Wojna o pieniądz 4. Tunel prawdy. Przechodząc przez bańkę [odcinek 2]

Książka w języku polskim została wydana w 2018 roku przez Wydawnictwo Wektory, natomiast Song Hongbing ukończył ją w 2013 roku.

Ta książka nie pozostawia złudzeń – wielki kryzys i załamanie opartej na dolarze światowej gospodarki, są nieuniknione. Współczesna aktywność gospodarcza nie jest wynikiem racjonalnych przesłanek, lecz niskich pragnień i instynktów, takich jak: chciwość, zawiść, pożądanie.

Wybrane fragmenty rozdziału II poniżej:



Tunel prawdy. Przechodząc przez bańkę

Jako jedną z przyczyn gwałtownego spadku cen złota z 12 kwietnia media z Wall Street, z wielką przyjemnością, przedstawiały nadmierną prosperity na amerykańskiej giełdzie. Wraz z potężnym wzrostem zysków, indeks giełdy raz za razem osiągał nowe szczyty. Oznaczało to, iż perspektywy wyjścia z recesji amerykańskiej gospodarki prezentowały się w jasnych barwach, a trend wzrostowy dla kursu amerykańskiego dolara wydawał się nie do zatrzymania. Celem posiadania złota jest nic innego jak zabezpieczenie się – hedge – przed ryzykiem wynikającym z recesji amerykańskiej gospodarki oraz dewaluacji dolara. Gdy wyniki giełdy prezentowały się tak optymistycznie i atrakcyjnie, cena złota w nieunikniony sposób musiała spaść.

W rzeczywistości optymistyczne prognozy dla wyjścia z recesji gospodarki USA nie były niczym nowym. Media z Wall Street przewidywały silne odbicie gospodarcze w drugiej połowie 2009 roku. Ostatecznie zabrakło energii i wyjście z recesji nie nastąpiło. W kolejnym roku zmieniono narrację, twierdząc, iż to rok 2010 musi przynieść duży wzrost gospodarczy. Wzrost okazał się słaby i pozbawiony energii. Kolejno w latach 2011, 2012, 2013 optymistyczne prognozy nie materializowały się, zawodząc nadzieje i oczekiwania. W ciągu pięciu lat, wprowadzono w życie, wartą trzy bilony dolarów, luźną politykę monetarną oraz doprowadzono do pięciomilionowego deficytu budżetowego, co, licząc od momentu ustanowienia amerykańskiej państwowości, było bezprecedensowym, szaleńczym drukowaniem i wydawaniem pieniędzy. Akcja ta niespodziewanie zaowocowała znajdującą się w stanie zawieszenia, półżywą gospodarką, z wysoką, niespadającą stopą bezrobocia. Tak beznadziejne wyniki polityki walutowej i budżetowej mogą zostać uznane za wyjątkowe w historii świata. Przez pięć lat, do roku 2013, amerykańska gospodarka z nałożonym „respiratorem” z trudnością łapała oddech, nie będąc w stanie samodzielnie funkcjonować.

Cóż tak naprawdę jest rzeczywistością, a co mirażem w przestrzeni pomiędzy słabym, pozbawionym energii wzrostem gospodarczym a bijącą coraz to nowe rekordy wzrostów giełdą?

 (…)

Odległość dzieląca dwa wielkie centra finansowe, Nowy Jork i Chicago, wynosi około 700 mil, transfer danych przewodami zajmuje tylko siedem setnych sekundy, mimo to dla brokerów transakcji o wysokiej częstotliwości owe siedem setnych sekundy stanowi zbyt długi czas. Jedna z firm prowadzących biznes transakcji o wysokiej częstotliwości nie zawahała się wydać 300 milionów dolarów na budowę tunelu dla kabla przecinającego Appalachy. Ów kabel jest krótszy, a czas transferu danych można było zredukować do sześciu setnych sekundy. W świecie transakcji o wysokiej częstotliwości jedna setna sekundy warta jest więcej niż 300 milionów dolarów.

W przeszłości amerykańskie giełdy były organizacjami nieprzynoszącymi zysków. Dbając o fair play, strzegły przejrzystości, otwartości i reguł sprawiedliwych dla wszystkich. Jednak od czasu reformy, która przekształciła je w organizacje biznesowe, zarabianie pieniędzy stało się flagowym obowiązkiem wszystkich giełd, a zasady równości, przejrzystości i sprawiedliwości przemieniły się w metodę poszukiwania pieniędzy za wynajem. Tej firmie jest łatwiej stosować strategię „łap i biegnij”, której serwer położony jest bliżej bazy danych giełdy. Nieoczekiwanie giełdy zamieniły swoje własne magazyny, w których przechowywane są dane, w maszynkę do robienia pieniędzy, pozwalając firmom prowadzącym  transakcje o wysokiej częstotliwości na umieszczanie swoich serwerów w bezpośredniej bliskości własnych baz danych. W odpowiedzi firmy prowadzące transakcje o wysokiej częstotliwości przekazują giełdom gigantyczne ilości zamówień. Od momentu swoich narodzin firmy prowadzące transakcje o wysokiej częstotliwości okupują od 30 do 50 procent wszystkich obrotów giełdowych, nie ma więc takiej giełdy, która mogłaby pozwolić sobie na zaniedbanie, posiadając w swych rękach tak dużo zamówień i klientów. W celu lepszego usatysfakcjonowania klientów giełdy dostarczają jeszcze szerszych pasm, tak by mogli oni, poprzez jeszcze szybszy mechanizm transmisji danych, budować swoją rynkową przewagę. Niektóre chciwe platformy transakcyjne, wychodząc naprzeciw wymaganiom firm prowadzących transakcje o wysokiej częstotliwości, instalują złośliwe oprogramowanie w systemie pośredniczącym, umożliwiające trojanom niszczenie zwykłych graczy giełdowych. Dzięki zajęciu najlepszego miejsca w pobliżu baz danych giełd przez serwery firm  prowadzących transakcje o wysokiej częstotliwości zdobywają one realną pozycję na samej górze łańcucha przepływu danych transakcyjnych. W ten sposób mogą nie tylko „chwytać i biec”, lecz również „chwytać etycznie”.

W latach dziewięćdziesiątych XX wieku, podczas szczytu bańki IT, szybkość, z jaką giełdy obsługiwały transakcje, wynosiła 1000 ofert sprzedaży na sekundę, natomiast w roku 2013 jej szybkość osiągnęła zawrotną liczbę dwóch milionów ofert sprzedaży na sekundę, a firmy prowadzące transakcje o wysokiej częstotliwości zajęły od 90 do 95 procent wszystkich ofert sprzedaży na rynku.

Głównym celem wytwarzania „hałasu” gigantycznej liczby ofert sprzedaży nie jest zawarcie umowy i obrót, lecz zwolnienie szybkości obsługi danych przez giełdy, zajęcie kanału przepływu informacji, z którego korzystają zwykli gracze giełdowi i opóźnienie rzeczywistego czasu otrzymania informacji o zawarciu umowy przez rynek. Jest to ekwiwalent komunikacyjnego „ataku zatykającego”.

Bez względu na wykorzystywaną metodę „chwytaj i biegnij”, transakcje o wysokiej częstotliwości wytworzyły sytuację rażącej niesprawiedliwości. Przypominają czarne sępy, krążące nad rynkiem, które w dowolnym momencie polują na pozbawione możliwości obrony ofiary. W sytuacji stabilności na rynku, eksploatują wszystkich, zwykłych graczy giełdowych, efekt tego przypomina pobieranie podatków; gdy natomiast rynek wymaga płynności, szybko znikają, doprowadzając do bardzo poważnych wstrząsów. Transakcje o wysokiej częstotliwości są tylko jednym z elementów rynku, mimo to są tym malutkim elementem, który umożliwia wgląd w całość.

Gdy chciwość stanowi etyczną podstawę działania w nieunikniony sposób rynek ulega deformacji, zasady fair play są łamane; w sytuacji stymulacji przez politykę taniego pieniądza chciwe pragnienia gwałtownie rosną w siłę, nie tylko deformując całą gospodarkę, lecz także prowadząc do powstawania jeszcze większych niesprawiedliwości w zdobywaniu majątku.

(…)

19 czerwca 2013 roku, przewodniczący Rezerwy Federalnej Paul Bernanke powiedział: „Jeśli trend korzystnej zmiany w gospodarce będzie kontynuowany, to umiarkowana redukcja skali wykupu obligacji w drugiej połowie roku będzie właściwa”. Co oznacza „dobry obrót spraw w gospodarce”? Bernanke po raz pierwszy podał czytelną definicję: spadek wskaźnika bezrobocia do siedmiu procent. Wówczas rozpoczęte zostanie stopniowe, trwające pięć lat porzucanie luźnej polityki monetarnej (QE).

Prawdopodobnie Bernanke był przekonany o wyjściu gospodarki z recesji. Możliwe też, iż zdawał sobie sprawę, że kontynuacja QE wiązała się w wielkim ryzykiem. Pragnął, przed ustąpieniem ze stanowiska na początku 2014 roku, udowodnić całemu światu, że jego polityka drukowania pieniędzy zakończyła się sukcesem i nawet w przypadku zakończenia polityki QE, amerykańska gospodarka będzie zdolna normalnie się rozwijać. Chciał zapisać się w historii jako bohater, który swoją polityką monetarną uratował świat. Wbrew przewidywaniom Bernankego, zapowiedź wycofania się z polityki QE wywołała panikę na rynkach finansowych. Gdy tylko wypowiedział swoje słowa, globalny rynek finansowy błyskawicznie wpadł w panikę, a rynkowa cena złota spadła o 5,4 procent. Nie można było się temu dziwić, albowiem redukcja QE potwierdzała jego racje. Amerykańska gospodarka zaczynała już wychodzić z recesji, tak więc funkcja złota jako unikania ryzyka przemieniła się w nadwyżkę, po cóż więc miano by kontynuować utrzymywanie złota w portfelach? Mimo to na przekonanej o rozpoczynającym się wzroście gospodarczym giełdzie doszło do potężnych spadków. Amerykański indeks S&P500 spadł o 2,5 procent i było to największy dzienny spadek od 20 miesięcy. Europejskim i japońskim rynkom też nie udawało się uciec przed katastrofą. Nawet chińskiej giełdzie nie dopisał szczęśliwy traf, a inne rynki wschodząc również zaliczyły bolesny upadek. Dziwne? Czyż wycofanie się z polityki QE nie było dowodem, że gospodarka już wyszła z recesji? Zaufanie rynku było wystarczające, dlaczego więc miały miejsce potężne spadki?

Drużyna medialnych cheerliderek z Wall Street przedstawiła swoje wyjaśnienie: przedwczesne wycofanie się z polityki QE najprawdopodobniej doprowadziło do zatrzymania wzrostu gospodarczego i w ten sposób osłabiło zaufanie rynku. Ale przecież polityka QE była kontynuowana przez pięć lat, jak więc można było twierdzić, iż wycofanie się z niej w roku 2013 jest przedwczesne?

Podczas kryzysu finansowego w 2008 roku amerykańska gospodarka przypominała ciężko chorego pacjenta. Wraz ze zorganizowanym działaniami ratunkowymi Rezerwy Federalnej Kongres w pilnym trybie zmobilizował swoich członków, a Departament Skarbu rozpoczął terapię leczniczą. Podatników zmuszono do oddania krwi, stopy procentowe zredukowano stosując je niczym morfinę, rozpoczęto zwiększanie deficytu budżetowego, walutę wykorzystywano niczym prąd w defibrylatorze, użyto wszystkich metod leczenia, by ostatecznie podtrzymać funkcje oddechowe chorego pacjenta z Wall Street. Po założeniu „maski tlenowej” QE magnaci finansowi z Wall Street mogli wreszcie pozwolić sobie na relaks. Giełda odbiła się praktycznie od samego dna, a finansiści zgarnęli zyski.

(…)

Począwszy od lat dziewięćdziesiątych XX wieku amerykańskiej branży IT powstała moda na zachęcanie pracowników do wydajniejszej pracy poprzez oferowanie im pakietów akcji. IT należało do nowych, szybko rozwijających się branż i każdy dolar firmy zainwestowany w działalność handlową mógł przynieść jeszcze większe zyski, stąd też ze wszystkich sił starano się redukować gotówkowy koszt pracy, a poprzez prognozę przyszłych wpływów przyciągać i skłaniać do pozostania w firmach wybitne talenty. Oferta pakietu akcji była w takim przypadku najbardziej atrakcyjną metodą. Istotą oferty pakietu akcji jest prawo do uczestnictwa w zyskach, które gwarantuje, iż dany pracownik w określonym czasie w przyszłości ma otrzymać określoną liczbę udziałów firmy po z góry zapisanej w kontrakcie cenie. W przypadku, gdy cena akcji jest wyższa od ceny zapisanej w kontrakcie, pracownik ma prawo do bezpośredniej wypłaty istniejącej różnicy w gotówce, może również wykupić akcje firmy na długi czas po cenie w nim zapisanej. Jeśli cena akcji jest niższa od ceny zapisanej w kontrakcie, pracownik może wybrać porzucenie tej opcji. Opcja akcyjna, wykorzystując teraźniejszą cenę udziałów jako punkt równowagi, a przyszłą ich cenę jako mechanizm dźwigni, stymuluje potencjał wytwórczy pracowników mocno wiążąc interesy firmy z ich osobistymi. Zarówno menadżerowie, jak i pozostali kluczowi pracownicy mogą skorzystać z oferty udziałów.

Dla dyrektorów generalnych i menadżerów wielkich firm z S&P 500 wynagrodzenie to jedynie drobne pieniądze, a oferta udziałów stanowi najważniejszy element dochodu. Rady nadzorcze rozumieją, iż wydatek setek milionów dolarów na zatrudnienie menadżerów jest nadzwyczaj nieopłacalny w sytuacji, gdy można zaoferować im udziały stanowiące ekwiwalent wartości. Gdy menadżerowie dobrze wykonują swoją pracę, cena akcji idzie w górę, a najważniejsze wynagrodzenie za pracę pochodzi właśnie z giełdy. Nie ma potrzeby, by firma pozbywała się gotówki. Tak więc opcja wykupu akcji stała się w rękach rad nadzorczych marchewką dla menadżerów. Chcąc ją otrzymać, należało podbijać cenę akcji. Gdy co kwartał firma publikuje raport z wyników finansowych Wall Street, a menadżerowie firm rozpoczynają grę rywalizacji i zgadywania wyników, to właśnie zyski na akcji są klasycznym elementem tej rozgrywki. Od września 2011 roku dyrektorom i menadżerom firm ciężko było dokonać przełomu w odkrywaniu potencjału wewnątrz firm, a ekspansja sprzedaży była ograniczona przez brak motywacji w globalnej ekonomii przynosiła nikłe efekty. Czas hossy zbliżał się ku końcowi i było coraz bardziej jasne, że nie uda się osiągnąć planowanych rezultatów. Wówczas zrozumiano, że najlepszą krótkoterminową metodą na podniesienie stopy zysków od akcji jest odkup własnych udziałów. Tak czy inaczej są to pieniądze firmy, nie ma więc potrzeby sięgania do własnych  oszczędności. Wykupywanie własnych udziałów prowadzi do zmniejszenia liczby akcji w obiegu. Wielki kapitał wykorzystany na odkup w połączeniu ze zmniejszeniem liczby akcji w obiegu musi prowadzić do wzrostu ich ceny. To pierwszy z motorów szybkiego wzrostu cen akcji. Za każdym razem, gdy firma ogłaszała odkup własnych akcji, cheerleaderki z mediów tłumaczyły, iż spowodowane jest to przekonaniem firm o niskiej cenie własnych akcji i pragnieniu ich odzyskania. Przekonywano, że jest to dowód na to, iż w przyszłości akcje tych firm będą musiały pójść w górę, a tak czy inaczej to właśnie kierownictwo firm najlepiej rozumie sytuację własnej firmy i jej działalność. Czyż nie jest logiczne, że za ufnymi menadżerami powinni podążyć inwestorzy? Oto drugi z motorów szybkiego wzrostu cen akcji poprzez ich odkup.

Po dokonaniu odkupu udziałów, w wyniku zmniejszenia ich ilości dostępnej w obiegu, w sytuacji gdy zyski firmy nie ulegają zmianie, następuje podniesienie poziomu zysków na akcji. Innymi słowy, istnieje możliwości wytworzenia zysków na akcjach. Kiedy Wall Street dostrzega potężny wzrost zysku na akcji, wówczas prognozy się spełniają, a popularne stają się pozytywne komentarze. Jeszcze więcej inwestorów zwabionych przez nadzwyczajną atrakcyjności akcji, których cena szybuje w górę, decyduje się na zakup, uruchamiając trzeci z motorów wzrostu cen akcji.

Jeśli jednak odjąć od tego obrazu czynnik odkupu akcji i pozwolić prawdzie wypłynąć na powierzchnię, ludzie bardzo szybko dostrzegą, iż od września 2011 roku zyski z akcji firm z S&P 500 w istocie znajdują się w stagnacji, a wzrosty na giełdzie nie są efektem rzeczywistego podniesienia profitów przedsiębiorstw, ale produktem „księgowej rewolucji technologicznej”.

(…)

W kwietniu 2013 roku korporacja Apple, która nagromadziła 144 miliardy dolarów, ogłosiła plan wartego 60 miliardów dolarów, największego odkupu akcji w historii. Równocześnie Apple ogłosiła plany pobrania pożyczki na sumę 17 miliardów dolarów celem zakończenia całości odkupu akcji. Wydawało się to bardzo dziwne, bo skoro Apple posiada tak dużo gotówki, że nie wie, na co ją wydawać, po co potrzebna mu jest pożyczka na przeprowadzenie odkupu akcji? Okazało się, iż 70 procent gotówki Apple – 102,3 miliarda dolarów znajdowało się zagranicą, a w USA było tylko 42,4 miliarda, które nie wystarczało do wykonania planów odkupu akcji w całości. Dlaczego więc Apple nie dokonało transferu gotówki z zagranicy? Otóż w USA funkcjonuje 35-procentowy dochodowy podatek federalny, którym obłożona zostałaby powracająca do kraju gotówka. Zgoda Apple na dobrowolne zapłacenie 35 miliardów tytułem podatku rządowi federalnemu oznaczałaby, iż kierownictwo firmy straciło zdrowy rozsądek. Ktoś zasugerował, iż gdyby tylko USA wprowadziły „wakacje podatkowe dla kapitału powracającego z zagranicy” celem przyciągnięcia dochodów amerykańskich korporacji, to ożywienie gospodarcze było by szybkie. Myślenie to było jednak zbyt naiwne. W roku 2004 USA w istocie przeprowadziły tego typu wakacje podatkowe, przyciągając 312 miliardów dolarów powracających kapitałów. Mimo to badania nad tym problemem pokazały, iż owe pieniądze nie zostały wykorzystane w celu tworzenia miejsc pracy, ale posłużyły głównie do odkupu akcji na giełdzie oraz wypłacania dywidend.

(…)

Dlaczego posiadające ogromne ilości gotówki spółki wciąż zaciągają gigantyczne pożyczki? Czemu gotówki uzyskanej z pożyczek nie przeznaczają na wzrost zatrudnienia, wzrost wydatków kapitałowych, wzmocnienie konkurencyjności? Otóż czynią tak, ponieważ pieniądze zawsze podążają za zyskiem, a dokładnie, ludzie stojący za pieniędzmi zawsze podążają za zyskiem. Menadżerowie firm z S&P 500 pożyczają coraz więcej pieniędzy, czerpiąc przyjemność ze wspaniałomyślnego wypłacania dywidend, w optymistycznym nastroju, nie okazując cienia zmęczenia, prowadzą odkup. Cel mają tylko jeden: radość udziałowców, zadowolenie rady nadzorczej i ostatecznie zamiana stock option na gotówkę, którą można wypchać sobie kieszenie. Natomiast jeśli chodzi o przyszły rozwój firmy czy też zwrot długu – są to problemy, którymi martwić się będzie następny zarząd.

(…)

W czasach przemysłowych do podstawowych aktywów zaliczały się fabryki i linie produkcyjne. Konstrukcja nowych pomieszczeń fabrycznych, sterowanie maszynami, dbałość o sprzęt, udoskonalanie procesu produkcji, tworzenie i ulepszanie technologii służyły maksymalizacji zysków, dokonywanej poprzez zwiększanie mocy produkcyjnych i ekspansję sprzedaży.

W czasach gospodarki opartej o wiedzę podstawowymi aktywami są patenty, prawo do znaków handlowych, publikacji, nowych idei i wynalazków. Prawo do aktywów wiedzy i czas jego życia z jednej strony podlega prawnej ochronie, z drugiej zaś potężnej erozji wynikającej z działalności piratów, co powoduje skrócenie efektywnego czasu życia. Inwestycje w podstawowe aktywa wiedzy wymagają dużych pieniędzy, obarczone są też wyższym ryzykiem, ostatecznie jednak zyski są tego warte. Dla przykładu, koszt nakręcenia, promocji i dystrybucji filmu jest ogromny. W przypadku sukcesu zyski są niebotyczne, w przypadku porażki nie pozostaje nic. Nowy lek, od chwili wynalezienia, poprzez testy, uzyskanie licencji do faktycznej produkcji, za każdym razem pochłania co najmniej 10 lat zabiegów i ogromne nakłady kapitałowe. W przypadku sukcesu staje się doskonałą kurą znoszącą złote jaja, przemieniając się na kilkanaście lat w aktyw o wysokiej jakości, podtrzymujący istnienie całej grupy farmaceutycznej.

Bez względu na epokę czy branżę, wydatki o charakterze kapitałowym decydują  o długości życia aktywów i wielkości uzyskiwanych z nich zysków. Kapitał podlega zasadzie podążania za zyskiem: podąża tam gdzie jest wyższa jego stopa. Spoglądając z punktu widzenia historii, rewolucja techniczna zawsze prowadzi do zwiększania postępu w produktywności, a postęp w produktywności oznacza podniesie stopy zysku. W sytuacji atrakcyjności wynikłej z wysokiej stopy zysku, kapitał automatycznie napływa do obszaru produkcji, stymulując  innowacje i produkcję o kolejny krok. W ten sposób bogactwo w społeczeństwie rośnie jeszcze bardziej.. W tym czasie motor rozwoju gospodarczego jest silny, ludzie znajdują pracę, finanse państwa odnotowują nadwyżki, sytuacja polityczna jest stabilna i przejrzysta, pieniądz jest mocny, a inflacja nie istnieje.

Natomiast w stanie „suszy” dla innowacji technicznych postęp produktywności ulega zatrzymaniu, wysoka stopa zysku z trudem jest utrzymywana, nieuniknione jest pogorszenie stopy zwrotów od wydatków o charakterze kapitałowym. W tym samym czasie kapitał zmienia kierunek w stronę fuzji aktywów, by poprzez ponowne rozdzielenie społecznego bogactwa osiągnąć wyższe zyski.

(…)

Tak zwane śmieciowe papiery wartościowe oznaczają dosłownie śmieci pośród papierów wartościowych. Ich natura w zasadzie niczym nie różni się od natury papierów subprime, a więc kredytów wysokiego ryzyka, udzielanych ludziom bez odpowiednich dochodów. Kredyty subprime związane są z pożyczkami hipotecznymi udzielanymi trzem grupom tak zwanych nieposiadających: bezrobotnym, ludziom bez dochodu oraz ludziom bez własności. W sytuacji gdy nastąpił spadek cen nieruchomości kredyty te musiały doprowadzić to wielkiej fali niewypłacalności. W czasie gdy amerykański rynek nieruchomości przeżywał boom, banki w pocie czoła udzielały pożyczek subprime, produkując aktywa wysokiego ryzyka. Banki inwestycyjne odważnie przepakowywały ja w papiery wartościowe MBS i CDO, w ten sposób ukrywając ich prawdziwą naturę. Oceniające jakość obciążeń firmy ratingowe patrzyły na to jednym okiem, dowolnie nadając przysługującą najlepszym produktom ocenę AAA, co ostatecznie doprowadziło do globalnej katastrofy.

Korporacje emitujące obligacje śmieciowe naturalnie same są korporacjami śmieciowymi i można je analogicznie określić jako przedsiębiorstwa nieposiadające trzech podstawowych rzeczy: przebojowego produktu, stałych klientów i stabilnego przypływu gotówki. W czasie gospodarczej prosperity konsumenci wydają gigantyczne sumy pieniędzy i nie interesuje ich zbytnio marka produktu czy porównywanie cen, tak więc produkty firm śmieciowych też mają swój udział w rynku. Kiedy jednak gospodarka wchodzi w stan recesji, konsumenci zaciskają pasa, stając się nadzwyczaj czuli na różnicę między cenami, a w przypadku identycznej ceny produktu zwracają szczególną uwagę na jakość. Korporacje śmieciowe zazwyczaj pozbawione są technologii, konkurencyjność ich produktów jest słaba, a poziom zarządzania niewystarczający. Ponadto cena produktu jest wysoka przy jego niskiej jakości, wskutek czego na poddanym ostrej konkurencji rynku te produkty bardzo często ulegają eliminacji, napływ gotówki jest wysoce niepewny, a w przypadku nadmiernych obciążeń stopa ich niewypłacalności szybko rośnie.

W stworzonym przez Rezerwę Federalną środowisku skrajnie niskich stóp procentowych korporacje śmieciowe mają się doskonale, a obligacje śmieciowe odnotowują stały wzrost. W roku 2009 emisja obligacji śmieciowych w USA od momentu kryzysu ostatecznie przeskoczyła próg 100 miliardów dolarów; w roku 2010 po raz pierwszy pobiła rekord 200 miliardów dolarów; w roku 2012 „śmieciowa legenda” była kontynuowana i przekroczono szczyt 250 miliardów dolarów . Rok 2013 rozpoczął się od wzrostów i aż do maja ogółem dokonano emisji 150 miliardów dolarów, a więc więcej niż w 2012. Ogólna wartość obligacji śmieciowych rozdęła się do 1,1 biliona dolarów, stanowiąc około 12 procent całego wartego 9,2 biliona dolarów rynku obligacji firm.

Cała ta historia jest zatrważająca, jednak rynek zdaje się o wszystkim zapominać. W roku 2006, przed wybuchem kryzysu finansowego rynek amerykańskich MBS wart był około 10 bilionów dolarów, a znajdujące się pośród nich MBS „subprime” warte były 1,5 biliona dolarów, stanowiąc 15 procent. Sytuacja obligacji śmieciowych w 2013 roku coraz bardziej przypomina sytuację papierów MBS na rynku „subprime” w roku 2006.

W latach 2009-2013, cena śmieciowych obligacji rosła przeciętnie o 21 procent rocznie, stopa zysku z 20 procent spadła do bezprecedensowych pięciu procent. 8 maja 2013 roku, stopa zysku od obligacji śmieciowych po raz pierwszy w historii prowadzenia zapisów spadła poniżej pięciu procent, nowy historyczny rekord wyniósł 4,97 procent. Odpowiadało to poziomowi amerykańskich obligacji skarbowych z lipca 2007 roku.

(…)

Jeśli przyjrzeć się stopniowi niewypłacalności od obligacji śmieciowych w cyklu dziesięcioletnim to trend historyczny jest oczywisty. Obligacje śmieciowe o rankingu BB miały 19-procentową stopę niewypłacalności, o rankingu B ponad trzydziestoprocentową, a o rankingu CCC/C blisko 60-procentową. Jest jasne, że nie wolno utrzymywać w portfelu obligacji śmieciowych przez dłuższy czas. Tak więc inwestorzy nastawieni są wyłącznie na krótkoterminową spekulację – chodzi o to, żeby zarobić pieniądze i uciekać. Wszystko to jest wiedzą powszechnie dostępną, tak więc gdy tylko ruch stopy odsetek zmienia kierunek, dochodzi do potężnego spadku ceny obligacji śmieciowych.

Gdy choroby i epidemie rozprzestrzeniają się, bardzo często pierwsze zachorowania występują u osób starszych i dzieci. Kiedy wybucha kryzys finansowy, zawsze rozpoczyna się on przerwania najsłabszego ogniwa w łańcuchu zadłużenia, a znakiem wieszczącym nadejście krachu zawsze jest zmiana trendu ruchu stopy zysków.

(…)

 



Jednym z popularnych motywów amerykańskich filmów jest motyw zombie, żywego trupa. W wyniku zainfekowania pewnym wirusem ludzie zamieniają się w zombie, a więc chodzące trupy. Normalny człowiek po ugryzieniu przez zombie również zamienia się w jednego z nich, w następstwie czego coraz większa liczba chodzących trupów rzuca się do gryzienia wszystkich, których napotyka, aż do momentu gdy całe miasta czy wręcz kraje wypełniają się masą zombie. Dokładnie tak wygląda sytuacja, która ma obecnie miejsce na rynku papierów wartościowych.

Akcja wykupu obligacji przez Rezerwę Federalną w rzeczywistości jest rozprzestrzenianiem szalonego „wirusa”, a wraz z następującym spadkiem liczby papierów wartościowych o wysokiej jakości menadżerowie funduszy przemienili się w „zombie”, które rzucają się, aby zdobyć choć kawałek aktywu ze „stopą zysku”, bezpośrednio przyczyniając się do spadku liczby ludzi zdrowych na rynkach i poprzez spekulacje windując ceny obligacji na niebotyczne szczyty. Gdy rynek w USA nie będzie posiadał już normalnych aktywów, ekonomiczne zombie zwrócą się w kierunku Azji, Europy, Ameryki Południowej, przenosząc wirusa na rynki wschodzące i roznosząc go ostatecznie po całym świecie. W sytuacji wychodzenia realnej gospodarki z recesji, przypomina ona kawałek „starzejącego się” aktywa, charakteryzującego się zwolnieniem wzrostu przepływu gotówki. W przypadku gdy wszystkie kraje świata zwrócą się w stronę luźnej polityki monetarnej, wzburzona fala kapitałów rozgrabi te wciąż zachowujące pozytywną wartość aktywa. Wbrew oczekiwaniom przepływ gotówki nie ulegnie zasadniczej poprawie, natomiast dojdzie do wielkiej przeceny aktywów. Ludzie określą nową sytuację niskiego zysku i niskiego ryzyka mianem „nowej normalności”. W tym stanie „nowej normalności”, dopóki bank centralny prowadzić będzie działania ochronne, dopóty trwała będzie luźna polityka monetarna i ryzyko rynkowe przestanie istnieć. Można powiedzieć, że wynaleziono coś w rodzaju gospodarczego perpetuum mobile: dodruk banknotów, który może prowadzić do wiecznej prosperity ceny aktywów.

W rzeczywistości jednak takie zjawiska, jak „luźna polityka monetarna”, „wieczny wzrost wartości aktywów”, „gospodarcze perpetuum mobile”, z punktu widzenia logiki, nie mogą istnieć. Gdyby przeprowadzić umysłowy eksperyment i założyć, że amerykański rynek papierów wartościowych znajduje się w sytuacji całkowitego zamknięcia, bank centralny nieprzerwanie zakupuje obligacje poprzez dodruk banknotów, dokonując potężnych zastrzyków gotówki w rynek, to gdzie jest kres tej akcji? Dokładnie wtedy, gdy FED wykupi wszystkie warte 38 bilionów dolarów papiery wartościowe, rynek papierów wartościowych wypełni się gotówką o odpowiedniej sumie, a własny rachunek obciążeń banku centralnego urośnie do podobnej skali. Cóż poczną menadżerowie funduszy w tej „idealnej” sytuacji? Wszyscy umrą z głodu, albowiem na rynku nie pozostanie ani jeden zdolny do produkcji gotówki aktyw. Rynek papierów wartościowych nie będzie już istniał.

Dlatego też, z teoretycznego punktu widzenia, istnieje kres luźnej polityki monetarnej. Bank centralny nie posiada możliwości do nieograniczonego zakupu papierów wartościowych, toteż wieczny wzrost wartości aktywów jest tylko mitem.

Nie ma szans na wynalezienie gospodarczego perpetuum mobile. Oto najważniejszy powód dlaczego w maju 2013 roku Rezerwa Federalna rozpoczęła przygotowania do porzucenia polityki QE. Gdy nastąpi zatrzymanie wzrostu cen aktywów, stopa zysku osiągnie najniższy możliwy poziom. Każdy ma nadzieję, że cena aktywów ustabilizuje się na wysokim poziomie i niekoniecznie doświadczy spadków, jednak historia podpowiada nam, że takiej sytuacji nigdy nie było. Cena aktywów – niczym odrzutowiec, który stracił paliwo – nie będzie mogła dalej szybować na wysokościach, lecz spadnie jak kamień. Jednocześnie stopa zysku poszybuje wysoko w górę. Najtragiczniejsze jest to, że gdy cena aktywów zacznie spadać, bank centralny nie będzie posiadał przygotowanego dla inwestorów spadochronu.

Ktoś mógłby wszakże zapytać: a jeśli pobudzana przez pakiet stymulacyjny gospodarka naprawdę ruszy? Nieprzerwany wzrost napływającej gotówki będzie wtedy mógł utrzymać cenę aktywów na wysokim poziomie. Niestety, ruch pieniądza rządzi się własnymi prawami. Pieniądze nie przemieszczają się tam, gdzie chcą tego ludzie. Jeśli potraktować środki kapitałowe jak wodę, zasadą jej ruchu jest zawsze poruszanie się po stoku o największym kącie nachylenia, a tym kątem jest właśnie stopa zysku.

W sytuacji gdy polityka monetarna jest kontynuowana przez dłuższy czas, stopa zysku produkowana przez wzrost ceny aktywów góruje nad zyskiem generowanym przez rzeczywistą działalność gospodarczą. Im ta różnica jest większa, tym mniejsze prawdopodobieństwo napływania środków kapitałowych do realnego świata biznesu. Kapitał goni rosnące na wartości aktywa. W bardziej skrajnej sytuacji, kapitał jest wręcz wyciągany z realnej gospodarki i przeznaczany na szalone spekulacje aktywami. Co natomiast dzieje się w przypadku, gdy rząd zachęca środki kapitałowe do napływu do realnej gospodarki bądź też zmusza środki kapitałowe do zmiany kierunku przemieszczania się? Otóż przypomina to budowę tamy celem zatrzymania wody. Dopóki wyrasta ona ponad poziom wody, a więc stopę zysku, prąd kapitału zawsze omija przeszkody i napływa do branż o wysokim zysku.

Amerykańska polityka QE w ostatecznym rozrachunku musi zakończyć się klęską. Im dłużej jest kontynuowana, tym nadchodząca klęska jest bardziej pewna. Na tej samej zasadzie Europa, Japonia i inne kraje stosujące pakiety stymulacyjne nie mają szans na sukces. Jest to wyłącznie powtarzanie katastrof, które wielokrotnie miały miejsce w historii. Fakty są takie, że gdy cena aktywów szybko rośnie, liczba trzeźwo myślących i odważnych inwestorów jest niewielka. Przypominają oni niezwykle cierpliwych myśliwych, nieustannie akumulują siłę, przygotowują amunicję, by w sytuacji, gdy wzrost ceny papierów wartościowych wejdzie w swą końcową fazę, nagle dokonać ataku przez uruchomienie wyprzedaży i grę na spadek cen. W tym czasie mała, ale zdecydowana siła środków finansowych wystarczy do skłonienia mas inwestorów do zmiany decyzji, kształtując zmianę trendu na rynku. Spadek cen papierów wartościowych przynosi szybki wzrost stopy zysku, to z kolei każe czekać na kurczenie się aktywów posiadanych w portfelu obligacji, skłaniając jeszcze większą grupę inwestorów do dołączenia do armii wyprzedających. W tym cyklu przywrócenie porządku jest już niemożliwe. Z tego powodu, gdy cena aktywów dojdzie do szczytu, nie ma szans ustabilizować się na wysokim poziomie.

Obecnie w światowej gospodarce niskie stopy procentowe doprowadziły do sytuacji ostrej przeceny akcji i papierów wartościowych na rynku. Odwrócenie ruchu stopy zysku doprowadzi do wielkiej korekty cen aktywów. W przypadku gdy korektą cen będzie ich kurczenie się, najprawdopodobniej spowoduje to nową rundę kryzysu finansowego.

Na rynku obligacji korporacji naturalnie wpierw runą obligacje śmieciowe, następnie negatywny trend dotknie papiery wartościowe normalnych korporacji, by następnie doprowadzić do przerwania łańcucha środków finansowych płynących na odkup akcji przez spółki giełdowe, uruchamiając giełdowy krach.

Choć obligacje śmieciowe są najniebezpieczniejszą bańką na rynku papierów wartościowych, to jednak z pewnością nie są największą bańką. Gwałtowny spadek cen aktywów na giełdzie i rynku papierów wartościowych nie będzie najtragiczniejszym zjawiskiem na rynku finansowym. Odegra on tylko rolę zapalnika, a wybuch nastąpi na znacznie większym finansowym rynku instrumentów pochodnych i mającym jeszcze silniejsze tendencje do eksplozji suwerennym rynku kredytowym. Polityka monetarna nie prowadzi do rozwiązywania problemów: to sama polityka monetarna jest problemem.



Poprzedni odcinek:

Wojna o pieniądz 4. Cisza przed burzą [odcinek 1]

Udostępnij przez:

Średnia ocen
0 z 0 głosów.

Dodaj komentarz