Ostatni Europejczycy – o książce dr Michaela Leya

„Ostatni Europejczycy. Nowa Europa” – niepozorna książeczka kieszonkowego formatu, która jeszcze nie doczekała się polskiego tłumaczenia, po swej niemieckiej premierze w lutym tego roku [2017 – red.], wzbudziła w RFN spory rezonans. Co typowe w przypadku tematów niewygodnych dla elit rządzących obecnie w Berlinie, najnowsza publikacja autorstwa austriackiego politologa i socjologa, dr Michaela Ley przykuła uwagę wyłącznie w kręgach prawicowo-konserwatywnych, przy kompletnym milczeniu ze strony niemieckich mediów głównego nurtu.

Nihil novi, można by rzec, bo scenariusz przyszłości naszego kontynentu, jaki kreśli na kartach swej książki dr Ley diametralnie odbiega od wizji najczęściej serwowanych obywatelom Unii Europejskiej przez jej liderów i intelektualnych i medialnych promotorów. Tymczasem austriacki naukowiec nie waha się użyć słowa armagedon (biblijna Har-Magedon [Armagedon, Armageddon, Armagieddon] – miejsce zapowiadanej w Apokalipsie św. Jana (Ap 16,16) ostatecznej bitwy między siłami dobra i zła, w której hordy szatana zetrą się z anielskimi hufcami pod wodzą Chrystusa w zażartej walce. W jej wyniku demoniczne siły i ich sprzymierzeńcy zostaną ostatecznie pokonani, a Boskie zwycięstwo rozpocznie okres tysiącletniego panowania Chrystusa, czyli millenium) dla opisania tego, co czeka Europę już w perspektywie najbliższych kilku lat. W jego ujęciu, do starcia dojdzie między wielokulturową „Eurabią”, obejmującą geograficznie kraje tzw. starej Unii, a grupą krajów Europy Środkowo-Wschodniej, które chcą pozostać wierne cywilizacji łacińskiej i chrześcijańskiej duchowości.

Zdaniem Leya, po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych, moment tego starcia może się znacznie przyspieszyć. Skąd ta ponura wizja przyszłości Europy w książce „Ostatni Europejczycy. Nowa Europa”?

Michael Ley jest przekonany, że nasz kontynent, prędzej czy później musi zapłacić wysoką ceną za lata bezmyślnej polityki otwartych dla islamu granic i dopuszczenia, zwłaszcza po fatalnej decyzji kanclerz Merkel z września 2015 roku, do – w większości niekontrolowanego – napływu ludności z islamskiego obszaru cywilizacyjnego. W tym kontekście, konflikty między krajami Europy Centralnej przywiązanymi do chrześcijaństwa, a krajami Zachodniej Europy zaczadzonymi ideologią wielokulturowości i bezmyślnie poddającym się islamizacji, są zdaniem autora, nieuniknione.

Podobnie pesymistyczne rozważania zawarł Ley już w swoich wcześniejszych książkach o zbliżonej tematyce takich jak „Nadchodzący bunt” i „Suicide of the West”. Tym razem zdecydował się dotychczasowe badania i refleksje przedstawić w formie bardzo syntetycznej, niespełna 100 stronicowej książeczki. Dla czytelników, którzy swoją wiedzę na temat bieżącej sytuacji w Europie i świecie czerpią zazwyczaj z filtrowanych polityczną poprawnością wiodących kanałów komunikacyjnych, lektura ta może wywołać szok, choć nadzieją autora jest, iż będzie to szok ozdrowieńczy.

W pierwszych rozdziałach dokonuje więc bezlitosnego rozrachunku z dotychczasową polityką europejską, zwłaszcza w obrębie UE, która, w przekonaniu socjologa dryfuje nieuchronnie w kierunku modelu znanego z historii ZSRR tworząc nową, neosocjalistyczną utopię superpaństwa. Równocześnie „wielokulturowość, różnorodność, gender, islamophilia [gloryfikacja islamu], czy wreszcie anty-kolonializm zniszczy Europę bardziej niż to się udało Adolfowi Hitlerowi” – prorokuje Ley. Na marginesie warto przypomnieć, że to nie kto inny, a właśnie Adolf Hitler snuł na początku lat 40-tych wizję nowej, potężnej Europy, zjednoczonej … pod niemieckim przywództwem.

Największym zagrożeniem dla oświeconej Europie jest dziś, zdaniem Michaela Leya, szybko postępująca islamizacja, którą opisuje on jako politycznie kontrolowany dżihad, czyli islamską kolonizację Europy. Proces ten jest dodatkowo napędzany przez autonienawiść, kult winy i niezdolność Europejczyków do racjonalnego radzenia sobie z własną przeszłością, skutkujący „neurotyczną fantazją samozniszczenia jako formy oczyszczenia, a nawet samozbawienia.” Kluczową rolę w napędzaniu tego procesu odgrywają, wg określenia Leya, postmodernistyczni ignoranci, którym teraz przypadła rola pożytecznych idiotów w „dziele” islamizacji Europy. Tymczasem – jego zdaniem – ta naiwna wiara w utopię wielokulturowości, opierająca się na przekonaniu, że wszystkie kultury są sobie równe, już niebawem zamieni się w „religijno-polityczny koszmar”. Racjonalne myślenie zanika i zostaje zastąpione „etosem ideologii etycznej” zauważa autor.

Ley w swoich rozważaniach jest wolny od politycznej poprawności i tak powszechnej w Europie Zachodniej kontroli myśli, stąd analiza bieżących wydarzeń społeczno-politycznych prowadzi go do oczywistego wniosku, że UE w swym obecnym, zwłaszcza ideowym kształcie znajduje się w fazie schyłkowej i jest to, także z perspektywy historycznej, proces już dziś raczej nieodwracalny. O samej Unii mówi zresztą z goryczą, jako w dużej mierze ideologicznym projekcie elit, prowadzonym ponad głowami społeczeństw, i już sam ten fakt stanowi grzech pierworodny trudny do zniwelowania.

Zaletą książki Leya jest nie tylko merytoryczna analiza przyczyn obecnego położenia społeczeństw europejskich, ale przede wszystkim zarysowanie przyszłego scenariusza. Ten zaś wydaje się szczególnie interesujący z naszej, polskiej perspektywy. Rozpad UE jest dla austriackiego naukowca bezdyskusyjny, w przeciwnym razie Europie grozi postępująca „libanizacja” tj. proces kolonizacji w formie programowej masowej imigracji biedoty muzułmańskiej, z czym zresztą już mamy do czynienia. Równocześnie islam i nowoczesność rozumiana na sposób europejski wzajemnie się wykluczają: „W tradycji islamu istnienie „nowoczesnego Lewiatana” (czyli państwa czerpiącego z judeo-chrześcijańskiej tradycji) jest po prostu niewyobrażalne”, zauważa Ley. Nota bene, niedawne badania wśród młodych muzułmanów prowadzone w Niemczech, pokazują, że dla większości z nich, choć urodzonych w RFN i żyjących w nowoczesnym społeczeństwie, prawo szariatu ma pierwszeństwo przed jakimkolwiek prawem stanowionym. Podobne wyniki publikował niedawno niemiecki dziennik „Rheinische Post” w odniesieniu do Francji, gdzie wg badań prowadzonych w 2016 roku nawet ponad połowa młodych muzułmanów opowiada się za wprowadzeniem prawodawstwa szariackiego. Dane te, francuskie ministerstwo oświaty uznało za na tyle alarmujące, iż wezwało do edukacyjnej ofensywy na rzecz wartości republiki, której fundamentem jest przecież laickość państwa i jego systemu prawnego [http://www.achgut.com/artikel/eine_mehrheit_der_muslime_will_die_scharia_auch_in_europa]. Autor „Ostatnich Europejczyków” uważa, że taka sytuacja to logiczna konsekwencja działań zaślepionych ideologią radosnego mutikulturalizmu europejskich polityków i opiniotwórców, którzy sądzili, że islamscy migranci podlegać będą takim samym procesom sekularyzacji, jakie od lat są udziałem społeczeństw Zachodu. Wystarczy mała tylko obróbka w procesie edukacyjnym i różnorodna socjotechnika, aby uczynić z nich kosmopolityczną masę posłusznych konsumentów, bez sprzeciwu poddających się regułom nowoczesnego państwu prawa. Nic bardziej mylącego, bo już dziś socjologowie niemieccy biją na alarm, że drugie, czy trzecie pokolenie Turków żyjących w RFN jest radykalniejsze w swoim podejściu do zasad islamu, niż ich ojcowie, czy dziadkowie.

Przykładów nie trzeba szukać daleko. Podczas niedawnego ramadanu, władze oświatowe berlińskiej dzielnicy Neukölln, zamieszkałej w większości przez muzułmanów alarmowały, że coraz liczniej uczniowie, także w szkołach podstawowych podejmowali ścisły post tj. nie pili i nie jedli od wschodu do zachodu słońca. Przy upałach, które w Berlinie dochodziły wówczas do 40 stopni kończyło się to często interwencją służb medycznych, bo ośmioletnie, czy dziewięcioletnie dzieci mdlały z odwodnienia. To nie przeszkodziło jednak urzędującemu prezydentowi Niemiec Frank-Walterowi Steinmeierowi (SPD), by w liście skierowanym do wyznawców islamu w RFN na zakończenie czasu postu wyrazić radość, że „ramadan stał się ważnym elementem naszego życia społecznego”. https://euroislam.pl/prezydent-niemiec-ramadan-jest-czescia-naszego-zycia/. Do tego wszystkiego dochodzi czynnik demograficzny tj. dzietność muzułmanów, która znacznie przewyższa dzietność rdzennych Europejczyków. Decyzja Angeli Merkel z września 2015 roku jeszcze bardziej zachwiała te, już obecnie negatywne, wskaźniki demograficzne w RFN, co unaoczniają liczby i statystyki przytaczane w książce: „Spośród 1,5 miliona imigrantów, migrantów, inwazorów około 70 do 80 procent to młodzi mężczyźni w wieku od 18 do 30 lat. W przypadku roku 2017 może być niestety podobnie. Jeśliby tylko w ciągu kolejnych 4 do 5 lat tendencja miałaby się utrzymać, to szybko dojdzie do wyrównania w grupie wiekowej do 18 do 30 lat, jeśli idzie o stosunek liczby muzułmanów do rdzennych mieszkańców. Wówczas Niemcy będą stracone, gdyż w rodzinach imigranckich rodzi się więcej dzieci. (…) Na każdego z już przyjętych imigrantów należy też uwzględnić od 4 do 8 członków rodziny, którzy będą mogli legalnie przyjechać do Europy w ramach łączenia rodzin. Przy bardzo ostrożnych szacunkach, z półtora miliona przyjętych tylko w 2015 roku robi się więc 7,5 milionów. To oznacza, że w roku 2020 populacja muzułmanów w Niemczech wyniesie 20 milionów, a w grupie wiekowej między 18 a 30 rokiem życia liczba rdzennych mieszkańców zrówna się z liczbą muzułmańskich równolatków. Wówczas islamizacja Niemiec stanie się faktem”.

Kwestia rozpadu Europy jaką znamy dziś, pozostaje więc – jak sugeruje Ley – już tylko kwestią czasu. Nowa linia podziału będzie przebiegać – w przekonaniu autora – podobnie jak niegdyś tzw. żelazna kurtyna, z tą różnicą, że teraz oddzielać będzie poddany islamowi Zachód od Środkowego Wschodu, trwającego przy modelu świeckiego państwa demokratycznego zakotwiczonego w tradycji łacińskiej. Nadzieją na powstanie tego modelu socjolog pokłada w państwach Grupy Wyszehradzkiej, która ma szanse stać się centrum nowej, nie poddającej się islamizacji, federacji. Do tej roli predestynuje ją silna identyfikacja narodowa, sprzeciw wobec migracji oraz polityki azylowej w wykonaniu unijnych przywódców. Kraje Grupy Wyszehradzkiej, które w przeciwieństwie do Zachodu mają za sobą tragiczne doświadczenie realizacji komunistycznej utopii wiedzą lepiej niż kto inny, ze demokracja możliwa jest tylko w warunkach suwerennego państwa narodowego. To przesądzi, że kraje Europy Środkowej będą miejscem krystalizowania nowego europejskiego projektu – podkreśla austriacki politolog.

Ley widzi w owym federalnym związku suwerennych państw i ich wspólnych instytucji w zakresie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa ekonomicznego alternatywę dla upadającej, scentralizowanej i przeregulowanej Unii. Inne regiony w Europie, w tym znaczną część Niemiec, czeka natomiast wg tego scenariusza spadek wzrostu gospodarczego, chaos, wojny domowe, wreszcie nowo pojawiające się twory parapaństwowe, a nawet całkowite zislamizowane kalifaty. Niedawna informacja o planach islamizacji katolickiej katedry w hiszpańskiej Kordobie zdaje się tylko potwierdzać spekulacje naukowca. Wg doniesień mediów, rządząca tym regionem Hiszpanii lewica planuje „ekumeniczny gest” i chce uczynić z tego symbolicznego miejsca (dla islamu do dziś żywe wspomnienie o utraconym kalifacie) „ośrodek spotkań i dialogu międzyreligijnego” [https://philosophia-perennis.com/2017/07/27/cordoba-erobern/]. „Z tego powodu uważam, że w przyszłości kraje Grupy Wyszehradzkiej (Słowacja, Polska, Czechy i Węgry), które prawie nie mają obywateli wyznających islam, połączą się w rodzaj federacji. Do nich dołączą prawdopodobnie kraje bałtyckie, być może także kilka landów niemieckich jak np. Saksonia, Brandenburgia czy Bawaria, wreszcie Austria i należąca do Włoch enklawa południowego Tyrolu. Tylko w ten sposób ma szansę przetrwać europejska cywilizacja, podczas gdy reszta kontynentu będzie w różnym stopniu podlegać islamizacji i nie będzie już w stanie się przed tym procesem bronić. Ratunek dla Europy to secesja krajów, które opierają się ekspansji islamu”.

Publicznej debaty nad tym problemem, dla części odbiorców zapewne szokującym scenariuszem, trudno się raczej spodziewać na Zachodzie Europy, stąd może warto ją zainicjować, także z osobistym udziałem autora, np. w Warszawie. To przecież tu kilka tygodni temu, głos zabrał przywódca czołowego mocarstwa uważanego za emanację wolnego świata stającego przeciwko tyranii autorytarnych i nieludzkich reżimów (dziś jest to polityczny islam), mówiąc o potrzebie nowej bitwy o fundamenty naszej cywilizacji : wiarę, rodzinę, honor i wolność.

Można oczywiście wizje dr Micheala Leya potraktować wyłącznie jako głos wołającego na puszczy europejskiego intelektualisty, zatroskanego o przyszłość kontynentu. Byłoby jednak lepiej, by jego publikacja stała się w krajach Europy Środkowej i Wschodniej impulsem do rozpoznania historycznego momentu i zachętą do stania się awangardą europejskiego odrodzenia. Analiza austriackiego badacza dowodzi, że rozwój sytuacji na kontynencie stawia przed przywódcami naszego regionu, w tym Polski, o wiele poważniejsze wyzwania, niż tylko troska o rozwój gospodarczy, czy uszczelnienie systemu podatkowego. Dziś musi dojść także do sformułowania czytelnej ideowo (tj. antyislamskiej) propozycji dla wyjałowionego duchowo i wypalonego intelektualnie Zachodu. Inaczej, z obecnej, postmarksistowskiej ideowej aberracji będzie on systematycznie dryfował w kierunku całkowitego poddania się islamowi.

Agnieszka Wolska

Źródła:

Michael Ley: „Die letzten Europäer. Das neue Europa“, HINTERGRUND Verlag, 2017

Michael Ley: Prezentacja ksiazki https://www.youtube.com/watch?v=kdk76GBSC7s

https://nixgut.wordpress.com/2017/03/27/michael-mannheimer-ber-das-neue-buch-von-dr-michael-ley-die-letzten-europer/



Artykuł ukazał się w numerze 6-7/2017 miesięcznika Polityka Polska

Udostępnij przez:

Średnia ocen
0 z 0 głosów.

Dodaj komentarz