Elity, autorytety i celebryci czyli bądźmy realistami i planujmy cuda

Przez wiele lat istnieje akademicki spór o to, czy mówiąc o elitach mamy do czynienia z jedną grupą ludzi, świadomą swych celów i interesów i kierującą życiem społecznym i politycznym (w ramach państwa lub organizacji skupiających kilka państw np. UE), czy też mówimy o różnorodności elit w jednym państwie będących wzorem dla reszty społeczeństwa i wpływających na kierunek rozwoju tegoż społeczeństwa, (na przykład elity bankowe lub biznesowe, elity akademickie i naukowe lub świata kultury, elity wojskowe, gospodarcze, polityczne itp.).

Należy na początku podkreślić, że w Polsce pojmowanie słowa “elity“ ewaluowało przez ostatnie pół wieku ogromnie, odchodząc zdecydowanie od rozumienia roli elit i ich znaczenia sprzed i w czasie II Wojny Światowej. Dzisiejsi Polacy mylą elity z celebrytami, celebrytów z autorytetami, autorytety z aktorami seriali telewizyjnych i politykami pokazującymi się często na ekranach telewizyjnych. Jak twierdzi moja znajoma nauczycielka ucząca w liceum w niewielkim polskim mieście, współczesna młodzież identyfikuje “elyty “z wypchanymi portfelami i dobrą“ furą”, czasem dodając do tego duży dom z obowiązkowym grillem i ogrodzeniem za którym czyha pies, najczęściej owczarek alzacki wyćwiczony w szczekaniu i straszeniu przechodniów. ”Elytą” wymawianą z równym poczuciem wzgardy i zazdrości są w oczach wielu młodych ludzi także politycy dowolnej partii, potrafiący używać niecenzuralnych słów i kłócący się publicznie, najlepiej na ekranie telewizyjnym o sprawy, których często nie mogą wyartykułować a wiec także nie potrafią ich zrozumieć.

Opis ten nie pozostawia żadnych złudzeń co do sposobu myślenia części naszych młodych pokoleń, co jest sprawą smutną i fatalnie rokującą, bo przecież te dzieci musiały taki obraz świata wynieść z domu, ze szkoły lub zapożyczyć go od swoich rówieśników. Źle to także świadczy o nas, o naszym pokoleniu, bo w kraju targanym przez ciągłe zmiany, emocje i wiele niesprawiedliwości, podstawy naszej polskiej solidarności, współpracy, poświęcenia, rycerskości, wspólnej męki i bohaterstwa były i są często przez nas zapominane. Zaczyna blaknąć pamięć o naszych sztandarach z napisem “ Bóg, Honor i Ojczyzna “, o tych świętych symbolach polskości, które powinny przywracać pamięć o naszej ojczyźnie. Jest ta pamięć najbardziej żywa i widoczna za granicą, gdzie w polskich społecznościach młodzież czyta książki napisane przez Sienkiewicza, Mickiewicza i Kraszewskiego i zachwyca się Trylogią, Lalką i Chłopami. Czytelnictwo pozwala przetrwać językowi polskiemu, z którego Polonusi czuja się dumni i chętnie tę umiejętność demonstrują w czasie swoich wizyt w Polsce.

Kilka dni temu zapytałam młodego człowieka który wyrastał na moich oczach w Warszawie i obecnie studiuje socjologię na Uniwersytecie Warszawskim, z czym kojarzą mu się słowa “Bóg i honor, no i ojczyzna”. Bardzo się śpieszył, ale jego odpowiedź brzmiała mniej , więcej tak:

“Bóg“? Przecież Boga nie ma. Jest wielofunkcyjny człowiek, który przejmuje rolę Boga. We wszystkowiedzących szkołach wyższych uczą nasze, ludzkie dzieci, że za kilka lat “ktoś” przejmie funkcje naszych mózgów i pokieruje naszymi umysłami. Kto to ma zrobić jeszcze nie wiadomo, ale wychodzi na to, że będą to maszyny a nie Bóg.

“Honor“? Honor stał się pojęciem związanym z etyką i moralnością. Jakimś nieodgadnionym sposobem to pojęcie odczłowieczono. A przecież niedawno oznaczały one istotne cechy człowieka takie jak prawość, lojalność, prawdomówność, wiarę w zasady moralne, w bezinteresowną pomoc, w słowo komuś dane i życzliwość dla innych.

“Ojczyzna” ?, to przecież nasz były premier, a teraz “król Europy“ powiedział, że “polskość to nienormalność“. Nikt nie chce być nienormalny, więc teraz jestem Europejczykiem, cokolwiek by to nie znaczyło”.

“Ale przecież jesteś Polakiem ?” spytałam zaskoczona, “No tak, jestem, ale jak nasz asystent twierdzi jesteśmy “Polako-europejczykami “. Takimi “unijnymi Polakami“ – rzucił mi na zakończenie.

Tak się złożyło, że kilkanaście dni temu uczestniczyłam w konferencji, na której kilku panów rozmawiając w czasie przerwy utyskiwało, że Polska nie ma elit. Jak dobrze wiemy nasze elity zostały wymordowane w czasie II Wojny Światowej i po wojnie. Obie strony i niemiecka i sowiecka dobrze o to zadbały. Zginęli nasi profesorowie i ich asystenci, lekarze i wojskowi, inżynierowie i policjanci, nauczyciele, pisarze i poeci, dentyści i weterynarze i każdy, kto mógłby przekazać swoje zawodowe doświadczenie młodszemu pokoleniu był unicestwiany. Mordercze żniwo, zanim zajęło się Żydami, dziesiątkowało naród polski. Części elit udało się wyjechać za granicę, część na nieludzką ziemię wywieziono. Ich dzieci nie wróciły do dziś.

“A potem przyszedł akt drugi, który przyjść musiał i który był Polakom niezbędnie potrzebny, bo nadał sens dalszemu istnieniu Polski. Polacy, jeśli chcieli pozostać Polakami musieli zdecydować się na ofiarę Powstania Warszawskiego. Mogli oczywiście zgodzić się na jakieś półludzkie półistnienie w granicach Wielkich Niemiec lub Wielkiej Rosji, ale wybrali inne wyjście” pisze o Powstaniu Jarosław Rymkiewicz. Ofiara naszych dwustu tysięcy mieszkańców Warszawy nie poszła na marne, mimo tylu wysiłków komunistycznych łajdaków, aby Powstanie wykpić, ośmieszyć, pomniejszyć. Tym razem fałszowanie polskiej historii się nie udało. Co roku pierwszego sierpnia pokolenie po pokoleniu przynosi kwiaty i znicze na miejsca walk, pod tablice upamiętniające zabitych i pomordowanych, pod pomniki męczeństwa. Cudzoziemcy w milczeniu opuszczają Muzeum Powstania Warszawskiego i dochodzą do siebie dopiero po kilku godzinach. Apokalipsa i masakra Powstania ścina z nóg, fakt, że zginęły w nim resztki Warszawskiej elity z wiarą w sercu, że są prowadzeni przez Boga Honor i Ojczyznę w jakimś heroicznym, koniecznym akcie, jest nie tylko fundamentalnym czynem Polaków. Jak twierdzi Jarosław Rymkiewicz w swoich “Rozmowach Polskich” Powstanie jest ”naszą Deklaracją Niepodległości“, „prawdziwym początkiem nowożytnej Polski”. „Dla państwowości nowoczesnej jedynym punktem oparcia jest i może być naród, jego historia, jego życie materialne i duchowe – innego fundamentu nie ma i być nie może” uważa słusznie J. Rymkiewicz.

Wróćmy do tematu elit. Skąd Polska ma wziąć elity wymordowane w czasie i po wojnie ? One się nie odradzają jak grzyby po deszczu. Potrzeba lat, trzech, czterech pokoleń wykształconych i obytych ludzi, żeby odtworzyć polską inteligencję. Trzeba do tego właściwych warunków, a nie ciągłego zagrożenia, trzeba zdrowych genów aby pokolenia wyrosły zdrowe, a nie społeczeństwa w którym przez lata brakowało wszystkiego, za to alkohol płynął strumieniami. Usiłowano nam wmawiać, że nasze powojenne “elity“ w ramach elegancji noszą słomę w butach, że powinny skończyć obowiązkowo cztery klasy szkoły podstawowej i że w każdej ankiecie państwowej mają obowiązek stawiać krzyżyk w rubryce “tak”. Jakoś się to nie przyjęło i z biegiem czasu okazało się, że zaczęły żerować na społeczeństwie “elity pasożytnicze”, dbające wyłącznie o swoją pozycję i dobro. Patrząc na nie trudno nie zauważyć ich powszechnej skłonności do odgradzania się od reszty społeczeństwa. Postawa wyższości i wiara w swoją ekskluzywność zaczęły się łączyć ze stylem życia i poglądami i z rosnącym przekonaniem o swoich wyjątkowych predyspozycjach do sprawowania władzy.

Nieważne staje się wykształcenie, bo współczesne elity dysponują takimi środkami, finansowymi, że mogą kupić dyplom najlepszych uczeni świata . Nie jest także ważne, że członkiem elity nie zostaje się z własnego nadania , a raczej przez zasługi dla społeczeństwa lub osiągnięcia w nauce. O przynależności do elit decydują dziś najczęściej media powtarzające pewne nazwiska do znudzenia, tak, że zapadają się one jak kamień w morze świadomości i tam lądują jako informacja, że pan/pani x należy do elit naszego kraju. Dlaczego należy? Tego nie wiemy i prawdę mówiąc większości z nas to nie interesuje. Zdjęcia takiej osoby ukazują się w kolorowych pisemkach opatrzone alarmującymi wiadomościami w rodzaju “Pani X schudła (lub utyła) o cztery kilo i nie ma w co się ubrać”, lub “Pan Y został pogryziony przez własnego psa, którego chce oddać. Zainteresowani proszeni są o telefon pod numer taki to a taki“.

Media, dziennikarze, lub raczej osoby piszące dla gazet i tabloidów i relacjonujące sondaże na zamówienie różnych instytucji, bardzo lubią temat elit i z upodobaniem posługują się statystyką, albowiem można ulepić z jej pomocą taki obraz społeczeństwa, jaki akurat politycznie się sprawdza. Przejrzałam tygodniki i miesięczniki i z ostatniego roku i właściwie nie ma takiego pisma w którym jakiegoś tematu o elitach by nie było, chociaż daje się zauważyć, że pisze się o tej grupie mniej entuzjastycznie. Przykładem może być artykuł napisany przez Mariusza Janickiego dla “Polityki“ w lipcu 2017 roku i wydrukowany pod wymownym tytułem “Elita znika“. Na czele sondażu Kantar Public, na którym artykuł pana Janickiego się opiera, znalazły się osoby najbogatsze (78% wskazań). A więc osoby najbogatsze uważane są przez Polaków za polska elitę! Na drugim miejscu (72% wskazań) znaleźli się celebryci i artyści, a na miejscu trzecim (71% wskazań) właściciele mediów, szefowie stacji telewizyjnych i gazet! Dużo niżej wylądowali naukowcy (62% wskazań) i jeszcze niżej nauczyciele (36% wskazań). Niewątpliwie interesujące pytanie sondażu brzmiało tak “Czy Pan/Pani uważa, że należy do jakiejkolwiek rozumianej elity ?” Twierdząco odpowiedziało tylko 2 % !!! Czy Polacy się nareszcie zorientowali, co oznacza słowo “elita” i jakie powinności poza ewentualnymi przywilejami niesie? A może przenieśli pojęcie elit na celebrytów, bo przez pewien czas rozumienie obu tych pojęć niemal się pokrywało. Otóż zgodnie z definicją sformułowaną przez Daniela Boorstina w 1961 roku, “celebryta to osoba która jest znana z tego, że jest znana”. Prostota tego stwierdzenia jest porażająca, ale ciągle nie mogę zrozumieć w jakim momencie dana osoba zaczyna być znana i zostaje celebrytą. W tej sytuacji spędziłam kilka cennych godzin, aby wyłuskać najbardziej celebryckich celebrytów. Niewiele mi z tego przyszło i postanowiłam spojrzeć, co na ten temat mówi Wikipedia.

Wikipedia określa celebrytę jako synonim gwiazdy, sławy, idola i AUTORYTETU !

A więc tu się koło zamyka! Jak rozumiemy autorytet? Jako społeczne uznanie, jako prestiż oparty na cenionych w społeczeństwie wartościach, jako osobę charyzmatyczną, o wysokiej inteligencji i wyobraźni, osobę wykształconą, zdolną, często mającą cechy przywódcze, autorytet inspiruje, stymuluje, budzi uczucie szacunku i sympatii. Pamiętam z czasów uniwersyteckich, że brak autorytetów w danej społeczności grozi anarchią. Mówił to nam mądry, kochany przez studentów profesor.

W kraju, w którym elity mylone są z celebrytami, a celebryci z autorytetami (i to najczęściej przez dziennikarzy) trzeba zrobić pojęciowy porządek. Inaczej trudno się będzie porozumieć, o co nam naprawdę chodzi, jakie wzorce mamy przekazać naszym najmłodszym, co ma wartość, a co wartości absolutnie nie posiada. Zapomnimy o elitach, bo one nie tylko znaczą coś innego niż przed laty, ale także są czymś innym. Zapomnijmy o celebrytach, bo zabierają nam czas, nie przynoszą nic, poza pięcioma minutami wątpliwej sławy dla człowieka, którego nigdy nie poznamy. Skupmy się na AUTORYTETACH, ludziach których nam bardzo potrzeba, ludziach mądrych, myślących i chcących zmieniać Polskę w twór naszych marzeń i snów. To jest możliwe, potrzebne i realne.

Stańmy się więc realistami i planujmy cuda. Bez małych cudów niewiele się udaje, ale jeśli nauczymy się widzieć szerzej, patrzeć głębiej i wierzyć mocniej każdy cud jest możliwy. Także Polska naszych snów.

Małgorzata Sożewska-Wirkus

foto: e-civitas.pl

Udostępnij przez:

Średnia ocen
0 z 0 głosów.

Dodaj komentarz