem także wymagane ubranie. Podatki powinni płacić wszyscy (nie płacenie podatku jest jednym z największych przewinień, za które można trafić do wiezienia). Ich system jest naprawdę skomplikowany i bardzo różni się od polskiego. Jest w nim wiele odliczeń i potrąceń, a osoba zarabiająca niewiele płaci niewielkie podatki. Zdarzają się jednak osoby, które z różnych przyczyn decydują się nie płacić żadnych podatków, w tym także składek na ubezpieczenie zdrowotne. Najczęściej są to ludzie pracujący „na czarno”, nowi imigranci lub okresowi pracownicy rolni i fizyczni. Nie płacąc podatków nie opłacają także podstawowego ubezpieczenia zdrowotnego. Problem zaczyna się, gdy chorują i muszą pójść do lekarza lub szpitala. Wizyta lekarska w zależności od stanu, w którym się mieszka kosztuje około 100 dolarów, wizyta u specjalisty co najmniej 250 dolarów. Do tego dochodzą bardzo drogie lekarstwa, czasem dodatkowe badania szpitalne i w ciągu kilku tygodni można znaleźć się na samym dole drabiny społecznej. Czy znaczy to, że żaden szpital nie przyjmie chorego i zostawi go bez pomocy na ulicy ? Owszem, przyjmie, bo stanowe szpitale maja swoje fundusze na opłaty za osoby nieubezpieczone. Ale pomagając doraźnie szpital zrobi wszystko, żeby pozbyć się niepłacącego pacjenta. Jest rodzina, są organizacje charytatywne i kościelne, są punkty konsultacyjne, ale po wyczerpaniu tej pomocy nie pozostaje już nic innego tylko przenieść się na” leśną polankę”. Wystarczy powiedzieć, że w 2013 roku milion Amerykanów musiało ogłosić upadłość z powodu długów po opłaceniu kosztów leczenia. A wiec chorobę i jej następstwa można wymienić jako drugi czynnik prowadzący do biedy.

Na tych „polankach” można także spotkać ludzi, którzy przepracowali wymagane 40 kwartałów (na dzień dzisiejszy oznacza to, że zarobki zaliczane na jeden kwartał nie mogą być niższe niż 1.300 dolarów) i osiągnęli 62 lata, kiedy można pójść na wcześniejszą, bardzo okrojoną emeryturę. Nazywa się to ‘social security’, czyli system zabezpieczenia społecznego, ale świadczenia wypłacane tym osobom są bardzo niskie i ledwo starczają na przeżycie na “ leśnej polance”.

Najgorszy jest okres po utracie pracy, gdy półroczna pomoc rządowo-stanowa się kończy, do spłacenia zostaje dom i inne długi (samochód, meble itp.) i gdy bank zaczyna upominać się o swoje pieniądze. Na początku są to telefony z prośbą o spłatę długu, później forma się zmienia w groźby i wymyślania i koniec jest już wiadomy. Trzeba opuścić dom i przenieść się z rodziną do znajomych, do przyjaciół, do rodziny i intensywnie szukając pracy przełykać porażkę. Wrócić do poprzedniego statusu jest bardzo trudno. Amerykanie ciężko przeżyli ostatni kryzys. Minęło od niego 9 lat i wiele osób ciągle nie może się po nim pozbierać.

W lipcu 2015 roku “The Huffington Post“ podało, że w ciągu ostatnich sześciu latach poziom ubóstwa pozostał niezmieniony. Co więcej, poniżej progu ubóstwa w 2013 roku żyło aż 22 procent dzieci w USA. W dużych miastach biedy nie widać. Wprost przeciwnie. Bogaci na kryzysie się wzbogacili i jak pisze prasa 80 rodzin posiada połowę majątku Stanów Zjednoczonych i to rozwarstwienie społeczeństwa wciąż rośnie! W tym samym czasie ponad 40 procent Amerykanów dostaje bony żywnościowe lub zapomogi na dzieci. Często stojąc w kolejce w sklepie spożywczym widzę matki używające karty podobnej do karty kredytowej, którą płacą za mleko, ryż, warzywa, soki i owoce dla dzieci. Nie odróżnia tych matek od innych kobiet właściwie nic. Może mniej modne buty, może stara kurtka, może fakt, że kupują tylko towary znajdujące się na liście bonów żywnościowych i niewiele więcej. One nie zaliczają się do grupy społecznej nazwanej po raz pierwszy w Stanach w 2006 roku grupą „food insecurity“ ( niepewność żywieniowa). W siedem lat później (2013), zgodnie z badaniami statystycznymi, siedem mln Amerykanów miało regularnie problemy z zakupem wystarczającej ilości jedzenia dla rodziny. Dla nich „food insecurity” oznaczało po prostu głód. Podobno – nigdy tego nie widziałam, ale słyszałam od kilku osób – są miasta, między innymi Nowy Jork, które pod karą grzywny zabroniły dokarmiać biednych. Turyści nie lubią biednych. Fatalne wrażenie robi fakt, ze wśród biednych jest coraz więcej białych twarzy. To juz nie Afro-Amerykanie proszą o pomoc. Już nie Latynosi, gotowi na każdą fizyczną pracę za żywność. To są biali Amerykanie, którzy utracili pracę, biali wściekli do tego stopnia, że się załamują, siadają na ulicach takich jak 5th Avenue zakładają na piersi tablice z napisem „I need $60 to go home i czekają na zmiłowanie. To zmiłowanie w końcu przychodzi w postaci osoby prywatnej, która przeprowadza rozmowę z delikwentem, kupuje mu coś do zjedzenia i bilet na autobus lub pociąg do miejsca, w którym ktoś na nieszczęśnika czeka.

Choroba jest już wspomnianą, kolejną przyczyną biedy.

Ubezpieczenia były i są wysokie, leczenie jest drogie, zdarza się, że trzeba zrezygnować z rzeczy podstawowych i dla siebie i dla całej rodziny. Lekarstwa i ubezpieczenia na zakup lekarstw są tak drogie, że wielu ludzi na nie stać.

Znam takie osoby i narzekanie na bezduszność firm farmaceutycznych staje się amerykańskim hobby. Znam rodzinę, która musiała sprzedać dom, żeby ratować zdrowie matki. Wartą podkreślenia dobrą stroną jest amerykańska solidarność, gdy sąsiedzi, rodzina, organizacje dobroczynne i kościelne i specjalne programy szpitalne i medyczne przychodzą z pomocą. Nie jest to rzadkość, ale na zorganizowanie tej pomocy potrzeba bardzo dużo energii, a nie wszystkich na to stać.

Kolejną przyczyną biedy są długi. Banki, a zwłaszcza te największe (jest ich w USA sześć) są po prostu w Stanach znienawidzone. Zadłużanie zaczyna się w szkołach, a ostatnio nawet w przedszkolach. Amerykanie są skłonni przenieść się do stanu lub gminy lub dzielnicy, gdzie są dobre szkoły. Najlepiej, jeśli to będą szkoły państwowe, bo prywatne mają wysokie opłaty. Obok mojego domu mieści się dobra katolicka prywatna szkoła. Nasi sąsiedzi corocznie zaciągają pożyczki, aby opłacić czesne za swoje dzieci uczęszczające do tej szkoły. Na marginesie należy zaznaczyć, że szkoła katolicka przyjmuje dzieci wszystkich wyznań. Dzieci z rodzin katolickich mają po prostu więcej zajęć związanych z nauką katolicyzmu. Faktem jest także, że dzieci z tej szkoły nie maja żadnych trudności z dostaniem się na dobry college.

Collage są stanowe i często niedrogie, ale wiele z nich pozostawia wiele do życzenia, jeśli chodzi o poziom nauczania. Większość college jednak jest prywatna i bardzo kosztowna. Istnieje cały system stypendiów udzielanych dobrym studentom. Mogą też pracować w czasie nauki w college. Wiele szkół wywiesza specjalne tablice, gdzie znajdują się propozycje pracy, jest wiec w czym wybierać. Nawet dzieci z zamożnych domów często pracują równocześnie ucząc się. Większość młodzieży kończąc collage kończy też swoje kształcenie. Ci, którzy wybierają się na uniwersytety mają świadomość jak droga jest tam nauka (od 40 tysięcy do ponad 100 tysięcy USD rocznie, nie wspominając o najlepszych uniwersytetach krajowych w których naukę spłaca się nieraz przez cale życie). Dla rodziny, która rozumie jak bardzo ważne jest wykształcenie dziecka i pilnuje wyników jego ocen istnieje cały system nagród, stypendiów i zniżek. Z najlepszych studentów rekrutowani są później do najlepszych i najbardziej interesujących prac obiecujący młodzi pracownicy. Oni też mogą liczyć na wysokie pensje, na szybsze spłacenie długu za naukę i na lepsze życie.

Pożyczki na naukę potrafią się ciągnąć za młodymi ludźmi latami. Nie są to długi wysoko oprocentowane, ale dodane do wszystkich innych finansowych zobowiązań uświadamiają człowiekowi, że przestał być wolny, że jest osaczony przez nieustannie spłacanie czegoś, co w jego przekonaniu powinno go wyzwolić, ale niestety jest odwrotnie.

Gdy młody człowiek kończy szkołę i dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności lub ze względu na własne zdolności zaczyna pracę, potyka się o następną przyczynę biedy i długów, która nosi kuszącą nazwę “American dream”, czyli kupuje dom (i najczęściej się żeni). Dom jest kosztowną skarbonką, z czego niewiele osób zdaje sobie sprawę, bo poza spłacaniem podstawowego długu ciągnie ze sobą kolejne ubezpieczenia i opłaty. Osobiście nazywam to „Amerykańską pułapką”, a nie „Amerykańskim snem”.

Szczęśliwy sen zaczyna się wtedy, gdy dom jest spłacony, a to się zdarza często pod koniec życia.

Rok 2008 i zamierzone – moim zdaniem – przez wielkie banki załamanie gospodarcze doprowadziło dziesiątki tysięcy ludzi do bankructwa i nieszczęścia. Ich ofiarami byli ludzie, którzy najpierw tracili pracę, potem dom, a nierzadko także rodzinę i nawet życie. To oni, po wykorzystaniu wszelkich form finansowej pomocy zasilają “leśne osady”, bo już nie maja dokąd iść.

Kolejne lata nie przyniosą poprawy sytuacji. Trzeba by zrestrukturyzować całe amerykańskie społeczeństwo, nad czym pracuje kilku profesorów ekonomii. Prezydent Trump zapowiedział zmianę systemu podatkowego, który może pomóc w rozruszaniu gospodarki, ale ciągle jeszcze znamy za mało szczegółów tych zmian. Walka z decyzjami prezydenta na pewno nie pomaga w ogólnym poczuciu stabilności. Biorą w niej udział i demokraci i republikanie, a stawka istotnie jest ogromna.

Ludzie mieszkający w „leśnych osadach” nie mają telewizorów, może to i lepiej, bo z większości ekranów wylewa się ta sama treść. Czasem tylko “Fox”, jako duża stacja telewizyjna stara się przedstawić fakty w trochę innym świetle. Zdarza się, że ktoś posiada radio, więc aktualności do “lasu“ dochodzą, ale ich treść przedstawia widzenie właściciela radiostacji.

Kiedyś w West Virginii, zatrzymaliśmy się w motelu, niedaleko namiotowego miasteczka biedy. Ludzie przygotowywali sobie obiad, paliło się ognisko i pachniało fasolą i boczkiem. Ktoś grał na gitarze, ktoś śpiewał piosenkę. Kobieta robiła szalik na drutach, mała dziewczynka usiłowała ustawić dom z patyków, które się ciągle rozsypywały. Kobieta wstała, wzięła dziecko na ręce i powiedziała „teraz pójdziesz spać, a gdy się obudzisz będziesz miała taki dom, jakikolwiek sobie wyśnisz“. „Naprawdę Mamo?“ – spytało dziecko. „Naprawdę” – powiedziała matka i zniknęła z dzieckiem w głębi namiotu.

A więc odpowiadając znajomemu nadal twierdzę, że taka BYWA prawda. W kraju wszelkiego dobrobytu jeszcze się nie zauważa tych, których potrzeby powinno znać społeczeństwo. Media na pewno się tym problemem nie zajmą. W wielkich, bogatych miastach jedyną odpowiedzią na tę sytuację jest „to niemożliwe!. Ale gdzieś, pod skórą rośnie świadomość, że tak jak jest nie może być zawsze. Ludzie czekają na zmiany, najpierw powierzchowne, potem coraz głębsze. „Leśne osady” zaczną przybliżać się do miast i burzyć świadomość mieszczuchów.

Co przyjdzie potem ? Czas pokaże….

 

Artykuł ukazał się w numerze 10-11/2017 Polityki Polskiej

Udostępnij przez:

Średnia ocen
0 z 0 głosów.

Dodaj komentarz